Grand Hotel dla zbrodniarzy. Oczekiwanie na Norymbergę

Grand Hotel dla zbrodniarzy. Oczekiwanie na Norymbergę

Luksusowy hotel otoczony parkiem, eleganckie posiłki i spacery w słońcu. Trudno uwierzyć, że właśnie tam czekali ludzie odpowiedzialni za największe zbrodnie III Rzeszy. W Bad Mondorf rozpoczęła się psychologiczna gra, która miała doprowadzić nazistowskich dygnitarzy prosto na ławę oskarżonych w Norymberdze. Przeczytaj fragment książki Proces norymberski i zajrzyj za kulisy jednego z najważniejszych procesów XX wieku.

Gdzieś w Europie – pytania, pytania, pytania

„Gdzieś w Europie” – tak brzmiało tajemnicze określenie używane wówczas, gdy alianci nie chcieli dokładnie wskazywać miejsca rozgrywania się jakichś wypadków.

„Gdzieś w Europie” oznacza w naszym wypadku Bad Mondorf w Luksemburgu.

Bad Mondorf stanowi ostatni etap przed posadzeniem jeńców na ławie oskarżonych w Norymberdze. W Bad Mondorf rozpoczyna się dochodzenie wstępne i związane z nim liczne przesłuchania. W Bad Mondorf czas upływa na niekończącym się oczekiwaniu.

Tekst jest fragmentem książki Proces norymberski, która czeka na Ciebie tutaj:

Miejscem zamieszkania jest okazały Grand Hotel – ale tylko jego nazwa przypomina dawny komfort i luksus. Niemiecki lekarz więzienny dr Ludwig Pflücker – sam jeniec obozu w Bad Mondorf – napisał w swoich wspomnieniach:

„Sytuacja internowanych w Bad Mondorf była dobra. Zakwaterowanie w ładnych hotelowych pokojach, zazwyczaj dwuosobowych, z widokiem na parkową zieleń, było znośne. Do przechadzek na wolnym powietrzu służył ogród hotelowy, gdzie przy pięknej zazwyczaj pogodzie tworzyły się grupki spacerujących. Inni rozmawiali lub odpoczywali, siedząc na leżakach albo krzesełkach ogrodowych. Pobyt w tym hotelu z ogrodem i przyległym doń parkiem z wysokimi drzewami był idyllą”.

I dalej: „Posiłki były przyrządzane z zapasów amerykańskich w dobrze urządzonej kuchni hotelowej przez niemieckich jeńców wojennych i podawane przez kelnerów w niewielkiej sali. Śniadanie składało się ze słodkiej zupy, często także z białego chleba i kawy lub herbaty, w południe – zupa, mięso i jarzyny, często słodki deser lub kompot, a wieczorem – gęsta zupa lub inny ciepły posiłek. Potrawy były dobrze przyrządzone, obfite. Dbano również o ich urozmaicenie. Nasz dzielny kucharz Jakesch, wiedeńczyk, szczególnie dobrze potrafi ł przyrządzać różnego rodzaju potrawy mączne, z których naleśniki i zapiekanka z makaronem zyskały sobie dużą popularność”.

Komendantem obozu był amerykański pułkownik Burton C. Andrus, któremu w przyszłości będą podlegały sprawy bezpieczeństwa w Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze.

Pułkownik Andrus nie był przyjacielem aresztowanych. Nic dziwnego, że wyniknęła z tego mała wojna, którą więźniowie prowadzili z dużym uporem, na co Andrus odpowiadał wszelkimi możliwymi szykanami. Nic też dziwnego, że więźniowie nie wyrażali się o nim z sympatią.

Göring podkpiwał z zielono lakierowanego i zawsze wypolerowanego na wysoki połysk hełmu komendanta i nazywał go „kapitanem straży pożarnej”.

– Ma pozbawione wyrazu, ale nieprzyjazne oczy – mówił o nim Papen. Jako „nad wyraz nieprzyjemnego, obawiającego się podwładnych człowieka” określił go Hjalmar Schacht.

Dr Pflücker pisze: „Andrus był czynnym oficerem kawalerii. Swoją funkcję komendanta sprawował bardzo skrupulatnie, co spowodowało, że stał się dla internowanych plagą. Gwoli prawdy muszę jednak stwierdzić, że bardzo rzetelnie starał się o zaopatrzenie dla internowanych. Trzeba również wziąć pod uwagę, że komendant był całkowicie odpowiedzialny za ich bezpieczeństwo.

Aby zapobiec samobójstwom, usunięto szklane szyby i zastąpiono je szkłem

zbrojonym oraz solidną żelazną kratą, do czego się zresztą szybko przyzwyczajono,

gdyż zieleń parku łagodziła ten surowy widok. Nigdy nie zdarzył się

wypadek nadużycia uprawnień przez wartowników”.

– Na przesłuchanie!

Tego rodzaju wezwanie było jedynym urozmaiceniem nudnej codzienności. Przesłuchania ciągnęły się zwykle godzinami. Prowadzący je oficerowie stale powracali do tych samych spraw, przeskakiwali z tematu na temat, rzucali podchwytliwe pytania i szukali sprzeczności w wypowiedziach przesłuchiwanych.

Trzeba było mieć żelazne nerwy.

Przesłuchania odbywały się zawsze w obecności stenografa, rejestrującego każde słowo. Dopiero po przejrzeniu większej liczby stron takiego protokołu można wyczuć ciężką atmosferę, w jakiej toczyły się wstępne dochodzenia przed procesem norymberskim.

Werner Bross, przez pewien czas asystent Stahmera, obrońcy Göringa, przekazał potomności urywki dwóch tego rodzaju zapisów z przesłuchania w czerwcu 1945 roku – pięć miesięcy przed rozpoczęciem procesu. Oryginały obejmowały 555 pytań amerykańskiego urzędnika prowadzącego śledztwo i tyleż odpowiedzi Hermanna Göringa. Przytoczmy tu fragment tych protokołów. Ich suchy język powie nam więcej niż jakikolwiek opis.

Pytanie: – Jakie jest pana pełne nazwisko?

Odpowiedź: – Hermann Wilhelm Göring.

– Czym się pan zajmował?

– Byłem oficerem i naczelnym dowódcą Luftwaffe, ministrem lotnictwa, premierem Prus, przewodniczącym Reichstagu, ministrem leśnictwa, marszałkiem Rzeszy.

– Wydaje się, że należał pan do tych nazistów, którym się najbardziej powiodło, gdyż udało się panu pozostać wśród żywych?

– Nie wiem, jak pan widzi tę sprawę – ale pozostała jeszcze spora liczba nazistów.

– Jest pan ostatnim wielkim nazistą. Jak udało się panu przeżyć? Dlaczego pan nie umarł?

– To przypadek. Zostałem wzięty do niewoli i miałem być rozstrzelany.

Przez przypadek nie doszło do tego.

– Jak pan ocenia Schachta?

– Mówi tylko o sobie.

– Nie uważa pan, że pan sam stale mówi tylko o sobie? Czy może nam pan jeszcze powiedzieć coś na temat Schachta?

– Był mądrym człowiekiem. Jeszcze zanim partia przejęła władzę, już dla niej pracował.

– Musiał być mądrzejszy od pana, skoro jeszcze przed wojną wystąpił z partii.

– Niektórzy ludzie nie mają charakteru.

– Czy możemy wierzyć Schachtowi?

– Pozostawiam to panom do rozstrzygnięcia.

– Czy jest on człowiekiem bez charakteru?

– Nie chcę tego powiedzieć wprost, ale wiadomo, że Schacht często zmieniał swoje poglądy.

– Czy jest pan człowiekiem z zasadami?

– Zawsze trzymałem się swoich przekonań.

– Jakie są pańskie główne przekonania?

– Pracować dla swego kraju. Nie chcę też osądzać Schachta, pytano mnie tylko o mój osobisty pogląd.

– Czy w 1938 roku został przez pana podpisany dekret, który nakładał na Żydów grzywnę w wysokości miliarda reichsmarek?

– Zostało to nakazane przez Hitlera.

– Czy wstydzi się pan z tego powodu?

– Nie uważam, aby to zarządzenie było słuszne.

– W takim razie wstydzi się pan, że podpisał pan ten dokument? Albo może niemiecki feldmarszałek nigdy nie odczuwa wstydu?

– Zgodnie z konwencją genewską nie mam obowiązku odpowiadać na to pytanie.

– Nie jest pan już jeńcem wojennym. Wojna z Niemcami się skończyła.

Niemcy poddały się bezwarunkowo Narodom Zjednoczonym. Czy zechce pan odpowiedzieć na to pytanie?

– Żałuję tego. Ale musi pan wziąć pod uwagę, jakie to były czasy.

– Kto przechowywał pańską książeczkę czekową?

– Moja sekretarka i ja.

– Kto pokrywał koszty Karinhallu[1]?

– Ministerstwo Lotnictwa i Ministerstwo Stanu.

– W jaki sposób przekazywano środki na zakupy obrazów?

– Zawsze gotówką.

– Skąd otrzymywał pan gotówkę?

– Byłem drugim człowiekiem. Zawsze miałem wystarczającą ilość pieniędzy. Sam potwierdzałem zlecenia.

– Czy wszelką obcą walutę otrzymywał pan w ten sposób?

– Tak, byłem ostatnią instancją.

– Czy ten sposób postępowania był uregulowany przepisami i czy prowadzono zestawienia?

– Problemem było tylko otrzymanie pozwolenia. W moim wypadku nie podlegało ono dyskusji.

– Czy mógłby się pan nazwać człowiekiem biednym?

– Nie wiem, co pozostało. Nie mam nad niczym kontroli.

– Niczego pan nie ukrył w jakiejś jaskini?

– Nie, niczego.

– Czy prowadził pan kiedyś dziennik?

– Prowadziłem dziennik z przerwami. W ostatnich latach dziennik prowadził adiutant. Spłonął on w Karinhallu, gdzie znajdowały się te wszystkie rzeczy. Zrobili to moi ludzie – wydałem rozkaz, że wszystko musi być spalone – lub Rosjanie. Między Berlinem a Karinhall znaleźli się Rosjanie. Musieliśmy w pośpiechu uciekać. Zakopano tam sporo rzeczy.

– Niech pan nam powie, gdzie to jest, a wszystko odzyskamy.

– Powiedziano mi, gdzie te rzeczy zostały zakopane, ale trudno je będzie sprowadzić. Również Rosjanie nie pozwolą wam kopać. Jest prawie niemożliwością opisanie tego tutaj, gdyż poszczególne przedmioty leżą w znacznym od siebie oddaleniu, a sporządzenie mapy byłoby tu bardzo trudne.

– Czy istnieje jakiś plan rozmieszczenia tych przedmiotów?

– Nie.

– Kto oprócz pana wie, gdzie te rzeczy są zakopane?

– Żołnierze, którzy byli u mnie i wykonywali moje rozkazy. Nie wiem, co się z nimi stało. Rzecz wydaje się niemożliwa do przeprowadzenia, nawet gdybyśmy mieli któregoś z tych żołnierzy, gdyż Rosjanie nigdy nie pozwoliliby nam czegokolwiek wykopać, nie zabierając tego. Mam nadzieję, że być może późnej uda nam się odzyskać te rzeczy.

– Czy w kwietniu 1945 roku podjął pan pieniądze, aby przekazać je innemu bankowi?

– Wydałem polecenie przekazania pół miliona do jednego z banków południowoniemieckich. Gdyby zostało ono wykonane, otrzymałbym wiadomość, ale nic o tym nie wiem.

– Czy sporządził pan testament?

– Robię to obecnie, ale nie jest to konieczne, gdyż zgodnie z prawem wszystko przypada mojemu dziecku.

– Czy pozostawia pan coś swojej sekretarce?

– Lista jest sporządzona i wszystko przejmie moja żona.

– Gdzie jest ta lista?

– Została spakowana razem z biblioteką. Było to w pociągu. Miałem dwa pociągi, w jednym z nich znajdowała się moja kwatera główna. Jeden z pociągów stał pod osłoną tunelu na bocznym torze. Gdy się zaczęło, wartownicy zniknęli i rozkradziono znaczną ilość rzeczy. Szkatuły na kosztowności były pootwierane, kamienie zniknęły, ale ich oprawy leżały porozrzucane.

– Oglądał pan ten pociąg?

– Opowiedział mi to amerykański oficer.

– Jakie są pana roczne dochody?

– Otrzymywałem 20 tysięcy marek miesięcznie jako marszałek Rzeszy, ponadto 3600 marek miesięcznie jako naczelny dowódca Luftwaffe, minus podatek, i 1600 marek jako przewodniczący Reichstagu. Dochodziła do tego jeszcze moja działalność pisarska – za wszystkie książki dochód wyniósł prawie milion marek.

– Czy życie nie kosztowało więcej?

– Część moich wydatków była pokrywana z innych źródeł. Dom w Berlinie i Karinhall były utrzymywane przez państwo.

– Czy nie wydawał pan ogromnych sum na obrazy – więcej, niż pan zarabiał?

– Miałem pieniądze…


[1] Karinhall – rezydencja Göringa, nazwana tak na cześć pierwszej jego żony, szwedzkiej hrabiny Karin von Fock (Red.).


Tekst jest fragmentem książki Proces norymberski, Joe J. Heydecker, Johannes Leeb, s. 85-90, i powstał we współpracy z Wydawnictwem RM.

Comments are closed.