Święty bolszewik

„Święty bolszewik”. Ksiądz Henryk Hlebowicz (1904-1941) |Recenzja

Adam Hlebowicz, „Święty bolszewik”. Ksiądz Henryk Hlebowicz (1904-1941)

Wydawnictwo Instytutu Pamięci Narodowej jakiś czas temu wydało książkę poświęconą losom Henryka Hlebowicza, błogosławionego męczennika, znanego duchownego z Wilna. W publikacji „Święty bolszewik”. Ksiądz Henryk Hlebowicz (1904-1941) znaleźć można wiele zdjęć, niepublikowanych dotąd wspomnień i kazań. W sumie prawie jedna trzecia objętości książki zawiera fragmenty wspomnień albo samego bohatera, albo ludzi z którymi współpracował. Tę samą część pracy stanowią zdjęcia.

Z książki wyłania się obraz człowieka niezwykle przedsiębiorczego, zaangażowanego zarówno społecznie, jak i kulturalnie. Autor przedstawia nam swoistego bojownika, który – nawet w czasie wojny – z ambony potrafił głosić kazania, które były w niesmak okupantom. Zresztą przyszło mu za to zapłacić najwyższą cenę.

Henryk Hlebowicz nazywany był „sumieniem Wilna”. Zasłynął nie tylko jako człowiek inteligentny, ale i świetny teolog i pedagog. Jego charyzma, talent krasomówczy oraz zaangażowanie przyciągało do niego ludzi, nie tylko starszych, ale i młodzież. Jak można wyczytać w książce (wcześniej nie miałem okazji poznać tej sylwetki), był postacią niezwykle lubianą, poważaną i cenioną, nawet przez wrogów. Pełnił również funkcję profesora na Uniwersytecie Stefana Batorego.

Dziwny przydomek

Spytacie dlaczego nosił taki dziwny, obrazoburczy przydomek? Było to nawiązanie do jego wcześniejszych przeżyć, gdy wraz z rodziną przebywał na zsyłce w Orenburgu nieopodal Uralu. Powód – odmowa przejścia na wiarę prawosławną. Każdy powód do walki z polskim żywiołem był dogodny dla carskiej administracji.

W trakcie zsyłki, przyszły błogosławiony, zetknął się z różnego rodzaju organizacjami lewicowymi, które wpłynęły na jego światopogląd. Zresztą ksiądz Hlebowicz używał tego przydomka celowo. W ówczesnej Polsce termin „bolszewik” był synonimem dzikości, zła, głupoty i barbarzyństwa. Być może w ten sposób chciał umniejszyć własną osobę. J

ak wspominała Irena Sławińska, ksiądz Henryk „Poprzewracał różne zakazy i tabu, przyjaźnił się z ‘niewiernymi’, zawsze ufny w dobrą wolę człowieka”. Jego niesztampowy styl głoszenia kazań oraz przyjaźń z lewicującymi działaczami Wileńszczyzny stały się przyczyną przeniesienia go z Wilna do Trok. Miano mu za złe, że spotykał się z ludźmi wykluczonymi społecznie, jak choćby z prostytutkami.

W czasie wojny i okupacji, najpierw sowieckiej, a później nazistowskiej, ksiądz Hlebowicz zaangażował się w działalność konspiracyjną. Wydawał podziemne pisma, i otwarcie piętnował radziecki reżim, za co groziła mu kara śmierci. Gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, dobrowolnie udał się do białoruskich Chotajewicz, gdzie próbował głosić słowo Boże (pomagał również w sąsiednich Korzeniu i Okołowie). Podobno, pod wpływem jego charyzmy, w ludzi wstąpiła tak wielka nadzieja, że życie religijne na tych terenach odżyło.

Taka postawa wzbudziła jednak zawiść ze strony części białoruskiego prawosławnego duchowieństwa. Jeden z duchownych, ksiądz Aleksander Kowsz, doniósł na księdza Hlebowicza do białoruskich kolaborantów współpracujących z nazistami. Klebowicz wkrótce został aresztowany i przetransportowany do Borysowa, gdzie 9 listopada została zamordowany. Jego ciała do dziś nie udało się odnaleźć.

Ksiądz nie-ugładzony

Tym, co wzbudza do tej postaci największą sympatię, jest jego nieszablonowość, brak kompromisów w tych kwestiach, które uważał za słuszne. Myślę, że był to naprawdę ciekawy człowiek, z którym można byłoby góry przenosić. I piszę to z perspektywy człowieka, który nie bardzo przepada za książkami hagiograficznymi. Niemniej nie da się zaprzeczyć, że był kimś wyjątkowym.

Nie zabiegał o posady, bogactwo czy chwałę. Żył i działał dla ludzi, starając się wydobyć na światło dzienne to, co było w nich dobrego. Starał się im pokazać to, co w chrześcijaństwie było (i chyba nadal jest) najlepszego. Dawał ludziom nadzieję, w czasach gdy ciemność rozpierzchnęła się niemal po całym świecie. A co najważniejsze – żył dokładnie tak, jak głosił, czego nie da się powiedzieć o większości duchowieństwa, jak i wówczas, tak i współcześnie.

W 1999 roku ksiądz Henryk Hlebowicz został beatyfikowany – jako jeden ze 108 Męczenników II wojny światowej – przez Jana Pawła II.

Podsumowanie

Książkę czyta się szybko, choć napisana jest ona w takim stylu, aby podkreślać jego świętość. Język jest nieco archaizowany, momentami sztuczny. Osobiście mnie to męczyło. Pewne informacje, zwłaszcza o początkowych etapach życia bohatera publikacji i jego rodziny, były pisane jednozdaniowo, jakby bezosobowo. Zabrakło mi literackiego rozwinięcia pewnych wątków, zarówno dotyczących losów rodziny Hlebowiczów, jak i początków życia przyszłego księdza. Zresztą sprawdźcie sami.

Na pewno na plus jest przebogaty zbiór fotografii, zdjęć dokumentów, listów oraz innych archiwaliów. Pod tym względem książka jest niesamowicie bogata. Trochę raziły mnie powtórzenia pewnych fragmentów tekstu, wyróżnione czerwoną czcionką. Nie rozumiem po co taki zabieg?

Nigdy nie lubiłem czytać książek hagiograficznych. Zawsze miałem wrażenie, że jest tam pełno przeinaczeń, nadinterpretacji czy patosu. Tym jednak razem, Autorowi udało się uchwycić sens działalności i życia opisywanego bohatera. Choć styl narracji jest nieco sztywny, to łatwo można zachwycić się postawą człowieka przez wielkie „C”, który kochał innych, ponad siebie (chorował na gruźlicę, która ograniczała jego działalność). Żył z wojowniczą pokorą, z szacunkiem dla odtrąconych i wątpiących.


Wydawnictwo IPN
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa IPN. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.