Blizny Krajobrazy po przemyśle Marta Tomczok

Blizny |Recenzja

Marta Tomczok, Blizny. Krajobrazy po przemyśle

Blizny. Krajobrazy po przemyśle prowadzą przez przestrzenie wymazane z map, a jednak uparcie obecne w pamięci. W tej decyzji (aby patrzeć na to, co zniknęło, a nie na to, co zostało) zawiera się sens całej książki. Uprzemysłowienie po 1945 roku przestaje być opowieścią o inwestycjach. Zaczyna funkcjonować jako długotrwałe doświadczenie zapisane w krajobrazie i w ludzkich biografiach.

Narracja rozwija się w ruchu. Kolejne miejsca pojawiają się jak przystanki: Łużyce, odkrywki węgla brunatnego, znikające wsie, okolice Turowa i Bogatyni. Każde odsłania inny wariant tej samej historii. Zamiast klasycznego ciągu przyczyn i skutków pojawia się gęsta sieć konsekwencji. Autorka nie rekonstruuje procesu od strony decyzji i planów. Zbiera jego efekty. Rozproszone, nieoczywiste, często wymykające się jednemu językowi.

Rozmowy z mieszkańcami, dokumenty urzędowe, powojenna prasa, literatura, prywatne zdjęcia… Zestawienie tych materiałów nie prowadzi do uporządkowanej całości. Ujawnia raczej napięcia. Autorka przyznaje, że musiała uczyć się mówić o tym doświadczeniu od nowa, konfrontując relacje z archiwami i tekstami kultury. Powstaje opowieść, która nie próbuje wszystkiego kontrolować, tylko pozwala materiałowi wybrzmieć.

Najbardziej widać to w opisie wysiedleń. Nie pojawiają się jako zamknięty moment, który da się przypisać jednej dacie. Rozciągają się w czasie. Zaczynają się od niepewności, przechodzą przez długie oczekiwanie, formalnie kończą wraz z przeprowadzką, ale w doświadczeniu ludzi trwają dalej. W relacjach powraca cisza ciągnąca się latami i nagłe powroty pamięci. Książka nie porządkuje tego jedną narracją. Pokazuje, jak trudno w ogóle uchwycić taki proces.

Drugą osią pozostaje krajobraz. Jego przemiana przebiega etapami: od przestrzeni pełnych życia, przez tereny podporządkowane wydobyciu, po zdegradowane obszary i próby rekultywacji. Pojawia się obraz „oskalpowanych rajów”. Ziemi pozbawionej warstw, sprowadzonej do surowca. W opisach odkrywek czuć napięcie: maszyny pracują powoli, niemal niezauważalnie, a skutki okazują się nieodwracalne. Katastrofa nie ma jednego momentu. Rozgrywa się w czasie, bez wyraźnego punktu kulminacyjnego.

Szczególnie wyraźnie widać to na Łużycach. Krajobraz nie przypomina ani dawnej natury, ani klasycznej przestrzeni przemysłowej. Powstaje coś trzeciego. Rozległy, surowy świat ukształtowany przez wydobycie. Mieszczą się w nim historie takie jak Kausche, wieś przeniesiona w całości, oraz miejsca istniejące już tylko w opowieściach. Rekultywacja próbuje tę przestrzeń uporządkować, nadać jej nową formę. Utraty jednak nie cofa.

Najważniejsza zmiana dotyczy znaczenia. Hałda przestaje być tylko hałdą, jezioro przestaje być jedynie zbiornikiem, a wyrobisko pustą przestrzenią. Dzięki pamięci ludzi miejsca odzyskują wcześniejsze warstwy. „Bez nich hałda nadal byłaby hałdą, a nie zasypaną wsią, ściek ściekiem, a nie czyjąś ulubioną rzeką, a sztuczne jezioro sztucznym jeziorem, a nie zalanym osiedlem z jego radościami i smutkami. Ludzkie wspomnienia potrafią odczarować miejsca skazane na nieistnienie”. Ten fragment dobrze oddaje sens całej książki.

Tomczok nie proponuje jednej tezy, która spinałaby całość. Nie wprowadza prostego podziału między rozwojem a jego kosztami. Zostawia materiał, z którym trzeba zostać samemu. Brak syntetycznego domknięcia wynika z konsekwencji. Opisywane doświadczenie nie daje się zamknąć w jednym modelu.

„Blizny” działają po lekturze cicho, ale skutecznie. Zmienia się sposób patrzenia. Krajobraz przestaje być neutralny. Każda przestrzeń zaczyna nosić ślad tego, co zostało ukryte albo wymazane. I trudno już zobaczyć ją inaczej.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.