Pod górami i nad jeziorem zostały sztolnie, popiół, zamurowany sprzęt i pamięć po radzieckim atomie. Kopalnie uranu w Kirgistanie to również opowieść o ludziach i w miejscach, gdzie po imperium zostały bieda, złom i dziwnie spokojne życie. Witalik mówi o raju na ziemi, choć pod tym rajem kryje się przeszłość, której nikt do końca nie rozliczył.
Wystarczy ogród Witalika, wino z aronii, Babula krążąca między kuchnią a domem i jezioro Issyk-kul, które z jednej strony zachwyca, a z drugiej potrafi zabrać człowieka bez ostrzeżenia. Fragment z książki Baranie oko prowadzi przez miejsce, gdzie codzienność miesza się z historią radzieckiego programu atomowego, pamięcią po kopalniach, biedą lat dziewięćdziesiątych, wojną w Ukrainie i prywatnymi stratami.
Kiedy Witalik przyjechał w 1971 roku do Kadżysaju, uranu już tu nie wydobywano. Zaczęto w 1947 roku. Teren był łatwo dostępny i dobrze skomunikowany, w latach II wojny światowej przeciągnięto linię kolejową z Frunze do Bałykczy, na brzegu Issyk-kula.
Kirgiskie złoża są dość ubogie, to taka bieda ruda o niskiej zawartości uranu. Ale w początkach zainicjowanego w 1943 roku radzieckiego programu atomowego łapano się każdego złoża, choćby było najchudsze. W Kirgistanie uran pozyskiwano nie tylko z rudy, ale też, jak w Kadżysaju, przez ekstrakcję z popiołów ze spalania węgla.
W tajnym instytucie na brzegu jeziora prowadzono też próby pozyskiwania uranu z wody. Issyk-kul ma bowiem podwyższoną naturalną zawartość tego pierwiastka. Ponoć były sukcesy, choć gospodarczo nie miały one żadnego sensu.
Tekst jest fragmentem książki Baranie oko, która czeka na Ciebie tutaj:
Dziesięć lat później uran w Kadżysaju przestał się opłacać. Wydobycie przeniesiono w głąb Rosji. Węgiel kopano nadal, otwarto też fabrykę półprzewodników. Uranowe sztolnie i sprzęt górniczy zamurowano. W latach dziewięćdziesiątych, by ratować się w biedzie, ludzie otworzyli włazy, zaczęli kopać węgiel na lewo. Ile wyciągnięto z ziemi tego napromieniowanego sprzętu i sprzedano na złom do Chin, tego nikt nie wie.
Po upadku komunizmu wielu górników wyjechało. Wielu też zmarło, czas przecież płynie.
– Niektórym się spieszy, bo wierzą, że trafią do raju. Ja mam tu swój raj na ziemi – mówi Witalik. – W Gruzji mówi się: „Rano wstaniesz, popatrz na góry. Dadzą ci siłę. Wieczorem popatrz na morze. Uspokoi cię”. Wprawdzie Kirgistan to nie Gruzja, ale z jednej strony są góry, a z drugiej jezioro, ogromne jak morze. Wychodzi na to samo – stwierdza, po czym pyta: – A ciebie tam w Europie coś trzyma? Może zostań tutaj. Europa to jakaś inna galaktyka. Problemy u ludzi małe, ale wydają im się wielkie. To chyba od pieniędzy tak się robi. Mnie się zdaje, że jak ludzie mają dużo problemów, to je rozwiązują raz-dwa. A w Europie na odwrót, byle duperela, a wydaje się, że dramat.
W inny raj niż ten ziemski Witalik nie wierzy, ale w stwórcę tak, ktoś ten świat musiał przecież wymyślić.
– Gdyby to była jedna planeta, to pół biedy, ale to cały wszechświat. I ta różnorodność! Drzewa, góry, morza. Że w morzu rybka pływa, i to nie jedna, ale cała mnogość! I że tyle różnych narodowości na świecie jest! Ludzkiej głowy by na to nie starczyło.
Jednak stwórcy nie wszystko się udało, bo za wojny to i on odpowiada.
– Tyle wojska państwa utrzymują, by pilnować porządku, a ile to kosztuje! A gdyby tak rozdać pieniądze? Gdyby ludziom na wszystko starczało, może nie mordowaliby się nawzajem?
Z Kadżysaju do Ukrainy daleko, ale Witalik czuje wojnę. Czuje ją duszą.
– Ciężko będzie, niezależnie, kto wygra. Ludzie na wojnie się zezwierzęcają, trauma będzie się ciągnąć latami.
Ukraiński to język jego serca, po ukraińsku mówiła z nim matka. Ojciec na emeryturę wrócił do Mironówki pod Kijowem, w rodzinne strony, siostra pojechała pracować do Połtawy. Witalik też parę lat pracował w Ukrainie.
– Niech Putin z Zełenskim zagrają w szachy. Kto wygra, ten bierze. Byleby się ten koszmar skończył.
Prywatnie jednak stwórca Witalikowi parę razy życie rato wał, w wodzie, na lądzie i pod ziemią. Dawniej Witalik pływał regularnie. Issyk-kul ciągnie jednak na dno. Co roku toną tuziny plażowiczów. Klasyczna sytuacja: Na plaży raut. Ktoś z uczestników idzie się wykąpać. Wstawiony, choć wydaje mu się, że trzeźwy. Po paru godzinach biesiadnicy rozglądają się: a Mambet gdzie? Myślą: pewnie spać poszedł. A on przepadł jak kamień w wodę.
Witalik też raz prawie przepadł. Wypłynął daleko od brzegu. Ludzie maleńcy już byli jak mrówki. Myśli: trzeba zawracać. Może pięćdziesiąt metrów zostało. I nagle skurcz. Ani ręką, ani nogą nie może ruszyć.
– Krzyczę, ale nie mogę wydobyć głosu. I ten błysk myśli: już po mnie. Woda mnie wciąga, poddaję się, a potem wyrywam do góry jak zając. Góra, dół, góra, dół. A toń gęsta, głęboka… – Dzień jest upalny, ale w ogrodzie Witalika zimny wiatr powiał na to wspomnienie. W końcu poczuł grunt pod stopami, doczołgał się do brzegu. Był topielcem, którego topiel oddała. Tymczasem jego kompania nalewa następną kolejkę. – Jak ja im nie wygarnę! Job wasza matʹ. Ja tonę, a wy toasty wznosicie? – Kompani zbaranieli. – Gdybym stracił zimną krew, byłoby po mnie. I gdyby Boga nie było.
Innym razem doszło do tąpnięcia w kopalni. Słupy zatrzeszczały, pył sypie się na głowę, ziemia groźnie mruczy. „Wierzycie w Allaha, to się módlcie” – powiedział Kirgizom ze swojej brygady. Pomogło. Jak ich wyciągnęli, dyrektor nalał każdemu po szklance koniaku. „Do dna – mówi. – Bóg was ocalił”. Lenin z portretu przymknął oko, udał, że nie słyszy. W wojsku też Witalik o mało życia nie stracił.
– Ćwiczyliśmy obronę przed czołgami. Dzień minął, nic się nie dzieje. Zjedliśmy po konserwie, legliśmy w krzakach. W nocy budzi nas huk. Niemieckie czołgi jadą. Uciekaliśmy, przerażeni. O mało nas nie zgnietli. Czołgi stanęły. Otworzył się właz: „Co wy, kurwa, robicie? Mieliście bronić linii przed wrogiem”. – Do dziś śni mu się chrzęst gąsienic. Witalik wzdryga się. – To się dobrze opowiada po czasie.
Babula zabiera talerze po barszczu. Ma krótkie włosy, słomko wy kapelusz, luźne spodnie w indyjski wzorek i podkoszulek, na którym swój ślad zostawiły wszystkie owoce z sadu. Babula jest niezmordowana. Nie spocznie nawet na chwilę.
– Tatiano, ja wymyję – mówię, sprzątając ze stołu.
Ona:
– Nie wiesz, co gdzie leży.
– Ja przebiorę te morele – proponuję pomoc.
Ona:
– Nie wiesz jak.
Witalik macha ręką.
– Narzeka, że wszystko musi robić sama, ale pomocy nie przyjmie. Ot, kobieta radziecka.
Witalikowi obrywa się regularnie. Za każdym razem, jak Babula leci z letniej kuchni do chałupy albo z powrotem, rzuca kąśliwe słowo: że nierób, gaduła, że psom jeść nie dał albo piwnicy nie zamknął. On spokojnie, nawet czule, odpowiada: „Babula, chodź, posiedź z nami”. A ona tylko: „wrr”.
– Samotnej kobiecie męskie ramię się przydaje – mówi Witalik. I dodaje: – Źle nie trafiła. Nie piję, nie palę, leniem nie jestem. Ja tu sobie z wami odpoczywam – mówi, nalewając wina z aronii – ale to tylko od święta. Bóg ludzi złącza i rozłącza. Nas z Tatianą złączył.
Tatiana jest z Karakołu, pracowała tam w laboratorium. Mąż zmarł młodo. Dobrze jej się wiodło, była panią samej siebie. Ale dzieci postanowiły ją wyswatać. Któregoś lata przywiozły ją do Kadżysaju. Najpierw na zbiór moreli, potem śliwek i jabłek. W ogrodzie u Witalika zawsze jest na coś sezon. Z czasem coraz mniej chodziło jej o jabłka, a coraz bardziej o właściciela sadu. Nastawiła barszcz, wyszorowała podłogę. W tygodniu była w mieście, w weekend w Kadżysaju. W końcu Witalik powiedział: „Zostań u mnie, miejsca i pieniędzy starczy na dwoje”.
Miała sześćdziesiąt lat, uznała, że jeszcze może ułożyć sobie życie na nowo. „Co mi szkodzi, spróbuję”. Najpierw bała się, że Antonina, ta prawna żona, wróci z Rosji. Uznała jednak: „Trudno. Najwyżej popłaczę i wrócę do miasta”. Minęło półtorej dekady, Antonina już chyba nie wróci. Żeby chronić swoją autonomię, Tatiana kupiła jednak chałupę obok Witalika. Z czasem Witalik przeniósł się do niej, swój dom zamknął. Nie sprzeda go, bo dom stoi w środku ogrodu, a wynajmować plażowiczom to za dużo zachodu. Tylko piw nicy używa, na wino.
W produkcję wina Tatiana też weszła jak w masło. Robił je już ojciec Witalika. Sam Witalik pędził samogon, ale przestał.
– Bo od wódki się głupieje, a wino Pan Bóg stworzył, byśmy się radowali – mówi. Jedną butelkę sprzedają za dwieście pięćdziesiąt somów, dziesięć złotych. Kasę trzyma Tatiana, Witalik dostaje zaskórniaki. Telefon też ma ona. I całe dowodzenie.
Witalik ma niewiele potrzeb. Tylko jedno go smuci: że czas płynie nieubłaganie. Chciałby odmłodnieć, choć trochę.
– Siłą woli powinno to być możliwe. Ćwiczę, ale nie wychodzi. Jak już się zacznie, zadzwonię. Trzecia żona się przyda.
Babula grozi mu palcem z kuchni.
– No to za życiowy spektakl wypijmy. U każdego jest własna rola. Tylko kto jest reżyserem? Kto te role rozdaje?
Jest zadowolony z życia, choć mogło być inne. Przypadek ratował mu skórę. Przypadek albo los może zmienił tor jego życia, gdy Witalik miał dziesięć lat. Wtedy zmarła mu matka.
– Młoda, piękna kobieta była. Pojechała w delegację, w ciąży. Złapały ją skurcze. Krwotok. Nie odratowali. Inne życie bym miał, gdyby jej nie brakło.
W ogrodzie robi się cicho jak makiem zasiał. Słychać prze suwające się po niebie chmury. Patrzymy w niebo. A czy ktoś stamtąd na nas patrzy?
– To jeszcze po sto gram. – Witalik nalewa z meniskiem wypukłym. – Opa! Życie będzie pełne. Żeby marzenia się spełniały. A jakie jest twoje następne, takie maleńkie? – pyta, podnosząc kieliszek.
– Do Sülüktü pojechać.
Witalik przełyka ślinę.
– Tam leży moja mama. Ojciec kochał ją nad życie.
Od Witalika wychodzę pod wieczór, gdy słońce powoli siada na horyzoncie. Ziemia i góry wokół Kadżysaju nabierają wtedy różowego blasku. Zaczyna padać. Deszcz znaczy ziemię czerwonymi kropkami. Kropi też na starszego Kirgiza w kałpaku i z laską. Idzie krokiem człowieka po udarze. Jedna część twarzy porusza się zwyczajnie, druga żyje jakby swoim własnym życiem.
– Pani skąd? Z Polski? Mogę o coś zapytać? – pyta z trudem.
–Oczywiście.
– Rosja tak Polsce pomogła w czasie II wojny światowej, a teraz Rosji nie chcecie pomóc. Jak to tak? – mówi karcąco.
– My Ukrainie pomagamy. Wszystkim nie możemy pomagać – odpowiadam.
– No właśnie, na szkodę Rosji działacie – denerwuje się Kirgiz.
Deszcz kropi, facet kuśtyka dalej.
– Putin niepotrzebnie wojnę zaczął – zachodzę temat z innej strony.
Kirgiz patrzy na mnie bezradnie:
– To po co Ukraina rosyjskiego języka zabraniała? My w Kirgistanie nie zabraniamy – zauważa rzeczowo. Sam po rosyjsku ledwie składa słowa.
Życzymy sobie pokoju. Woda kropi nas jak kropidłem.
Tekst jest fragmentem książki Baranie oko, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Czarne.
