Grzegorz Mirosław, Oszast
Nie wiem czy kryminał, ale wciąga. Tak, zdecydowanie najlepiej mi wchodzą kryminały osadzone w jakiejś historycznej scenerii, a co najmniej wykorzystujące jakieś motywy historyczne. Tutaj historii może i jest mało, ale wybrane wydarzenie daje naprawdę ciekawy motyw. Ale po kolei.
Jak zostało napisane na tylnej okładce, Grzegorz Mirosław jest pisarzem i miłośnikiem gór. Szczególnie upodobał sobie Żywiecczyznę. Wcześniej napisał dwie książki, a Oszast ma być początkiem serii osadzonej właśnie w Beskidzie Żywieckim. Książka ukazała się nakładem Znaku w 2026 r. Okładka miękka, oprawa klejona. Stron niecałe 450.
Akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach. Każdy rozdział zaczyna się od fragmentu opowieści zabierającego czytelnika do połowy XIX wieku, kiedy przez ziemie galicyjskie przewala się wielka zaraza ziemniaczana i wywołany przez to głód. Autor przedstawia katastrofę wielu, ale pokazuje też konkretną rodzinę, którą głód pchnął do kanibalizmu. Historia właściwa dzieje się dzisiaj. Gdzieś w górach doszło do wypadku samochodowego. Podróżowało nim młode małżeństwo z malutkim dzieckiem. Ojciec w szoku poszedł po pomoc, a kiedy wrodził nie zastał w aucie swojej rodziny. Rozpoczyna się akcja poszukiwawcza, która prowadzi do makabrycznego i niezbyt oczywistego finału. Głównych bohaterów jest dwoje. Ona, Anna Kocoń, młoda aspirant, która jeszcze nie miała okazji się wykazać. On, Weber, komisarz z wydziału zabójstw. Oboje na swój sposób złamani i na początku darzący się niechęcią, jednak wspólne śledztwo zmusza ich do odsłonięcia swoich ran, a to prowadzi do oczyszczenia atmosfery i początku przyjaźni.
Kanibalizm i jego wykorzystanie w tej historii podoba mi się najbardziej. Nie jest to motyw przewodni i nie zajmuje najwięcej miejsca, ale stanowi bardzo interesujące wypełnienie i dobrze spina całość. To, jak został wprowadzony do współczesnej części też bardzo dobrze się sprawdza.
Dwoje złamanych policjantów, którzy na początku zupełnie do siebie nie pasują i muszą przezwyciężyć wzajemne uprzedzenia, by na końcu zawiązać nić przyjaźni jest sztampowe, ale w ogólnym rozrachunku nie przeszkadza.
Wątek kryminalny kilkukrotnie zmienia swój kierunek tak, by długo nie było wiadomo kto jest odpowiedzialny i jakie ma motywy. I okazuje się, że zbrodniarz, choć zaplanował wszystko w szczegółach, musi sobie radzić z wieloma nieprzewidzianymi okolicznościami.
Chyba nie ma za bardzo do czego się przyczepić. Akcja dzieje się w szybko (w sumie jest to dosłownie kilka dni), przy takiej objętości nie ma za wiele miejsca na pogłębione szkice psychologiczne, ale jeśli to ma być początek serii, to pewnie bohaterowie zostaną rozwinięci w kolejnych tomach. Na to liczę.
Na upartego powiem, że przydałaby się mapa. Nie włóczę się po górach, a już w ogóle nie bywam w Beskidzie Żywieckim, więc zlokalizowanie miejsca akcji by mi pomogło. Ale nie jest to jakiś wielki zarzut. Ot, małe ułatwienie dla człowieka bardzo z zewnątrz.
Bardzo przyjemny kryminał, który jest dobrym rozpoczęciem serii. Zobaczymy co przyniosą kolejne tomy, ale nie powinno być źle. Tylko niech autor utrzyma ten poziom.
Wydawnictwo Znak JednymSłowem
Jakub Łukasiński