Alice Lugen, Imperium gniewu. Paradoksy putinowskiej Rosji
Rosja w książce Alice Lugen Imperium gniewu. Paradoksy putinowskiej Rosji nie przypomina jednego organizmu, który da się opisać prostym schematem. Bardziej pasuje tu obraz państwa zszytego z wielu sprzeczności, nawyków, lęków, rytuałów władzy i narzędzi kontroli. Sama autorka uczciwie to zaznacza już na początku. Opowiadanie o putinowskiej Rosji zawsze będzie w jakimś stopniu fragmentaryczne, bo skala złożoności zwyczajnie nie mieści się w jednej książce
To zresztą widać od razu w konstrukcji książki. Lugen prowadzi czytelnika przez kult wodza, Junarmię, głubinkę, rejestry zagranicznych agentów, stosunek do Związku Radzieckiego, sankcje, kulturową wojnę z Zachodem, Roskomnadzor, propagandę i dezinformację, telewizję, Internet, szkołę, patriotyzm czasu wojny, mniejszości i regiony, cyfrową inwigilację, korupcję, relację władzy z demokracją oraz świat bogatych Rosjan. Sam ten układ sporo mówi o intencji autorki. Nie interesuje jej wyłącznie Kreml jako dekoracja polityczna. Interesuje ją całe zaplecze: instytucje, emocje, język, edukacja, media, pieniądze i codzienne mechanizmy podporządkowania.
Władza, która chce być wszędzie
Najmocniej wybrzmiewa w tej książce chyba to, jak wiele poziomów ma rosyjska władza. To nie jest wyłącznie system dekretów, przemówień i policyjnej siły. Lugen pokazuje coś znacznie bardziej lepkiego: władzę, która chce być obecna w symbolach, w wychowaniu, w mediach, w pamięci historycznej, w szkole, w Internecie, a nawet w prywatnym języku obywateli.
Już sam pierwszy rozdział, poświęcony kultowi wodza, dobrze ustawia ton całej książki. Pojawiają się tam przygotowania miast do wizyt Putina, turystyczne „szlaki Putina”, cała masa gadżetów z jego wizerunkiem, a nawet inicjatywy, które próbują nadać tej postaci wymiar niemal sakralny. Wszystko to razem daje obraz władzy, która nie chce być jedynie akceptowana. Ona chce być czczona, powtarzana, reprodukowana.
I właśnie tu książka Lugen robi się naprawdę ciekawa. Bo ten opis nie idzie w stronę prostego politycznego eseju. Autorka nie staje z boku i nie wygłasza ogólnej diagnozy. Zamiast tego zbiera przykłady, sceny, absurdy, oficjalne gesty i społeczne reakcje. Dzięki temu czytelnik widzi nie tyle abstrakcyjny „kult jednostki”, ile jego codzienną, czasem groteskową, a czasem zwyczajnie ponurą praktykę. Śmiech pojawia się tu nieraz, ale szybko grzęźnie w poczuciu, że ta groteska nie jest niewinna.
Młodzież, szkoła, patriotyzm
Dużo miejsca zajmuje w książce kwestia wychowania ideologicznego. Już z samego spisu treści widać, że nie chodzi o pojedynczy wątek, ale o cały blok tematów: Junarmia, zmiany w programach szkolnych i patriotyzm czasu wojny. To nie są przypadkowo zestawione rozdziały. Razem pokazują, że państwo nie ogranicza się do reagowania na kryzysy czy tłumienia oporu. Ono pracuje nad przyszłym obywatelem. Chce wychowywać, porządkować pamięć, ustawiać język lojalności i budować emocjonalny związek z państwem oraz armią.
W tym sensie Imperium gniewu nie jest książką tylko o represji. Jest też książką o produkowaniu zgody. O tym, jak tworzy się przywiązanie do państwa, jak porządkuje się wyobraźnię i jak ideologia schodzi z poziomu wielkich słów do szkolnej codzienności. To bardzo ważne przesunięcie, bo dzięki niemu Rosja opisana przez Lugen nie jawi się jako kraj trzymany wyłącznie strachem. Strach jest ważny, jasne. Ale równie ważne okazują się przyzwyczajenie, rytuał, symbol i dobrze ustawiony przekaz.
Kontrola informacji nie bierze się znikąd
Mocny fragment tej książki stanowi też cały blok poświęcony mediom, propagandzie, dezinformacji, Roskomnadzorowi i źródłom informacji. Znowu: nie mamy tu jednego rozdziału o telewizji i koniec tematu. Lugen rozbija problem na kilka części, dzięki czemu widać, że kontrola przekazu nie działa w jednej instytucji ani jednym ruchem.
Składa się z wielu warstw. Jedne regulują dostęp, inne filtrują treści, jeszcze inne dyscyplinują język albo piętnują osoby uznane za wrogie. Obok tego dochodzi cyfrowa inwigilacja, która przesuwa całą opowieść z pola klasycznej propagandy w stronę bardziej nowoczesnych technik nadzoru.
To duża zaleta tej książki. Lugen nie odrywa mediów od państwa ani państwa od technologii. Pokazuje, że współczesna władza potrzebuje obu. Nie wystarcza już telewizor i kilka haseł. Potrzebne są też rejestry, systemy nadzoru, instytucjonalne narzędzia nacisku i dobrze rozpisane mechanizmy wykluczania.
Rosja poza centrum
Cenne jest również to, że książka nie zatrzymuje się na Moskwie. Sama obecność rozdziałów o głubince, mniejszościach, regionach i strukturze państwa sugeruje, że Lugen próbuje przesunąć perspektywę poza wielkomiejskie centrum. To ważne, bo bez tego łatwo byłoby sprowadzić rosyjską rzeczywistość do medialnego obrazu Kremla, elit i wielkiej polityki. Tymczasem autorka przypomina już we wprowadzeniu, że mowa o państwie wielonarodowym, wielojęzycznym i skrajnie zróżnicowanym, w którym różne doświadczenia potrafią funkcjonować obok siebie, często w jawnej sprzeczności.
Dzięki temu Imperium gniewu nie wygląda jak książka o jednej Rosji. To raczej książka o Rosji rozpiętej między centrum a prowincją, między oficjalną narracją a społecznymi praktykami, między przemocą symboliczną i bardzo konkretną. I właśnie ten brak jednej gładkiej powierzchni działa tu na plus.
Stare wzory, nowe narzędzia
Autorka bardzo wyraźnie zaznacza też, że część opisywanych mechanizmów jest nowa, część stanowi przeróbkę rozwiązań radzieckich, a część sięga jeszcze głębiej. To ważny punkt całej książki. Lugen nie pisze o putinowskiej Rosji ani jak o prostej kontynuacji ZSRR, ani jak o zjawisku całkowicie nowym. Bardziej interesuje ją mieszanka: stare wzory legitymizacji władzy, odziedziczone odruchy administracyjne, pamięć radziecka, imperialne gesty i współczesne technologie kontroli. Właśnie z tej mieszanki biorą się tytułowe paradoksy.
To zresztą jeden z najmocniejszych walorów książki. Lugen nie upraszcza. Nie mówi: oto jeden klucz, który otworzy wszystkie drzwi. Raczej pokazuje, że Rosja pod rządami Putina działa dzięki wielu kluczom naraz i że każdy z nich pasuje do innego zamka.
Książka o mechanizmach, nie o jednym wydarzeniu
Trzeba też jasno powiedzieć, czym Imperium gniewu nie jest. Nie jest linearną historią współczesnej Rosji. Nie jest klasycznym reportażem prowadzonym przez jednego bohatera czy jedną opowieść. Nie jest też jednowątkową analizą samej wojny albo samego aparatu represji. To książka zbudowana modułowo. Jedni uznają to za ogromny plus, inni mogą poczuć lekki niedosyt jednej, mocno ciągniętej narracji. Ale trudno robić z tego zarzut, skoro autorka od początku uczciwie uprzedza, że wybiera fragment jako metodę opisu.
I szczerze? To chyba najlepsza decyzja, jaką mogła podjąć. Przy takim temacie próba napisania jednej wielkiej syntezy łatwo skończyłaby się albo publicystyką, albo uproszczeniem. Lugen wybiera inną drogę. Zbiera elementy układanki i pozwala, żeby to ich sąsiedztwo wykonało część pracy. Czytelnik sam zaczyna widzieć powiązania między kultem wodza, szkołą, propagandą, cyfrową kontrolą, korupcją i życiem elit. I wtedy robi się naprawdę ciekawie.
Warto, zwłaszcza jeśli interesuje cię nie tylko sama polityka Kremla, ale całe zaplecze rosyjskiego systemu. Imperium gniewu dobrze pokazuje, że państwo Putina nie opiera się na jednym filarze. Trzyma się na kilku naraz: micie przywódcy, zarządzaniu informacją, wychowaniu, biurokracji, technologii, przemocy administracyjnej i ekonomicznych nierównościach. Właśnie dlatego ta książka działa. Nie dlatego, że daje kompletny portret Rosji. Sama autorka zresztą nie składa takiej obietnicy. Działa dlatego, że potrafi z wielu fragmentów zbudować obraz systemu, który z zewnątrz wydaje się chaotyczny, ale od środka okazuje się zadziwiająco spójny.
Alice Lugen nie próbuje zamknąć Rosji w jednej formule i właśnie dlatego jej książka wybrzmiewa mocno. Zamiast wygodnej syntezy dostajemy siedemnaście zjawisk, z których powoli wyłania się państwo działające przez kult, kontrolę, edukację, technologię i pieniądze.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.