Przylądek Trafalgar

Przylądek Trafalgar |Recenzja

Arturo Perez Reverte, Przylądek Trafalgar

Bitwa, huk dział i chaos – to tło, na którym rozgrywa się książka Przylądek Trafalgar Artura Péreza Revertego. Zamiast patetycznej epopei o bohaterstwie, dostajemy surowy zapis morskiego zamieszania, w którym trudno odróżnić komendy od krzyków.

Na dwustu stronach głównie chaos. Ostatnio mam jakąś taką serię książek, które albo są po prostu słabe (Przerwana gra, Smoki w wierzeniach i kulturze), albo nudne i stawiają ogromny opór (Aquila). Ale dla równowagi wpadły mi też w ręce rzeczy zwyczajnie przyjemne (Morderstwo w Wedgefield Manor) czy naprawdę wciągające (Miejsce i imię). Przylądek Trafalgar raczej zaliczę do tej pierwszej serii.

Arturo Perez Reverte jest hiszpańskim dziennikarzem i pisarzem. Okazuje się być bardzo płodnym i poczytnym pisarzem. Jego prace wydano w kilkunastu krajach. Relacjonował liczne konflikty zbrojne jako korespondent wojenny. Pisze również felietony do prasy. Przylądek Trafalgar ukazał się w 2004 r., a jego polska edycja w 2025 r. nakładem ArtRage. Format dosłownie kieszonkowy, bo książka zmieści się w kieszeni. Ma 200 stron, okładka miękka, oprawa klejona.

Za dużo fabuły tutaj nie ma. 21 października 1805 r. niedaleko przylądka Trafalgar spotkały się dwie floty – angielska i francusko-hiszpańska. Zwycięstwo odnieśli Anglicy, ale zginął dowodzący flotą adm. Nelson. Reverte opowiada tę historię z perspektywy fikcyjnego okrętu Antilla. Na nim dzieje się większość wydarzeń. Okręt ten został stworzony na potrzeby tej książki i dołączył do autentycznej 33 okrętowej floty hiszpańsko-francuskiej.

Chcę się skupić na dwóch elementach. Pierwszym będzie język. Jest strasznie chaotyczny i naprawdę ciężko mi się to czytało. Momentami nie wiedziałem gdzie góra, a gdzie dół. Co jest opisem, a co dialogiem. Dziwne uczucie.

Autor też nie stroni od przekleństw, co dodaje językowi marynarzy autentyzmu. Nie rozumiem dlaczego wiele zwrotów pisanych jest fonetycznie po polsku (Mesje, Żensepa, Żeparle, Włala), podczas gdy inne nie. Nie wiem czemu to ma służyć.

Druga rzecz, to wykorzystana literatura. Nie ma podanej bibliografii (za co od razu minus), ale czuję, że autor naprawdę przerył się przez mnóstwo materiałów. Nie tylko dotyczących samej bitwy, ale też ogólnie marynistycznej. Czasem po ludziach widać, że najpierw przewertowali tyle książek (tu zróbcie gest odsuwania od siebie dłoni na dużą odległość), żeby powiedzieć tyle (tu zbliżcie te dłonie do siebie). Jakkolwiek styl tej książki do mnie nie przemawia i raczej mnie odpycha, to nie mogę nie docenić ilości pracy przygotowawczej.

Smaczkiem jest kilka ilustracji opisujących poszczególne części składowe okrętu z prawidłowymi ich nazwami oraz mapki pokazujące przebieg bitwy. Za jedno i drugie należą się plusy.

Książka nie zmienia faktów historycznych, ale opowiada o nich w niecodzienny sposób. Dla mnie zbyt chaotyczny i odrzucający, ale może do kogoś trafi bardziej. Widocznie preferuję inny styl.


Wydawnictwo ArtRage
Ocena recenzenta: 3/6
Jakub Łukasiński


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem ArtRage. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.