W kraju, w którym każdy gest potrafił wywołać szmer podejrzeń, a milicjant na dachu był częścią codzienności, definicja wolności w państwie policyjnym nagle przestała być abstrakcją. Wystarczyło kilka tygodni leningradzkiego lata, żeby ludzie zaczęli mówić głośniej, śmiać się odważniej i wracać do domów z poczuciem, że świat właśnie poluzował im kajdany. To była ulga tak wyraźna, że aż podejrzana – i jednocześnie jedyna chwila, kiedy można było uwierzyć, że nawet w systemie zbudowanym na kontroli da się znaleźć skrawek oddechu.
Pierwszy oddech: definicja wolności w państwie policyjnym
Wszystko się zmieniło. Był sierpień 1986, dwa miesiące przed spotkaniem Gorbaczowa i Reagana w Reykjavíku na szczycie pokojowym, a ja wyczuwałam pierwsze drgnienia otwartości – głastnosti. W ciągu ostatnich dwóch lat moje wizyty w Rosji prześladowało niejasne złowieszcze poczucie, które w magiczny sposób zostało wymazane.
Tekst jest fragmentem książki Czerwona fala, która czeka na Ciebie tutaj:
Zdałam sobie sprawę, jak przywykłam do tego, że nigdy nie mogę się w pełni odprężyć, zawsze świadoma tego, co mówię i kto jest w pobliżu. To zabawne, jak ludzie potrafią się zaadaptować do takiego trybu życia, dzięki czemu napięcie i obawy stają się ledwo zauważalne. Moje życie w Związku Radzieckim było czysto instynktowne, zawsze musiałam odkryć, komu mogę zaufać i dokąd mogę pójść. Teraz nagle ludzkie ramiona i drzwi otwierały się przede mną.
Ostatnie dwie podróże także odbyłam z oficjalnymi wy cieczkami, ale zdołałam pozostać dłużej niż zwyczajowy tydzień. Wszyscy, zarówno moi najbliżsi przyjaciele, jak i obcy mijający mnie na ulicy wydawali się szczęśliwsi i swobodniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie więcej rozmawiali na ulicach, uśmiechali się do siebie i opowiadali sprośne dowcipy, niektórzy na wet ośmielali się głośno zaśmiać. To była wolność w najlepszym wydaniu, gdy każdy mógł wieczorem wrócić do domu i nadal płacić grosze za wodę, gaz, elektryczność, opiekę zdrowotną i inne rzeczy. Gdyby tylko to mogło trwać.
Imprezy, czarny rynek i małe wyłomy w państwie policyjnym
Wszyscy moi przyjaciele otrzymali swoje kopie albumu i byli nad wyraz uszczęśliwieni. Niewiele słyszeli o rozgłosie, jaki zyskali, ale gdy zgromadzili się wokół, by zobaczyć wszystkie przemycone przeze mnie recenzje i artykuły, wskazywali palca mi i mówili podekscytowani jeden przez drugiego, zdumieni, ile tego jest. Poszłam do Bieriozki, ekskluzywnego sklepu tylko dla cudzoziemców, i kupiłam papierosy Marlboro, zachodni alkohol oraz jedzenie, by świętować ze wszystkimi. Dni i noce mijały od imprezy do imprezy.
Pewnego wieczoru byłam z zespołem Alisa, Kostią, wszystkimi ich dziewczynami i Loszą Wiśnią, inżynierem, w którego domowym studiu zespół nagrywał. Znaleźliśmy się w obszernym mieszkaniu członka oficjalnego zespołu Siekriet, rosyjskiej taniej podróbki Beatlesów. Po raz pierwszy spotkałam żonę Kostii nad talerzami jedzenia i pełnymi kieliszkami, które trzymaliśmy, a w powietrzu między nami było gęsto od papie rosowego dymu.
Przysięgam, że byłam tam jedyną osobą bez papierosa w ustach. W tle grała płyta Davida Bowiego Tonight, przy której kilku gości brzdąkało na gitarach. Kostia zatańczył w tłumie, wystawiając język do kamery i używając bioder, by przeniosły jego ciało do równoległego wszechświata, w którym mógł egzystować przy muzyce, która go poruszała.
Przypominam sobie, że po tym świętowaniu szłam Newskim Prospektem z Afryką. Był ciepły, wilgotny wieczór z pierwszymi gwiazdami zawieszonymi nisko na niebie, ludzie sprzedawali arbuzy na chodnikach. Gdy mijaliśmy trzech chłopaków zmierzających w przeciwną stronę, jeden z nich uniósł pięść i zawołał: „Sting-ray!”.
– Płaczesz? – zaśmiał się Afryka, spoglądając na wyraz zaskoczenia, wręcz zdumienia na mojej twarzy.
– Po prostu się pocę – odparłam, popychając go naprzód w ciepłym zmierzchu.
Nie było nic bardziej satysfakcjonującego niż wiedza, jak wiele znaczy dla tych fanów rocka dzielenie się swoimi ukochanymi gwiazdami z zachodnim światem. Poczucie rosyjskiej dumy otaczało Red Wave, a po kilku tygodniach album sprzedawano już na rosyjskim czarnym rynku po dwieście dolarów!
Kiedy rock’n’roll pisze definicję wolności w państwie policyjnym
– Mieliśmy sporo gości, zawsze kręcą się tu ludzie. Od rana do nocy jego fani – powiedziała do mnie ze śmiechem na imprezie Luda, żona Borisa. – Zawsze zachowuje się jak dżentelmen. Nigdy ich nie odpycha. Dostaje nawet listy miłosne od dziewczyn!
– Jesteś zaskoczony odzewem, jaki wzbudzacie ty i Red Wave? – spytałam Griebienszczikowa.
– Ta muzyka jest w stu procentach uduchowiona – zawiesił głos i przytknął ciemnoniebieską butelkę do ust. – Dlatego te raz pozostaje raczej psychologiczną ciekawostką. Przedstawia i odzwierciedla pewien rodzaj duchowego poszukiwania, które muzyka rockowa, rzecz jasna, opisuje od samego początku.
Nikt mocniej nie wierzył w siłę muzyki niż Boris.
Nawet w obliczu swego muzycznego sukcesu ci Rosjanie mieli swoje priorytety. Było to emocjonalne oddanie się życiu, które, jak widziałam, znajdowało odzwierciedlenie nie tylko w muzyce, lecz także w ich fanach.
– Kocham rock’n’rolla! – krzyknął do mnie ktoś po rosyjsku, czepiając się rękawa mojej kurtki. – Wypełnia moje życie, moją krew.
Jeszcze dzisiaj wciąż jestem do głębi przejęta i pozostaję pod wrażeniem, jak bardzo wnikliwi byli ci rosyjscy fani i jak głęboko odczuwali.
Perkusja, milicjanci
Świętowanie albumu nie oznaczało, że ktokolwiek z nas zwolnił tempo. Judy i ja wciąż filmowałyśmy i robiłyśmy wiele podczas tej podróży, ciągając za sobą chłopaków jak chuliganki, którymi zawsze będziemy. Poszłyśmy na jeden z moich ulubionych koncertów Pop-Mechaniki – na leningradzkiej ulicy, który był absolutnie elektryzujący.
W studiu Timura odbywało się wieletusowek, a Akwarium zagrało piękny akustyczny koncert w Klubie Rocka. Nagraliśmy też z Siergiejem w domowym studiu Wiśni utwór, który zatytułowaliśmy Uczucie, jedyną moją piosenkę z lat 80., której większość została zarejestrowana w Rosji. Napisałam dla przyjaciół specjalne partie, które mieli zaśpiewać, i większość dnia spędziliśmy tam z Siergiejem, zapisując pełne życia melodie na klawisze i przeprowadzając Sołoguba oraz Jurija przez ich basowe i gitarowe partie. Sołogub pracował także przy pulpicie i rejestratorach, podobnie jak przy perkusji elektronicznej, którą im przywiozłam i do której był niemal emocjonalnie przywiązany.
Zjawił się również Wiktor ze swoim łobuzerskim spojrzeniem i pełnym uczucia śmiechem, pomagając w przygotowaniach. Piosenka w większości była po angielsku, z Siergiejem śpiewającym po rosyjsku dwa wersy, które sam napisał: „Siedziałem spokojnie w domu i wtedy przyszła Amerykanka”. Na potrzeby wideo nagrałam każdego z chłopaków śpiewających swoje partie, a potem tańczyliśmy wokół jak cyrkowe małpy, szaleni i pełni barw. „Siedzieliśmy spokojnie w domu – wykrzykiwali – i wtedy przyszła Amerykanka!”
Siergiej zorganizował koncert perkusyjny z dwudziestoma kumplami z Pop-Mechaniki na festiwal w Twierdzy Petropawłowskiej i zaprosił mnie, żebym też wzięła w nim udział. Minął ponad miesiąc od pojawienia się albumu oraz fali recenzji prasowych i uznałam, że radzieckie władze niechętnie zaakceptowały go w końcu jako coś dobrego. Po raz pierwszy poczułam się tak, jakby moje problemy i lęki zostały za mną. Koncert odbywał się na zewnątrz, z tysiącami ludzi tłoczących się wokół sceny, napierających na siebie, pohukujących i gwiżdżących, z zimnymi ogniami i zapalniczkami migoczącymi w powietrzu.
Nigdy dotąd nie wystąpiłam w żadnym z klubów, ale Siergiej był przekonany, że w tym ogromnym, podekscytowanym tłumie nikt nie zwróci uwagi na zwariowaną Amerykankę. Był to jeden z idealnych dni, słońce świeciło i wydobywało barwy pomalowanych bębnów, taczek i elementów scenerii. Publiczność zaczęła napływać, gdy przygotowywaliśmy scenę.
Przywiozłam ze Stanów żel do włosów, za którym chłopcy przepadali i gdy nakładałam go na włosy Siergieja i Afryki, dostrzegłam kątem oka dwóch milicjantów stojących na dachu, z którego obserwowali imprezę, i uświadomiłam sobie, że ich widok nie wywołuje u mnie skoku adrenaliny jak kiedyś. Z dłońmi umazanymi żelem pomachałam do nich. Na szczęście, tak jak przewidywał Siergiej, nie zauważyli mnie.
Hałas, który redefiniuje wolność pod okiem państwa policyjnego
Buzując jak zawsze energią, Kapitan wreszcie odepchnął moje ręce i zerwał się z miejsca.
– Zagramy parę kawałków kompozytora, który pracował z tą kapelą – przemówił swoim dźwięcznym, wyważonym głosem do tłumnie zgromadzonych młodych twarzy. – Kompozytor Afryka proponuje nam najbardziej radykalną muzykę. Właściwie wszyscy obecni członkowie zespołu są kompozytorami i praco wali nad aranżacją piosenek na ten wspólny występ.
Wszyscy naraz zaczęliśmy uderzać w swoje bębny, niektórzy tłukli młotkami w kawałki metalu. Po oczach ludzi na widowni widziałam, że zastanawiają się, co się dzieje.
– Chcę, żebyście wszyscy byli gotowi i posłuchali tej świeżej i nowoczesnej muzyki! – wywrzaskiwał sarkastycznie Siergiej, powstrzymując grę gwałtownym gestem, a potem zachęcając nas na nowo.
Uderzaliśmy, tłukliśmy, kopaliśmy i jeszcze trochę uderzaliśmy, a Kapitan zatrzymywał to i ponownie odpalał niczym zepsuty silnik auta usiłującego podjechać pod górę. W połowie jednak kwartet zaczął śpiewać stare rosyjskie pieśni.
– Publiko kochana, przed wami występ zespołu Pałacu Kultury Kolejarzy! – wykrzyknął obłąkańczo Siergiej, widziałam, jak świetnie się bawi. – To jest reklama. Zobaczycie skecze z życia robotników kolejowych!
I wracaliśmy do bębnienia. Śpiewałam, ile tchu w piersi: „Je, je, je, je” razem ze wszystkimi, „Je, je, cza, cza, cza!”. Zdrętwiało mi gardło i ramiona, ale czułam się tak, jakby serce wypełniało całe ciało. Nie miałam pojęcia, czy publiczność rozumie, na co patrzy, ale po raz pierwszy w życiu czułam się cząstką Rosji. W tamtej chwili na scenie nie byłam już dłużej Amerykanką, cudzoziemką czy turystką – byłam jedną z nich, otoczoną naj lepszymi przyjaciółmi, podążając za Kapitanem i robiąc hałas, który mógłby roztrzaskać szkło, a nawet żelazo. Byłam pewna, że słyszą nas ludzie na całym świecie.
Schyłek lata 1986 roku był jednym z najjaśniejszych, najspokojniejszych okresów, jakie pamiętam z ZSRR. Był ekscytujący i znajomy w sposób, który dawał mi fałszywe poczucie bezpieczeństwa w kraju pełnym sprzeczności.
Domy z bali, mrówkowce i prywatna definicja wolności
W centrum Leningradu, pośrodku miejskiego zamętu i z dala od sygnalizacji świetlnej stał piękny dom z drewnianych bali. Był to prywatny dom, jeden z niewielu, jakie pozostały, przyznany rodzinie Fałalejewów przez samego Lenina. Andriej Fałalejew, znajomy, który dał mi kontakt do Borisa przed moją pierwszą podróżą, miał matkę Tamarę i ciotkę Ninę, wciąż mieszkające w tym domu w Leningradzie.
Pod koniec lat 70. nawet gościły Griebienszczikowa przez rok czy dwa. Boris zabrał mnie tam pewnego wieczoru na kolację, machnąwszy ręką na zwyczajową wizytę u naszego zwariowanego Beatlesowca Koli, wybierając godzinny spacer z mieszkania do drewnianego do mu w późnoletniej parnocie.
Tamara i Nina, której jaskrawopomarańczowe włosy wydawały się na tle drzew niemal karmazynowe, powitały nas w progu i wprowadziły do pokoju pełnego jedzenia. Nie mówiły po angielsku, ale prowadziliśmy ożywioną rozmowę dzięki Borisowi przy obfitym posiłku, z bernardynem u stóp, ukradkiem podjadającym pod stołem kawałki ciepłego mięsa z mojej ręki.
Opowiadały mi o swoim życiu, zabawne historie o Rosji i o sobie nawzajem oraz anegdoty o wszystkich rockmanach, którzy znali te dwie nowoczesne damy i odwiedzali je. Gdy tak siedziałam, otoczona łagodnym światłem, widząc ich szczere, przejęte twarze, wiedziałam, że próbuję właśnie pokazać reszcie świata, iż tacy ludzie istnieją w ZSRR. Miały w sobie wystarczająco dużo ciepła, by roztopić syberyjską zimę.
Po przeciwnej stronie miasta, w jednym z betonowych mrówkowców, poznałam przyjaciela Afryki z Moskwy, którego wszyscy nazywali Dużym Miszą. Górował nad wszystkimi jak łagodna sosna, mierząc jakieś 2,15 metra i twierdził, że wypadek jądrowy w jego rodzinnym mieście Snieżynsk na Uralu przyczynił się do jego wzrostu. Był fizykiem specjalizującym się w elektronice, intelektualną latarnią morską. Doskonale mówił po angielsku, na tyle dobrze, że chwilami zastanawiałam się, czy nie jest szpiegiem, i podzielił się ze mną tyloma informacjami o środowisku oraz obserwacjami na temat ludzi i zespołów, że sięgało to znacznie głębiej niż sama muzyka rockowa.
– Istnieje poważne współzawodnictwo między zespołami z Moskwy i Leningradu, rozumiesz? – powiedział kiedyś, gdy pomagał mi przeprowadzić wywiad. – Moskiewskie grupy uważają, że ci z Leningradu zanadto ulegają zachodnim wpływom i nie jest to prawdziwy rock rosyjski.
– To jak batalia między Nowym Jorkiem a Los Angeles – zauważyłam.
Duży Misza zamachał dłonią w powietrzu, jego pierścionki przypominały małe srebrzyste ptaki.
– Leningrad może i nie ma słonecznego blasku – stwierdził z typową dla niego aurą pewności siebie. – Ale jest w nim magia.
Nocne pociągi i granice
W tym czasie jeździłam już z Borisem, Afryką i kilkoma innymi nocnym pociągiem do Moskwy i z powrotem, skuleni razem przy brudnych oknach udawaliśmy, że wszyscy jesteśmy Rosjanami. Nadal miałam problemy z porozumiewaniem się po rosyjsku, więc za każdym razem, gdy pojawiał się konduktor, by sprawdzić bilety lub obsługa z wózkiem z herbatą, Afryka mówił za mnie albo udawałam, że jestem niemową.
Nie mogłam nawet kupić sobie biletu, ponieważ te pociągi nie były dla cudzoziemców, a czasami kończyłam w przedziale z dwoma czy trzema obcymi ludźmi, których chrapanie rywalizowało z łomotem pociągu i sprawiało, że czułam się, jakbym spała w kominie kotła.
– Afryka, proszę, muszę siedzieć z tobą – szeptałam do niego w pociągu, gdy szliśmy wąskim, brudnym korytarzem.
Czasami udawało mu się dogadać z człowiekiem odpowiedzialnym za miejsca siedzące, żeby pozwolił nam się zamienić, tak byśmy byli w tym samym przedziale. Nie mam pojęcia, jak Afryka to robił, ale tak już miał i byłam mu bezgranicznie wdzięczna, zwijając się w kłębek obok niego i słuchając jego spokojnego, cichego oddechu.
Te nocne pociągi to zawsze była szalona jazda. Regulacja temperatury była zautomatyzowana, więc albo robiło się tak gorąco, że ludzie musieli otwierać okna i pozwolić, by śnieg wpadał do środka, albo było tak zimno, że nie mogłam prze stać dygotać przez całe osiem godzin. Odkryłam jednak coś dziwnie satysfakcjonującego w tych długich, dezorientujących nocach.
Dla mnie, zawieszonej pomiędzy dwoma miastami, była to surowa, pozbawiona znaczenia egzystencja, a jej prosto ta i intymna solidarność poprawiały mi samopoczucie. W Los Angeles, gdzie każdy był bezpieczny i odseparowany w swoim wygodnym kabriolecie lub kombi, dni i noce były jasne, a wzdłuż ulic ciągnęły się domy handlowe, nie znalazłabym niczego podobnego. Ekscytowało mnie zamienienie kontroli na niesamowite i paradoksalne poczucie wolności, pozwalające godzić się z cierpieniem i znosić niewygody.
Czułam, że naprawdę żyję, naprawdę dzielę to doświadczenie z moimi przyjaciółmi. Czasami przy sztucznym, słabym oświetleniu czułam się bardziej żywa niż kiedykolwiek przedtem, odbywając przejażdżkę na grzbiecie smoka czy komecie mknącej przez krajobrazy, których w Stanach nikt nigdy nie oglądał.
Granica, która przypomina, czym jest państwo policyjne
W sierpniu 1986 po Red Wave pojechaliśmy całą paczką do mieszkania i na daczę Saszy Lipnickiego, jak to już robi liśmy wcześniej. Sasza był basistą w undergroundowym post-punkowym zespole o nazwie Zwuki Mu – Dźwięki Mu. Lider zespołu Piotr Mamonow był jedną z najbardziej poważanych i ekscentrycznych postaci rosyjskiej sztuki, wyginającym ciało i przerzucającym się pomiędzy rozmaitymi stylami śpiewania przy każdej piosence, natomiast Sasza był tyczkowaty i szczupły, a połowę twarzy zasłaniała mu broda.
Miał mieszkanie w samym centrum stolicy, w którym od czasu do czasu nocowali wszyscy leningradzcy rockmani. Lipnicki był świetnym organizatorem spotkań towarzyskich oraz koncertów i krążyły pogłoski, że pochodzi z ustawionej rodziny. Był bardzo miły dla Judy i dla mnie, znakomicie mówił po angielsku, ale wydawało się, że nie chce, abyśmy nocowały lub spędzały zbyt wiele czasu u niego. Tym razem jednak wyglądało na to, że surowe miasto nieco złagodniało i obie dołączyłyśmy do Jurija, Wiktora, Siergieja i Afryki na jajka, mięso i grubo krojony chleb oraz wycieczkę na daczę, by odpocząć na plaży i popływać w rzece Moskwie.
– Jest czysta? – zapytałam Wiktora, gdy trzymając się za ręce, ruszyliśmy w stronę wody.
– Oczywiście – odparł ze swoim szerokim, ujmującym uśmiechem.
Po latach znajomi z moskiewskiego Greenpeace powie dzieli mi, że przeprowadzili badania jakości wody i stopień zanieczyszczenia bakteriami kałowymi przekraczał skalę.
Tamtego popołudnia Afryka i Sasza przygotowali dla wszystkich kolację na grillu, nasycając lekkie powiewy wonną, dymną barwą, a w studiu improwizowaliśmy do dźwięków rockowej muzyki i śmiechu. To był jeden z najlepszych dni w ZSRR, jakie pamiętam.
Pod koniec tej wycieczki Jurij i ja zostaliśmy też parą na serio, olśnioną marzeniem, że otwierają się przed nami możliwości i niewykluczone, że uda nam się spędzać razem w Rosji więcej czasu. Obdarzył mnie szybkim pocałunkiem przy Judy i odjechałam wynajętym samochodem w stronę fińskiej granicy, przekonana, że wkrótce znowu zobaczy mnie i moje zwariowane, po części utlenione, po części czarne włosy. Gdy odpaliłam słaby, krztuszący się silnik, poczułam się beztroska i zadowolona, opierając kolana o kierownicę i wystawiając ramiona przez okno. Wszystko wydawało się układać jak najlepiej i każdy z nas sprawiał wrażenie uszczęśliwionego.
– I got you, babe! – wyśpiewywałyśmy donośnie obie z Judy, dojeżdżając w szybkim tempie do granicy.
Zahamowałam i nacisnęłam guzik przy bramie, aby dać znać strażnikom, że jesteśmy i mogą otworzyć szlaban. W chwili, gdy zaczęłyśmy mówić, usłyszałyśmy, że się rozłącza ją. Dzwoniłyśmy kilkakrotnie, nie uzyskując odpowiedzi i po raz pierwszy podczas tej podróży poczułam, że dostaję gęsiej skórki na ramionach. Widziałam w oddali strażników, ich ciemne sylwetki w betonowym budynku, ale zachowywali się tak, jakbyśmy były niewidzialne. Siedziałyśmy przez godzinę i opuszczała nas energia.
– To na pewno przez ich biurokrację – usiłowała mnie przekonać Judy.
– Nie zdążymy na samolot! – krzyknęłam w przestrzeń.
Przesiedziałyśmy w aucie całą noc, wpatrując się w siebie i zablokowaną drogę przed nami, aż wreszcie pisk opon jeepa wyrwał nas z tej bezradności. Dostrzegłam dwa wojskowe samochody podjeżdżające pod placówkę. Jakąś godzinę później strażnik zbliżył się do bramy i zajął swoje dzienne stanowisko. Opuściłam okno.
– Przepraszam! Przepraszam!
Zmierzył spojrzeniem fioletowe kręgi pod moimi oczami i obłąkany wyraz mojej twarzy.
– O co chodzi?
Natychmiast zaczęłam głośno płakać.
– Uwięziliście nas tutaj na całą noc! – lamentowałam. – Spóźniłyśmy się na samolot i w ogóle!
Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, zupełnie niezainteresowany.
– Granica otwiera się za pół godziny.
– Byłyśmy tu wczoraj wieczorem przed jej zamknięciem, ale nas nie przepuszczono!
– Granica otwiera się za pół godziny – powtórzył.
Gdybym tylko wiedziała, że ta podróż okaże się jedną z ostatnich, nie sądzę, by tak mi się spieszyło do wyjazdu.
Tekst jest fragmentem książki Czerwona fala. Amerykanka w rockowym radzieckim undergroundzie i powstał we współpracy z Wydawnictwem Ośrodka Karta. Opracowanie, wstęp i śródtytuły: Agnieszka Cybulska.
Fot. Leningrad lat 80., domena publiczna
