Piechty bez Cielmice |Recenzja

Grzegorz Sztoler, Piechty bez Cielmice. Klachy, rozprowki i kalendarium

Mówią, że najciekawsza jest historia światowa. Ale przecież każdy z nas wie, że to nieprawda. I właśnie książka Grzegorza Sztolera o tyskich Cielmicach jest jednym z licznych dowodów, że i historie lokalnych, małych ojczyzn mają w sobie pazur, czar i urok. Bo i do tych małych, często zamkniętych społeczności, w ubiegłym stuleciu kilkukrotnie zapukała wielka historia.

O czym jest książka?

Grzegorz Sztoler to znany lokalny historyk, dziennikarz i pisarz, zajmujący się historią ziemi pszczyńskiej. Tym razem zabrał się do spisania dziejów tyskich Cielmic, do niedawna jeszcze małej społeczności, której świat zdawał się oscylować na granicy cywilizacji. Jednocześnie same Cielmice są jedną z najstarszych części Tych, których historia sięga XIII stulecia.

Przytaczane w publikacji historie, opowiadania czy wywiady, są zapisem nie tylko dziejów historycznych samej dzielnicy, ale i życia jej poszczególnych mieszkańców. W środku znajdziemy zagmatwane losy cielmickich powstańców, biorących udział w powstaniach śląskich, historię lokalnej szkoły czy LKS Ogrodnik. Słowem jest to zapis tego, co działo się na przestrzeni ubiegłego wieku.

Jedną z ciekawszych postaci, o których tutaj można znaleźć informacje jest Franciszek Hantulik (1905-1969), nazwany „tyskim Nikiforem”. Czy słusznie – nie mnie to osądzać, tym bardziej, że nie znam twórczości obu malarzy. Franciszek Hantulik został odkryty w zasadzie przez przypadek przez Alojzego Łysko, który w swych poszukiwaniach Ślązaków biorących udział w II wojnie światowej, przypadkiem natrafił na jego spuściznę malarską. Hantulik portretował nie tylko członków własnej rodziny, ale i sąsiadów, bywalców lokalnego szynku czy dzieci. W ten sposób zdołał utrwalić wiele ciekawych obrazów nie tylko cielmickiej społeczności, ale i jej niepowtarzalny charakter.

Bardzo ciekawy jest również ostatni rozdział, z którego dowiedziałem się o istnieniu „tajemniczych” archiwów w których znaleźć można sylwetki powstańców śląskich. Okazuje się, że takowe archiwum zostało wywiezione do Stanów Zjednoczonych, ale udało się pozyskać ich fotokopie. Pewnie dużo ciekawych rzeczy można byłoby się z nich dowiedzieć, ale brak funduszy i chęci, aby do tego się zabrać. No, cóż – jak widać Polacy i Ślązacy nadal dość ambiwalentnie podchodzą do swych dziejów.

Jak się czytało?

Początkowo miałem pewne obawy siadając do tej pozycji. Po pierwsze – język i styl pisarski, który łączy w sobie cechy niby reportażu, własnych przemyśleń i historycznych wtrąceń. Autor zapisywał również wypowiedzi swych rozmówców, posługujących się śląską gwarą, z którą miałem problem. W domu nie mówiło się u nas po śląsku, a raczej taką mieszaniną gwary i języka polskiego. Dlatego to, co tutaj znalazłem sprawiało, że czułem się nieco obco.

Książka jest bardzo dobrze zaopatrzona w grafiki, fotografie, zarówno dokumentów, jak i bohaterów narracji poszczególnych rozmówców Grzegorza Sztolera. Szczerze – nie wszystkie rozdziały były dla mnie interesujące, ale wynika to bardziej z moich własnych zainteresowań historycznych, niż jakości przekazywanych informacji. Po prostu mam nieco odmienny gust, i wiele informacji tutaj zawartych było dla mnie nowością, czasem zaskoczeniem…

Autor pisze ze swadą, choć czasem zbyt mocno popuszcza wodze fantazji. Publikację tę czytało mi się nawet dosyć fajnie, co mnie samego wprawia w zdziwienie. Oczekiwałem nieco innej książki, z nieco innymi tematami, a odkryłem coś niezwykłego, coś pełnego pasji i kolorytu życia ludzi, którzy nie koniecznie chcą stać na świeczniku. Co dla mnie ważne, znalazłem tutaj sporo odniesień do tego, o czym opowiadała mi moja babcia. Zresztą pokusiłem się nawet o to, aby pokazać jej tę książkę. Ciekaw jestem jej reakcji i przemyśleń.

Podsumowanie

Publikacja podzielona jest na piętnaście rozdziałów, z czego największą część (prawie połowe0 stanowi kalendarium historii Cielmic. Mnie najbardziej zaciekawiły artykuły dotyczące losów powstańców śląskich, Janie Targielu i o malarzu Franciszku Hantuliku. Nieco bardziej chłodno podszedłem do historii lokalnego klubu sportowego.

Całość zamyka się na 256 stronach tekstu, bogatego w ilustracje, fotografie. Książka jest bardzo ładnie wydana i świetnie skomponowana wizualnie, ale myślę, że spokojnie mogła być wydana w nieco mniej obszernej formie, ale w mniejszym formacie.


Muzeum Miejskie w Tychach
Ryszard Hałas

Comments are closed.