Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014 | Recenzja

Marcin Napiórkowski, Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014

Czy można tak opisać Powstanie Warszawskie, żeby o nim nie napisać? Naturalnie, wystarczy sięgnąć do metod badawczych czołowych antropologów kultury czy filozofów: Michela Foucaulta, Jeana Baudrillarda, Clifforda Geertza, czy może Paula de Mana. Wówczas też okaże się, że „zbadać” coś (w sensie naukowym) czasami może znaczyć tyle samo co… ośmieszyć.

Marcin Napiórkowski jest młodym człowiekiem, nie doświadczył życia w komunizmie. Nie wie zatem jak to jest być młodym chłopakiem w beznadziei PRL-u, gdzie można bawić się na podwórku wyłącznie w „pancernych” lub Berlingowców, ale o dziadku od Andersa wspomnieć nie wolno. Osobiście więc zazdroszczę dzisiejszym dzieciakom, którzy wreszcie mogą robić to, co dla mnie było zabronione i niedostępne, a o czym wolno było mówić wyłącznie w domu. PRL był z definicji światem socjopatii: tylko w domu można było czuć (i po cichu pielęgnować) dumę z bohaterów spod Falaise, Tobruku czy Monte Cassino, bo w życiu oficjalnym, społecznym (dajmy na to w szkole) należało uczestniczyć w celebrze pseudobohaterów. Wreszcie możemy nazwać po imieniu, „rozpoznać” (jak chce Napiórkowski) kto bohater, a kto kanalia… Zatem to prawda, że żyjemy obecnie w czasach, w których wreszcie można upamiętniać powstańców warszawskich czy żołnierzy wyklętych, i identyfikować się z ich historią. Dla młodego kulturoznawcy to jednak wyłącznie materiał, który na chłodno, bez emocji może poddać swojej analizie. Więcej nawet – satysfakcja z nieskrępowanego (politycznie) mówienia o historycznych faktach, dla Marcina Napiórkowskiego jest w istocie swoistym czasem złotych żniw, badawczym rajem, który zapewnił mu nie tylko habilitację, ale i (z czym sam tak walczy) plakietkę medialnej gwiazdy polskiej semiotyki.

Marcin Napiórkowski jest akademikiem, kulturoznawcą. Zna się na swoim przedmiocie badawczym i uczynił z niego wygodny dla siebie bastion. Okopał się w nim (bo tak notabene nakazuje mu świat akademicki) i głowy z niego nie wychyla. To bardzo bezpieczne zajmować się tak… ahistoryczną i amorficzną dziedziną. Wolno wówczas (a nawet trzeba) nie mówić o faktach historycznych, o historycznej prawdzie. Mawia się zaś tylko o mniej lub bardziej istotnych „kontekstach”, „odczytaniach”, „rozpoznaniach”. Ale to, co dla Napiórkowskiego jest bronią, dla jego czytelników może okazać się słabością, a to co zaletą „Powstania umarłych”, największą jej wadą. Żeby tak nie było Napiórkowski musiałby przypuszczalnie wyjść na chwilę (a przynamniej na czas pisania następnej książki) ze skóry kulturoznawcy („semiotyka kultury” jak ładnie a naturalnie nie bezpodstawnie o sobie pisze).

Uczeń profesora Sulimy (Roch Sulima jest niekwestionowanym autorytetem, ale… przecież właściwie w badaniach ludoznawczych) napisał książkę opisującą wiele bezdyskusyjnie obecnych w Polsce zachowań społecznych. Niemniej zatytułował (celowo) książkę: „historia pamięci”, a sąd, jaki próbuje nam „uobecnić”, w istocie sprowadza się do tego (co odnajdziemy również w pismach wszystkich jego prześwietnych poprzedników – relatywistów), iż historia (jako taka) nie istnieje, prawda historyczna także, istnieją zaś jedynie tylko indywidualne, skrajnie subiektywne narracje, których nie sposób (i nawet nie warto) badać, gdyż najczęściej się one nie uzupełniają, a wręcz wykluczają. Zatem przez „historię pamięci” autor rozumie zawsze pamięć pejoratywnie, traktując ją jako jakąś niby-pamięć, subiektywne i wynaturzone wielkie, społeczne oszustwo. Jest to bowiem książka w gruncie rzeczy o ludzkiej potrzebie samooszukiwania się, o odwiecznym pragnieniu życia w jakimś Matrixie, a zatem książka bardzo krzywdząca dla… autentycznej historii i autentycznej pamięci, których autor raczy nie zauważać, albo świadomie pomija.

Ocena recenzenta: 4/6

Maciej Dęboróg-Bylczyński

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*