Na północnej granicy imperium narastały napięcia, które prowadziły do kolejnych najazdów. Plemiona przekraczały Dunaj, a zawarte wcześniej porozumienia przestały obowiązywać. Wojna wielu narodów wyrosła z działań Markomanów, Kwadów i innych ludów naciskających na granice Rzymu. Marek Aureliusz stanął wobec zagrożenia obejmującego niemal całą północną linię obrony.
Panowanie Marka Aureliusza przypadło na czas poważnych kryzysów. Wojna partyjska, epidemia oraz napięcia na granicach osłabiły możliwości działania państwa. W tym samym czasie rosło zagrożenie w prowincjach naddunajskich. Cesarz musiał przygotować się do konfliktu, który objął szeroki obszar północnych rubieży imperium.
Podczas pierwszych wybuchów tego, co miało się stać niszczycielską zarazą, Marek Aureliusz zwrócił uwagę na inny konflikt, który narastał już na północnych rubieżach cesarstwa. Tłumiąc westchnienie, powoli otworzył list od Aleksandra z Abonuteichos, kapłana Glykona.
Tekst jest fragmentem książki Marek Aureliusz. Stoicka mądrość władcy, która czeka na Ciebie tutaj:
Wieszcz tajemnym językiem oznajmiał, że do zwycięstwa nad Markomanami i Kwadami — dwoma największymi germańskimi plemionami — i przywrócenia pokoju dojdzie tylko wtedy, gdy cesarz złoży ofiarę z dwóch lwów, wrzucając je do Dunaju wraz ze świętymi indyjskimi ziołami i kwiatami.
Marek w głębi duszy podchodził do przepowiedni magów ze sceptycyzmem. Mimo to nakazał przeprowadzenie rytuału. Lwy przepłynęły na drugi brzeg, gdzie zostały natychmiast zatłuczone pałkami przez germańskich wojowników, którzy podobno wzięli je za duże psy. Cóż, nie był to chyba dobry omen.
Marek od początku swoich rządów starał się odwlec wybuch poważnej wojny z północnymi plemionami. W 161 roku, wkrótce po wybuchu wojny partyjskiej, gdy Rzym wciąż dochodził do siebie po klęsce powodzi i głodu, dobrze wyszkolona armia germańska wystawiona przez Chattów przełamała obronę graniczną (limes) w Górnej Germanii i Recji (to tereny dzisiejszych Niemiec, Szwajcarii i Austrii). Aby przywrócić status quo, trzeba było wysłać tam nowego dowódcę.
Dalej na wschodzie Jazygowie — jedno z plemion zwanych przez Rzymian zbiorczo Sarmatami — najechali rzymską Dację i zanim zostali odparci, zdążyli ją spustoszyć i zabić gubernatora. Zagrożenia wzdłuż północnej granicy nie gasły, ale Marek, którego wojska miały pełne ręce roboty w Partii, nakazał gubernatorom tamtejszych prowincji, aby utrzymywali pokój za wszelką cenę, posługując się dyplomacją. Teraz jednak, gdy Rzym zmagał się z wybuchem zarazy i dochodził do siebie po długotrwałej wojnie na Wschodzie, cesarz stanął w obliczu narastającego zagrożenia na niemal całej północnej granicy.
Około 166 roku liczący sześć tysięcy wojowników germański oddział sforsował Dunaj, przełamał obronę na granicy i wkroczył do rzymskiej Górnej Panonii. Grupa Longobardów (Długobrodych) i dawnych sojuszników Rzymu zwanych Obiami także wykorzystała okazję do ataku, bo wojska zwykle stacjonujące w pobliżu nadal były w Partii. Inwazję szybko rozbili legioniści z lokalnego garnizonu.
Obawiając się rzymskich represji, delegacja posłów z jedenastu kluczowych plemion germańskich spotkała się z gubernatorem Górnej Panonii, prosząc o zawarcie pokoju. Rzecznikiem obwołano Ballomara, wodza Markoma nów, co sugerowało, że za najazd odpowiadał właśnie on. (Markomanowie byli jednym z największych i najbardziej wojowniczych plemion germańskich; ich nazwa oznaczała prawdopodobnie „ludzi pogranicza”, bo żyli na terytorium, które sięgało północnego brzegu Dunaju, granicząc z Panonią).
Ballomar zezwolił zapewne wojownikom Longobardów i Obiów, aby założyli na jego terenie obozy, z których rozpoczęli najazd na Panonię. Mogli to być najemnicy, wasale Markomanów albo migranci wypędzeni ze swojej ojczyzny przez inne plemiona. Konfederacja germańskich wodzów zgodziła się zrezygnować z transgranicznych najazdów w zamian za pewne ustępstwa ze strony Rzymu, a Ballomar przysiągł, że zachowa pokój.
Te początkowe potyczki stały się jednak zwiastunami wielkiego natarcia, które miało rozpocząć się wkrótce. Według Historia Augusta oprócz wojowniczych Markomanów Rzymowi zaczęły zagrażać także inne plemiona, „wyparte przez bardziej odległych barbarzyńców”4. Były gotowe zaatakować Italię, gdyby nie otrzymały pozwolenia na osiedlenie się w tamtejszym rejonie. Był to element wielkiej wędrówki Gotów i innych plemion germańskich, która rozpoczęła się w IV wieku pod naporem Hunów i ostatecznie doprowadziła do upadku Rzymu.
W 167 roku, niedługo po zawarciu pokoju, Ballomar poprowadził do walki ogromną armię sprzymierzonych plemion germańskich, na czele której stali markomańscy wodzowie. Do udziału w inwazji dali się przekonać także Kwadowie — największe plemię w regionie, pokonane przez Rzymian za panowania Antoninusa.
Rzymska moneta z lat 140–144 n.e. oprócz napisu Rex Quadis Datus („król dany Kwadom”) przedstawia Antoninusa koronującego nieznanego z imienia germańskiego władcę. Po przegranej w bitwie Kwadowie poddali się i zaakceptowali rzymskiego sojusznika jako nowego króla. Zajmowali oni ziemie wzdłuż ważnego szlaku handlowego, znanego jako Szlak Bursztynowy, którym transportowano kamienie szlachetne i inne towary z wybrzeża Bałtyku przez Górną Panonię do Rzymu.

W porównaniu z sąsiednimi plemionami, które nie cieszyły się przychylnością Rzymu, Kwadowie byli zamożni. To, że wzięli udział w powstaniu, pociągając przy okazji za sobą wiele mniejszych plemion, zupełnie zaskoczyło Marka. Rzymianie uznali to za historyczną zdradę i pewnie dlatego w Rozmyślaniach Marek przypomina sobie, jak istotne jest zachowywanie filozoficznej postawy wobec podstępów i kłamstw. Uznaje, że są one tak samo naturalnym i nieuniknionym elementem życia jak kwitnące wiosną kwiaty czy letnie zbiory owoców. W Rzymie obaj współcesarze musieli się jednak spotkać z krytyką, bo za ufali słowom germańskich wodzów, którzy byli znani z łamania przysiąg.
Według satyryka Lukiana „kryzys” germański rozpoczął się od katastrofalnej klęski Rzymian w bitwie pod Carnuntum. Było to zamożne miasto leżące w północnej Panonii (w pobliżu dzisiejszego Wiednia), na skrzyżowaniu dwóch głównych szlaków handlowych — rzeki Dunaj i Szlaku Bursztynowego. W związku z jego znaczeniem ochraniała je stojąca nieopodal rzymska forteca. Lukian twierdzi, że Rzymianie stracili w ciągu jednego dnia walk aż dwadzieścia tysięcy żołnierzy.
Musiały to być głów nie oddziały pomocnicze i vexillationes z pobliskich legionów, wysłane zapewne w celu przełamania oblężenia, bo nie znaleziono dowodów ani na utratę załogi fortecy, ani na to, że Carnuntum wpadło w ręce wroga. Możliwe, że plemiona germańskie były na tyle liczne, że zdołały zająć prowincję i otoczyć rzymskie forty, ale nie przełamały ich obrony. Mimo to strata tak wielu ludzi w jednej bitwie stała się najbardziej upokarzającą klęską Rzymu w tej wojnie.
Marek, gdy tylko dotarły do niego wieści o zdradzie Ballomara, zaczął przygotowania do wojny, nazwanej później markomańską lub — dokładniej — wojną wielu narodów. Cesarz nie mógł jednak rozpocząć jej od razu z powodu pandemii. Prze konano go, by jako pontifex maximus przewodził wymyślnej publicznej ceremonii zwanej lectisternium i opisywanej jako „uczta bogów”. Jej wystawność i udział kukieł przedstawiających szereg bóstw, w tym z pewnością Apolla, miały uśmierzyć ich gniew i odegnać zarazę. Marek miał nadzieję, że uspokoi to także obywateli Rzymu.
Tymczasem Ballomar po zdobyciu Panonii poprowadził swoją armię na południe. Germańskie wojska ciągnęły Szlakiem Bursztynowym w kierunku Italii, plądrując po drodze miasta i biorąc jeńców. W końcu otoczyły bogate miasto Akwileę. Ku przerażeniu Marka okazało się, że „barbarzyńska” armia po raz pierwszy od czasów Hannibala, czyli od niemal czterystu lat, prze kroczyła Alpy i zaczęła podbijać północną Italię.
Wiosną 168 roku obaj cesarze wyruszyli z Rzymu, mając na sobie zbroje i wojskowe płaszcze. Przodem maszerowała Gwardia Pretoriańska dowodzona przez Furiusa Victorinusa, który zasłużył się jako podwładny Lucjusza w wojnie partyjskiej. Marek nie chciał tym razem wysyłać Lucjusza samego, ale oba wiał się także zostawić go w Rzymie „z powodu jego rozpusty”. Jego decyzja o tym, że wyruszą razem, świadczy także o powadze kryzysu na północy.
Markomanowie i ich sojusznicy „siali zamęt”. Walki były zacięte, a dodatkowo kolejne germańskie plemiona zaczęły grozić, że przyłączą się do wojsk Ballomara. Mieszkańcom Rzymu wydawało się, że wróg stoi u bram miasta, choć tak naprawdę był w odległości dziesięciodniowego marszu. Marek wyruszył do północnej Italii ze swoją gwardią, aby połączyć siły z legionami i przeprowadzić wielką kontrofensywę.
Germańscy najeźdźcy byli daleko od własnych ziem, więc doskwierało im prawdopodobnie coraz większe wyczerpanie i kończyły im się zapasy. Mimo początkowych sukcesów Markomanom brakowało umiejętności i zaplecza logistycznego, niezbędnego do zdobywania ufortyfikowanych miast położonych w sercu imperium, takich jak Akwilea. Nie byli także przygotowani, aby stawić czoła pełnej sile cesarskiej armii w otwartej bitwie, więc rozpoczęli odwrót przez Alpy, obawiając się, że inaczej zostaną zmiażdżeni przez ogromne siły, które Marek zmobilizował przeciwko nim.
Italia była bezpieczna, więc Lucjusz zaczął poświęcać całą uwagę polowaniom i ucztom w Akwilei. Wprawdzie Marek po nosił odpowiedzialność za kwestie strategiczne, ale wygląda na to, że operacyjne dowództwo nad armią przekazał Klaudiuszowi Pompejanusowi, a stanowisko zastępcy głównodowodzącego jego staremu przyjacielowi i współpracownikowi Pertynaksowi. Nie długo potem Marek i Lucjusz poprowadzili armię przez Alpy, by wzmocnić legiony w Panonii, nadal walcząc ze słabnącymi plemionami germańskimi.
Prawdopodobnie był to pierwszy raz, gdy Marek znalazł się poza Italią, i pierwszy raz, gdy on i Lucjusz odwiedzili północne prowincje. Marsze były długie, drogi błotniste, a zimy srogie. Marek, którego zdrowie było już mocno nadwątlone, w mroźnym powietrzu z trudem podnosił głos, by żołnierze mogli go usłyszeć.
Cesarze wytrwali jednak i po raz piąty odebrali wspólnie oficjalny salut od dowódców jako „imperator”, bo „stoczono potężną bitwę i odniesiono wspaniałe zwycięstwo”, wypędzając najeźdźców. Marek odmówił wojsku wypłaty donativum, co wskazywało na to, że skarb publiczny musiał być bliski wyczerpania, mimo łupów z wojny partyjskiej przywiezionych do Rzymu kilka lat wcześniej. Jakimś cudem nie doszło do buntu i armia nadal pozo stawała mu wierna.
Cesarz natychmiast utworzył nowy związek taktyczny, o nazwie Praetentura Italiae et Alpium („Straż Italii i Alp”), którego zadaniem stała się ochrona północnej Italii. Pod koniec wojny partyjskiej sformowano także dwa zupełnie nowe legiony, Legio II i Legio III Italica, które pod dowództwem jednego z weteranów wojny partyjskiej miały zabezpieczyć alpejskie przełęcze. Działania Marka dowodzą, że niepokoiła go możliwość ponownego zjednoczenia się koalicji plemion germańskich i rozpoczęcia przez nie kolejnej inwazji.
Rzymianie borykali się też z narastającymi problemami ze strony Sarmatów na wschodzie. Sarmaci, koczowniczy lud wojowników wywodzący się od Scytów, różnili się etnicznie od swoich germańskich sąsiadów i tworzyli szereg plemion rozsianych po stepach Eurazji. Najbardziej wojowniczy Jazygowie kontrolowali terytorium położone między rzymską Panonią i Dacją. Inwazja Markomanów ułatwiła im zapewne przeprowadzanie najazdów na te prowincje. Być może połączyli także siły z ple mionami germańskimi i wspólnie kontynuowali wojnę przeciwko Rzymianom.
Po odwrocie wojsk Ballomara Marek pozostał w Panonii, przyjmując poselstwa wielu mniejszych plemion, które zaczęły się poddawać. Niektórzy z ich wodzów twierdzili, że stracili motywację do walki, choć Marek niechętnie dawał temu wiarę. Kilka plemion zaproponowało, że będzie walczyć po stronie Rzymu. Kwadowie tego nie zrobili, ale poprosili o pokój i starali się skło nić Marka, aby zastąpił ich poległego władcę kimś sterowanym z Rzymu, wyraźnie pragnąc odzyskać status klienta i partnera handlowego imperium.
Marek zgodził się na to, chcąc oddzielić Kwadów od ich pobratymców Markomanów. Kwadowie musieli przysiąc, że nie pozwolą Markomanom ani Jazygom obozować na ich ziemiach ani przez nie przechodzić. Zaproponowali także uwolnienie dezerterów i poddanych Rzymu, których pojmali podczas inwazji. Pierwsza grupa liczyła trzynaście tysięcy jeńców.

Mimo to Kwadowie nie odzyskali jeszcze wtedy prawa do uczestniczenia w rzymskiej wymianie handlowej, bo uważano, że mogliby po zwalać Jazygom i Markomanom, aby ci łączyli się z nimi i pod pretekstem zakupów prowadzili rozpoznanie rzymskich pozycji. Stoicy podkreślali znaczenie życzliwości, ale należało ją temperować roztropnością i ostrożnością. Marek musiał często przypominać sobie stoickie nauki, zgodnie z którymi — jak w bajce Ezopa o rolniku i żmii — odpłatą za akty hojności nierzadko bywa zdrada.
Po odbiciu niemal całej Panonii z rąk Germanów cesarze wrócili przez Alpy, by spędzić zimę 168–169 roku w Akwilei, czekając na wznowienie kampanii wiosną. Pierwszy wybuch zarazy w Rzymie dobiegał końca, więc Marek wezwał Galena do swojej zimowej bazy, by został jego nadwornym lekarzem. Ten po dotarciu do Akwilei zobaczył jednak tak wiele ofiar zarazy, że natychmiast ostrzegł cesarzy, by dla własnego bezpieczeństwa wrócili do Rzymu.
Jedną z ofiar był dawny towarzysz Lucjusza, prefekt pretorianów Furiusz Wiktoryn. Wstrząśnięty śmiercią przyjaciela Lucjusz błagał, aby Marek przyjął warunki pokoju oferowane przez germańskie plemiona i wrócił do Rzymu, ale spotkał się z odmową. Wydaje się, że jednym z celów Marka było uwolnienie Rzymian pojmanych podczas inwazji. Powrót oznaczałby naturalnie pozostawienie dziesiątek tysięcy poddanych imperium przetrzymywanych za liniami wroga na łasce losu.
Marek był wystarczająco przenikliwy, by zdać sobie sprawę, że wróg dopuszcza się strategicznych oszustw — udaje odwrót i używa innych „podstępów zapewniających bezpieczeństwo na wojnie”, aby opóźnić rzymską kontrofensywę. Germańscy wodzo wie liczyli na to, że skłaniając go do wcześniejszego zakończenia wojny, mogliby przeprowadzić kolejny niespodziewany atak na Panonię, w trakcie którego armia Marka zostałaby „przytłoczona samym ciężarem swoich ogromnych przygotowań”. I w sumie mieli rację, bo cesarski skarbiec był już mocno nadwątlony wojną.
Lucjusz przekonał w końcu Marka do powrotu do Rzymu, pozostawiając na miejscu Pompejanusa, który miał nadal pro wadzić kampanię przeciwko Markomanom. W czasie drogi miał poważny atak, który pozbawił go mowy. Zmarł trzy dni później w pobliskim Altinum. Przyczyną jego śmierci mógł być udar, choć utrata przytomności i mowy były także objawami zarazy.
Marek, zgodnie z życzeniem brata, kontynuował podróż do Rzymu, tyle że teraz wiózł jego zwłoki. Lucjusz często denerwował Marka, ale dorastali razem i z pewnością byli sobie bliscy, więc cesarz stracił kolejną drogą mu osobę. Lucjusz został deifikowany, czego odmówiono jego ojcu. Był jednym z najpopularniej szych cesarzy Rzymu, kochanym przez masy (choć niekoniecznie przez senatorów), ale nie znamy daty jego śmierci. Szacuje się, że zmarł w lutym 169 roku.
Marek Aureliusz był teraz bardziej osamotniony niż kiedykolwiek wcześniej. Zewsząd otaczały go zdrada i podstęp. Po nagłej śmierci Lucjusza oczywiście pojawiły się plotki. Niektórzy twierdzili, że zamordował go Marek, ale wydaje się to mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że prywatnie opisywał brata jako kogoś lojalnego i kochającego.
Nikt inny tylko Marek nalegał przecież, by Senat mianował Lucjusza współcesarzem, i także on zaręczył go z córką oraz nazwał jego imieniem jednego z synów. Wszyscy oczekiwali, że młodszy, bardziej energiczny cesarz przeżyje starszego, schorowanego brata. Stojąc nad zwłokami człowieka, którego traktował jak syna, jedyny żyjący cesarz musiał boleśnie uświadamiać sobie własną śmiertelność. I chyba dlatego niedługo potem zaczął jeszcze pilniej zgłębiać nauki filozofii stoickiej.
Tekst jest fragmentem książki Marek Aureliusz. Stoicka mądrość władcy i powstał we współpracy z Wydawnictwem OnePress.

