Łączniczka „Zośki” | Recenzja

D. Majewska, A. Prykowska, Łączniczka „Zośki”. Wspomnienia Danuty Rossman

Dla pokolenia, które nie pamięta wojny i okupacji może wydawać się zupełną abberacją fakt, że dla tych ludzi, których lata młodości przypadły na ten tragiczny okres jest to najpiękniejszy czas w życiu. Oczywiście, że był pełen niebezpieczeństw, ale także pierwszych poważnych deklaracji, pierwszych randek, pierwszych miłości, pierwszych samodzielnych decyzji. Wszystko w aurze wszechobecnego terroru i napięcia. Jednak nawet w takich okolicznościach trzeba było prowadzić w miarę normalne życie. Tylko jak tego dokonać i jak wyjść z tego wszystkiego radosnym i pełnym życia? Danucie Rossman się to udało i może wciąż za nim tęskniła.

Recenzowana pozycja okazała się jakby naturalną konsekwencją książki Zośka moja miłość. Wspomnienia Hali Glińskiej. Pani Danuta, mocno zaangażowana w harcerstwo, była bliską przyjaciółką sympatii Tadeusza Zawadzkiego. Autorki po wydaniu poprzedniego tomu, podczas którego nie raz korzystały z pomocy bohaterki, jako że ta była jego łączniczką, postanowiły spisać także i jej wspomnienia.  Mają one w sobie naprawdę duży ładunek emocjonalny, ale przy tym wszystkim są też łatwe w odbiorze, pisane prostym językiem, bez niepotrzebnych ozdobników,
czy wyrażeń utrudniających zrozumienie. Mimo to, nie są ot takie frywolne, byle jakie. One są wyrazem tęsknoty za tym, co przeminęło bezpowrotnie – ludźmi, przyjaciółmi, miejscami, wydarzeniami, a wreszcie Warszawą jako miastem pięknym, dumnym, pełnym kultury i galanterii. Stolicą, z czasów jej dzieciństwa i młodości, tak brutalnie przerwanej, która na zawsze przepadła najpierw pod gruzami, a potem budynkami wieżowców.

Danuta Rossman doskonale  pamięta wszystkie najważniejsze momenty sześcioletniej okupacji ziem polskich, począwszy od kampanii wrześniowej. Jako osoba zaangażowana w konspirację niemal od jej początków, świetnie orientowała się w hierarchii, a także zasadach tam obowiązujących. Dziełem jej okupacyjnego życia stało się pełnienie roli łączniczki Tadeusza Zawadzkiego – „Zośki”. Przez to nawiązała się między nimi więź zaufania i przyjaźni. Danuta ceniła jego talenty dowódcze oraz obycie. Naturalnie, była świadkiem wywózek, aresztowań, łapanek. Miała także szczęście brać udział w największych akcjach polskiego ruchu oporu – Armii Krajowej, Kedywu i Szarych Szeregów. Blisko współpracowała także z  Alkiem i „Rudym”, spotykała się z Aleksandrem Kamińskim, Zdzisławą Bytnarową, czy Józefem Zawadzkim. Widziała Stefana Grota-Roweckiego. Współorganizowała lub pomagała między innymi w akcji pod Arsenałem, pod Celestynowem, zamachu na Franza Kutscherę ale także w malowaniu znaków Polski Walczącej, zrywaniu niemieckich flag oraz akcjach małego sabotażu i wiele innych. Słowem na własne oczy widziała wszystko to, co wspominają podręczniki do historii. Swoją aktywność, zwłaszcza
w sierpniu’44 przypłaciła niewolą, a potem pobytem w kilku obozach jenieckich. Śmierć ukochanego narzeczonego, z którym planowała przyszłość i inne liczne tragiczne zdarzenia
(w tym wywiezienie ojca do KL Auschwitz), nie złamały jej wewnętrznej woli pozostania dobrym człowiekiem obdarzających uśmiechem, nie chowającym urazy do nikogo. Pozytywne usposobienie wyniosła z domu rodzinnego, pełnego ciepła i miłości.

Książka opiera się mocno na dwóch filarach. Jednym z nich jest kultywowanie pamięci o gronie najbliższych przyjaciół, którzy polegli w walce, prostowanie nieścisłości, przekłamań i oczywistych błędów, wytwarzanie pozytywnego, bohaterskiego obrazu polskich harcerzy, akowców i całego ruchu oporu. Przyświecała jej w tym mickiewiczowska dewiza Jeśli zapomnę o Nich – ty Boże na niebie zapomnij o mnie! Drugi drogowskaz to kult harcerstwa jako idei. Pani Danuta była zdania, że tak jak wtedy, tak i dziś harcerstwo niesie ze sobą ogromne pokłady wychowawcze, patriotyczne i społeczne, które należy krzewić i wykorzystywać. Wyniosła to z lat młodości, a także z małżeństwa, bowiem jej mąż również nosił mundur z lilijką.

Ciekawe są spostrzeżenia pani Danuty w kilku kwestiach i na pewno nie można przejść obok nich obojętnie. Po pierwsze, była zdecydowaną zwolenniczką wybuchu powstania warszawskiego, dlatego, że energia i wściekłość ludności stolicy musiała gdzieś znaleźć ujście, i jak stwierdza, nikt, kto nie przeżył tego, co ona i jej pokolenie nie ma prawa jej oceniać. Jednocześnie wyraźnie była przeciw udziałowi dzieci i młodzieży w tej akcji. Krytycznie wyrażała się o zaangażowaniu harcerzy w pocztę polową i dawaniu im broni do ręki. Uważała przy tym, że winę za to ponoszą poeci, którzy twierdzili, że losem młodzieży jest właśnie walka. Zgłaszała także uwagi, co do Pomnika Małego Powstańca, ale akceptowała jego treść i przekaz, chociaż interpretowała go na swój sposób. Z komunizmu-w jej opinii-także należało wyciągnąć tyle dobrego ile się dało i nie oceniać go wyłącznie krytycznie. Przede wszystkim wyrażała opór i niedowierzanie wobec pomysłów podziału harcerstwa. Dlatego też do końca życia była otwarta na wszystko, co wiązało się
z ruchem skautowym czy harcerskim.

Wszystko to, o czym napisałem wyżej zostało świetnie przelane na papier przez obie Autorki. Zrobiły to naprawdę umiejętnie. Na pierwszy plan wysunęły naszą bohaterkę, ze wszystkim tym,
o czym chciała opowiedzieć. W tekście nie widać właściwie żadnych ingerencji w sferę stylistyczną, może trochę w językową, ale dzieje się to niezwykle rzadko. W głównym nurcie narracji przebija się także dość wyraźnie wątek rodzinny, w tym wszystkim bardzo osobisty. Pani Danucie bowiem bardzo trudno było odnaleźć się w nowej powojennej epoce, w której musiała zweryfikować wszystko, w co wierzyła do tej pory. Jej małżeństwo, na które zdecydowała się nieco z rozsądku, choć poprawne raczej nie należało do udanych. Mimo że mąż darzył ją szacunkiem, a ona dała mu ciepło rodzinnego domu, mimo że spędzili razem wiele pięknych chwil np. w Afryce, Szwajcarii, czy Francji, czegoś jej brakowało.

Muszę pochwalić Autorki za to, że na końcu książki stworzyły „słowniczek” biografii najważniejszych postaci przewijających się na kartach książki. To świetny pomysł. Dodam,
że wszystkie te biogramy, które można tam odnaleźć w tekście bieżącym są zaznaczone wyboldowaniem, co ułatwia odnalezienie danych i przeczytanie ich na bieżąco, tak aby nie tracić toku narracji.  Całość uzupełnia duża liczba wyraźnych zdjęć i innych pamiątek pochodzących
z archiwum pani Danuty oraz innych powiązanych dokumentów, znajdujących się na co dzień
np. w zbiorach Archiwum Akt Dawnych. Z tych wszystkich obrazów pani Danuta wyłania się piękną, młodą kobietą, zawsze z uśmiechem albo marzycielskim spojrzeniem. Wywołuje to dobre wrażenie i sprawia, że książka nabiera naprawdę osobistego charakteru. Naprawdę uważam,
że pokolenie wojny miało w sobie tę nieuchwytną dla współczesnych cechę charakteru – to coś.

Zakończenie „Łączniczki” skłania z kolei do refleksji. Bowiem coraz starsza pani Danuta, nie użala się nad swoim losem, a nad swoją starością. Narzeka, że nie jest już tak aktywna jak kiedyś
i że wielu czynności nie może wykonać już sama. Sprawia jej to ogromy ból, na który jedynym lekarstwem są wspomnienia z czasów młodości. Łączniczka „Zośki” odeszła na wieczną wartę
w wieku 96 lat.

Krytycznych uwag o książce nie mam. Polecam ją z całego serca, zwłaszcza najmłodszemu pokoleniu, które wojnę zna tylko z opowiadań i lekcji historii, a także tym, którzy nie mogą zrozumieć, że wojna może się kojarzyć inaczej, niż tylko z Aleją Szucha i karabinem w dłoni. Wszyscy jednak możemy się przekonać, że jak się okazuje się, że nie liczy się czas,
ale wspomnienia i ludzie. W piekle wojny i okupacji relacje międzyludzkie nabierały przecież zupełnie innego charakteru, takiego o którym, my nie mamy już pojęcia. Po lekturze nasuwa się jeden wniosek – pamiętajmy nie tyle o przeszłości, faktach, datach, wydarzeniach, ale o ludziach je tworzących.

Wydawnictwo: Muza, Muzeum Powstania Warszawskiego

Ocena recenzenta: 6/6

Dominik Majczak

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*