Nasze miejsce, nasz czas

Nasze miejsce, nasz czas |Recenzja

Wioletta Sawicka, Nasze miejsce, nasz czas

To już szósta i niestety ostatnia część sagi „Opowieść warmińska”, w której poznajemy dalsze losy wszystkich bohaterów z rodziny Langerów (nie mylcie proszę z bohaterem pewnego serialu, to nie ta droga). To przepiękna i wzruszająca opowieść o tym, co ważne w życiu człowieka, tym bardziej, że nasi bohaterowie naznaczeni są traumami wojennymi. Czyta się, jak zawsze – wyśmienicie, z pasją i wzruszeniem. Ale do rzeczy.

Tym, co przede wszystkim, mnie jako historykowi, rzuca się w oczy, to świetne i plastyczne oddanie zawikłanych realiów tytułowej Warmii i jej mieszkańców, obarczonych piętnem życia na pograniczu niemiecko-polskim, więc ani nie będący Niemcami, ani Polakami. „Rdzenni” Polacy patrzą na nich z pewnym wyczekiwaniem, czy aby Warmiacy nie są, jak się to mówi obecnie „zakamuflowaną opcją niemiecką”. A i oni sami do końca nie potrafią odnaleźć się w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Niby są u siebie, ale jakby ten świat rodzinny był im obcy.

Równocześnie Autorka oprowadza nas po przepięknych krajobrazach Warmii. Momentami dosłownie czuć zapach tych wszystkich drzew, ziół i jezior. I choć nigdy nie byłem w tym regionie, to po lekturze mam poczucie, jakby to była część mnie, część mojego miejsca rodzinnego. Chyba pierwszy raz spotykam się z takim odczuciem.

Trudne losy Langerów

Podobnie ma się sprawa z fragmentami opisującymi losy bohaterów powieści, którzy przeżyli obozy koncentracyjne w Niemczech, na przykład w Ravensbrucku czy inne wojenne perypetie. Ich przeżycia wzbudzają i grozę i jakąś nostalgię, od której nie można się uwolnić. Być może wynika to z faktu, iż Autorka kreśli losy swych bohaterów, może nie tyle z namaszczeniem, ale z taką emfazą, która sprawia, że stają się oni naszymi przyjaciółmi. Dosłownie, i w przenośni.

Ale co się dzieje tym razem? Lizka wychodzi za Gustava, Bogna po romantycznej przygodzie u boku Larsa w Stanach Zjednoczonych stoi nad grobem. Podobny los dotyka Jana, który przechodzi rozwlekły zawał, a z zesłania powraca Kondracki. Mnie bardzo spodobały się perypetie Lizki, która po różnych trudnych przeżyciach, w końcu znajduje „szczęście” przy boku Gustava. Ich docieranie się jest nieraz bolesne i wymaga nie lada samozaparcia, aby nie skrzywdzić dzieci.

Lizka – między Franzem a Gustavem

Bardzo rozczulający jest fragment poruszający nieszczęśliwą miłość Lizki do Franza, po którym pozostał jej tylko krótki list. Jest on jakby przepustką do niespełnionego snu o miłości, który jątrzy się rozpaczą, gniewem i poczuciem wielkiej pustki. Bo przecież Lizka sięga po niego co rusz, odczytując wciąż te same słowa, jakby pragnęła wyczytać z nich coś nowego. Jakby liczyła, że Franz nagle pojawi się w drzwiach, i że cały ten list okaże się tragifarsą. W tym wątku bezpośrednio czuć ogromny ból po wielkiej miłości, której nie dane było się ziścić do końca. Przyznam, że bardzo się wzruszyłem, i jakoś nie mogę się od tego wątku uwolnić.

Z drugiej strony, przy jej boku znajduje się Gustav, który kocha naszą bohaterkę całą duszą, lecz musi zmagać się z tym nostalgicznym uczuciem za Franzem. Choć Lizka przyjęła jego awanse, choć dzieli z nim swe ciało, to jednak jej dusza, i to wbrew jej zapewnieniom, wciąż skowana jest dawną emfazą. Jednak, mimo bycia „backup’em”, Gustav decyduje się związać z kobietą, dla której jest tylko racjonalnym wyborem, ucieczką przed samotnością. Nie wiem, czy ja bym tak potrafił. Tym większy podziw dla jego postawy i wielkiej miłości, którą obdarzył Lizkę.

Bogna – w drodze ku śmierci

Podobnie ciekawie toczą się losy Bogny, która nie potrafi sobie poradzić z traumą po przebyciu obozów koncentracyjnych. Jej zachowanie coraz bardziej się zmienia, staje się ona coraz bardziej wyobcowana, rozdrażniona. A ten stan tylko zaognia nieoczekiwane spotkanie z Gubdrum-Gertrudą (po zamianie imienia), jej dawną oprawczynią w obozie… Obie kobiety się rozpoznały, i obie w równym stopniu poczuły dojmujący strach. Bogna, że jej głęboko skrywana tajemnica zostanie wywleczona na światło dzienne, a Gundrum, że przyjdzie jej ponieść konsekwencje swych dawnych czynów. Co z tego wyniknie?

W tej historii, Wioletta Sawicka sięga do pewnego archetypu ludzi doświadczonych, którzy ani nie uwolnili się z dawnego życia, ani nie potrafią żyć tym nowym. Każda ich próba, by przeskoczyć dawne traumy, kończy się boleśniejszym powrotem do nich. Im bardziej ofiara skrywa swą tajemnicę, tym bardziej staje się ona widoczna dla innych. Jak się skończy ta historia – przeczytajcie sami. Naprawdę warto.

Rozdzieleni

Kolejna fascynująca historia to losy Kondrackiego, który za swe przekonania stał się ofiarą dwóch systemów. Najpierw Niemcy odebrali mu rodzinę, a później Rosjanie za walkę z nimi, zesłali go do obozu. Po niespełna dekadzie wraca do nowej Polski. Jednak życie w Rosji ogromnie go zmieniło. Przez przypadek jednak okazuje się, że wojnę przeżyły jego dzieci – Hania i Leosia, uratowane przez Lizkę, a znajdujące się u Krystyny, która pokochała dzieciaki jak swoje własne. I te obie postacie mocno się przeplatają. Ona tak bardzo kocha „znajdy”, że chciałaby, aby nikt się o nie nie upomniał. On – zaś pragnie rodziny, ale zapomniał jak to jest. Tak naprawdę nie zna swych dzieci. Finał tego wątku jest bardzo wzruszający.

Podsumowanie

Podsumowując, „Nasze miejsce, nasz czas” to powieść o zapuszczaniu korzeni w nowym świecie. Nie zawsze jest to proste, a niejednokrotnie obarczone jest wieloma trudnościami, które wzmaga wojenna trauma. Bo jak zaufać komuś, gdy widziało się piekło? Jak kochać drugiego człowieka, gdy szuka się miłości gdzie bądź? I czy każdy wybór obarczony synonimem „lepszy”, takim właśnie jest? Wioletta Sawicka opowiada nam fascynującą historię kilkunastu osób, których „przygody” przeplatają się co rusz, stwarzając naprawdę intrygującą i wciągającą fabułę.

Powieść bardzo spodobała mi się, dlatego, że porusza rzeczy ostateczne. Wszystko, co przyjdzie nam przeżyć, zostawia w nas ślad. Każdy ból, jeśli szybko nie zostanie zaleczony, sprawia tylko większy ból, i to taki, przy którym – bardziej lub mniej – krzywdzimy bliskich. Jednocześnie w natłoku tych wszystkich tragicznych historii, czytelnik dochodzi do wniosku, iż tym, c liczy się w życiu, jest bliskość drugiego człowieka. Nie żadne bogactwo, stanowiska, a nawet zdrowie… Bo jeśli żyje się w samotności, wszystko, co nas otacza, jest cierpieniem, dojmującym cierniem, który wrzyna się w ludzkie serce, niszcząc człowieka aż do osnowy jego ducha.

Przy książce bawiłem się przednio, i t pomimo faktu, że znalazłem tutaj wiele bólu – narzuconego, czasem egzystencjalnego, wewnętrznych rozterek i nie łatwych wyborów. Wszystko to jest ogromnie wciągające i wzruszające. W jakimś sensie, ma się wrażenie, że to nie typowa powieść, ale raczej prawdziwa historia rodzinna. Taką, którą opowiada się z rumieńcem na twarzy, odrobiną wstydu, i łzą w kącie oka.

Książka liczy sobie 512 stron. Gorąco polecam wszystkim. Z powieści wypływa wiele ciekawych życiowych prawd, niby oklepanych, ale zawsze warto je sobie przyswoić. Bo może odkryjemy dla siebie jakąś nową wartość.


Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.