Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć |Recenzja

Joanne Jowell, Przeżyłam Auschwitz, oszukałam śmierć

Główną bohaterką tej publikacji jest Ella Blumenthal, Żydówka, której udało się przetrwać warszawskie getto oraz kilka obozów koncentracyjnych (Auschwitz, Majdanek, Bergen-Belsen). Po latach, gdy ma już 90 lat, jej wspomnienia spisała Joanne Jowell. O sylwetce bohaterki i jakości jej wspomnień świadczy takie oto zdanie:

„Muszę ci powiedzieć, że często o tym myślę – może dlatego, że jestem już stara – i zastanawiam się: jak udało mi się przetrwać, być tak silną? Nadal nie mogę w to uwierzyć. Ale kiedy człowiekiem kieruje strach i wola życia, to daje mu to siłę. Jesteśmy silniejsi, niż nam się wydaje, wiesz o tym?” (s. 112).

Dlaczego warto przeczytać?

Książka jest niezwykle poruszająca i to z kilku powodów. Po pierwsze – nasza bohaterka jest jednostką nieprzeciętną, pełną życia, radości z niego i z bliskich. Mimo doznanych w czasie wojny cierpień, zachowała pogodę ducha, którą stara się obdarzać każdego, kogo napotka na swej drodze. W obliczu tego, co widziała w czasie wojny, to coś naprawdę niezwykłego.

Po drugie – waga jej wspomnień jest niesamowita. Opisuje nie tylko życie w getcie, ale i w obozach koncentracyjnych. W swych opowieściach snuje nie tylko dzieje żydowskiej społeczności jako całości, ale i sylwetki poszczególnych znajomych czy bliskich, których napotykała w tych piekielnych zakątkach. Co ciekawe, o czym piszę już po raz któryś, nie stara się dzielić, oceniać ludzi – stara się ich zrozumieć. Stara się zrozumieć, dlaczego w takiej sytuacji zachowali się tak, a nie inaczej. Jakoś podskórnie stara się ich nie tyle usprawiedliwić, ile dać im szansę zachowania twarzy, pozwala im zachować elementy ich człowieczeństwa. Po prostu, zwyczajnie…

Po trzecie – opisując tragedię własną i swego narodu, Ella stara się znaleźć w całej sytuacji to, co dobre, co w jakiś sposób może wydawać się zabawne. To nie śmiech przez łzy, choć i taki się zdarza, ale chęć umniejszenia doznanych upokorzeń, zniweczenia lub umniejszenia tego, co było złe do granic ludzkiego jestestwa. Na coś takiego pozwolić mogą sobie tylko ludzie wybitnie odważni albo głupi. A ręczę, że Ella Blumenthall idiotką nie była.

Po czwarte – po wojnie, wbrew doznanym krzywdom, starała się żyć jak zwyczajna kobieta. Założyła własną rodzinę, jak można wnosić z lektury, udaną, oddaną. Przyczyniła się do rozpropagowania wiedzy o zbrodniach na Żydach w państwach afrykańskich, aby nic podobnego nie przydarzyło się i tutaj. A przecież Republika Południowej Afryki to kraj, gdzie tak długo istniał podział społeczeństwa na białych i czarnych podludzi… Dlatego jej wspomnienia i działalność nabierają nowego, uniwersalnego wymiaru.

Relacja wprost z piekła

Dla mnie szczególnie trudny był opis życia w warszawskim getcie. Dlaczego? Myślę, że z powodu posiadania pewnej dozy wolności, jaką pozwolili Żydom zachować naziści. Swobodę, którą bezustannie ograniczali, stopniowo odbierając im nie tylko nadzieję, ale i wszystko, co związane jest z człowieczeństwem i zwykłym przetrwaniem. Kłamstwa, ułudy, grabieże, przemoc, głód, śmierć i wreszcie poczucie otumaniającego bezsensu… Nie ma nic okrutniejszego jak niweczyć kogoś na raty, odbierając wszystko, co mogłoby symbolizować godność, nadzieję, życie… To coś, czego nie da się zrozumieć, ani opisać. A mimo to, trzeba o tym bezustannie rozmawiać.

„Każdego ranka, gdy wstawało się i wychodziło na ulicę, natrafiało się na zwłoki. Rodziny wystawiały je w nocy, ponieważ nie mogły nawet zorganizować pogrzebu. Zabierano je na wozach. Czasami zwłoki przykrywano gazetami przytrzymywanymi cegłami. Ciała były nagie, ponieważ rodziny potrzebowały ich ubrań. W końcu, kiedy zabrakło gazet, leżały bez niczego. I nie były to ciała, tylko szkielety – aż tak wychudzone. Na początku bałam się tego widoku, ale z czasem przywykłam do niego.

W getcie nie było tak od początku. Po prostu z czasem sytuacja stawała się coraz gorsza. Kiedy szło się ulicą, nie można było nieść żadnego prowiantu, ponieważ zdesperowani ludzie wyrywali je z rąk. Dzieci siedziały na ulicy, prawie bez ubrania, w łachmanach, żebrząc o jedzenie. Dorośli tez żebrali, ale głównie były to małe dzieci, próbujące zdobyć coś dla rodziców i rodzeństwa.

Oczywiście panował tyfus. To było straszne. Należało sprawdzać ubrania, szczególnie w szwach, ponieważ tam gromadziły się jaja wszy i rozwijały dzięki ciepłu ciała. Gdy tylko wracaliśmy do mieszkania z ulicy, musieliśmy stawać przy drzwiach i przeszukiwać ubrania” (s. 77)

Życie w obozach również nie było usłane różami, ale tak wiele już czytałem o tym „innym świecie”, że – choć wstyd się przyznać – jakoś to spowszedniało. I tylko sporadyczne epizody wyrywały mnie z marazmu niezrozumienia, jakiejś obojętności czy chęci wyparcia całego tego bezmiaru ludzkiego okrucieństwa.

„Pewnego dnia, gdy wróciliśmy z pracy, kazano nam ustawić się na dużym otwartym placu. Głos Elli przybiera delikatniejszy ton. Jedna z naszych przyjaciółek, jedna z dziewcząt, została zaprowadzona do… do miejsca, gdzie się wiesza, za szyję. Chodzi o szubienicę? Tak, szubienica. Zaprowadzono ją na szubienicę, a esesmanka kopnęła skrzynkę pod jej nogami i dziewczyna zawisła. Musiałyśmy stać i patrzeć. Stał tam również Kommandant obozu, z dumą oznajmił, stukając o swoje lśniące buty małym pejczem, który trzymał w dłoni odzianej w białą rękawiczek” „To spotka każdego, kto spróbuje uciec. A żebyście o tym nie zapomniały, zostaniecie tu cała noc, aż do świtu, kiedy wrócicie do pracy”.

Więc zostałyśmy. Całą noc. Stałyśmy i patrzyłyśmy, jak małe ciało naszej przyjaciółki kołysze się na wietrze. (s. 135). Szczególnie wstrząsnęła mną historia tego, jak Ella miała pójść do komory gazowej. Jak już w niej była i czekała na wykonanie wyroku. Już czułem jej strach, serce podeszło mi do gardła, na ciele pojawiła się gęsia skórka, na czole pot – i choć wiedziałem, że wydarzy się cud, wszak, jak bez tego dałaby świadectwo – to i tak nie potrafiłem uwierzyć w to, co się wydarzyło. Przez chwilę poczułem się, jakbym w tej komorze stał obok niej, jeszcze nie pogodzony z losem, ale już w innym wymiarze. Jeszcze żywy, ale i tak jakoś umarły. A gdy okazało się, że to nie dziś – poczułem ulgę, ale taką, jakiej nigdy w życiu nie doświadczyłem. I nie wiem czy to uczucie dotyczyło mojej imaginacji, czy wdzięczności Opatrzności, że darował tym kobietom życie? A może jedno i drugie…

Podsumowanie

I choć tak wiele już wiem o Zagładzie, to sądzę, że należy ten wątek ciągle, bezustannie przypominać. Bo nasz świat właśnie ponownie skręca w niewłaściwą ścieżkę, gdzie nacjonalizmy i wszelkiej maści antagonizmy podnoszą głowę. I coraz bardziej boję się, że coś takiego co wydarzyło się w latach 40- ubiegłego stulecia, może ponownie się wydarzyć. Dlatego świadectwa takich wspaniałych, twardych i „stalowych” ludzi jak Ella Blumenthal, muszą być rozpropagowywane. Tak długo i uporczywie, aby każdy człowiek na tej planecie, miał świadomość, co człowiek człowiekowi uczynić może. Każde takie świadectwo jest na wagę złota, zarówno jako świadectwo historii, jak i wciąż aktualna przestroga.

Książka zawiera się na 360 stronach. To historia o tym, że każde ludzkie życie ma ogromne znaczenie. To budująca opowieść o tym, że czasem można przetrwać piekło na ziemi, i żyć dalej, by nieść promyk nadziei dalej w świat. To nie typowa historia o zagładzie, ale bardziej o harcie ducha o chęci przetrwania i życia, w taki sposób, by ktoś nie określał jej na całe życie. Wreszcie – to opowieść o kobiecie, która pozostała sobą, na przekór temu, co pragnęli uczynić jej naziści. Gorąco polecam.


Wydawnictwo RM
Ryszard Hałas

Comments are closed.