Proces norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem |Recenzja

Joe J. Heydecker, Johannes Leeb, Proces norymberski. Trzecia Rzesza przed sądem

Nie będziemy się więcej rozliczać. Naród niemiecki nie ponosi winy za czyny kilku szaleńców” – oto podprogowe przesłanie Procesu norymberskiego Heydeckera i Leeba. „To historia, o której trzeba pamiętać, ale… tylko historia”.

Proces norymberski napisany został w roku 1958 w Niemczech. Pierwsze polskie wydanie miało miejsce w roku 1979. Te daty są o tyle istotne, że akurat tej książki nie sposób nie czytać bez uświadomienia sobie jej politycznego kontekstu. Dla obu państw niemieckich druga połowa lat 50-tych stanowi pewną odwilż (NRD) i polityczną rewindykację (RFN). Zatem książka autorstwa dwóch Niemców – Joe Heydeckera i Johannesa Leeba – jest pewną próbą nie tylko wyraźnego odcięcia się Niemiec od nazistów, ale zwłaszcza historycznego podsumowania. Historycznego – gdyż naród niemiecki właśnie w tym czasie począł mentalnie (ale i – co chyba ważniejsze – prawnie) spychać problem zbrodniarzy wojennych w sferę historii, przeszłości. Niemcy zmęczyli się przepraszaniem za narodowy socjalizm. Na świat przyszły nowe pokolenia, które nie wiedziały i nie chciały wiedzieć. W szkołach celowo przestano uczyć o zbrodniczym państwie Hitlera. Stąd też niezwykłą popularność Procesu norymberskiego, książki akcentującej nade wszystko literę prawa, a jednocześnie lansującą myśl: „zbrodniarze zostali sprawiedliwie osądzeni, zrobiliśmy co trzeba, dajcie nam już spokój”. Im bardziej drobiazgowo opisują autorzy ten proces, tym bardziej „zamykają sprawę”, odkładają ad acta.

To prawda, że książka ta jest po dziś dzień cennym opracowaniem norymberskiego procesu, którego przebieg, tok przesłuchań i historyczny kontekst zarzutów trybunału, został drobiazgowo i ciekawie odmalowany. Razić może język narracji autorskiej, nacechowany jakąś poetycka potocznością, nie pasujący do istoty tematu. Autorzy książki dystansują się bowiem od problemu, także – jak się okazuje – w warstwie językowej. Jest to zresztą język dominujący w tamtych latach w dyskursie o zbrodniach hitlerowskich.

Książka została przeredagowana, i nieco poprawiona (uaktualniona) w roku 1985. Wówczas także dodano do niej dwie przedmowy – Eugena Kogona i Roberta M. W. Kempnera, które znalazły się niniejszym wydaniu polskim wydawnictwa RM. Toteż – trzeba powiedzieć – obecne polskiej wydanie (trzecie z kolei) ostatecznie domyka wieko historii – doprowadzając między innymi „los” (tak w języku autorów) jednego z sądzonych nazistów – Rudolfa Hessa – do samobójczej śmierci w Spandau. Następujące po tym zajściu zburzenie wiezienia – twierdzy Spandau jest jakby symbolicznym pogrzebaniem tematu. Winni – sąd – kara. Dopełniło się…

My jednak, dzisiejsi czytelnicy, mamy prawo powątpiewać, a przede wszystkim – stawiać na nowo pytania. Dlatego książka, która ma nas uspokoić, zniechęcić do dalszych badań i dociekań, odcinać niejako od problemu nazizmu (czy szerzej: totalitaryzmu) nie musi nas przekonywać. Jeden proces niczego nie jest w stanie definitywnie zakończyć, rozliczyć, podsumować.

Gruba krecha, którą próbowali autorzy odgrodzić narodowy socjalizm od Europy powojennej była od początku powstania europejskich demokracji bardzo wątpliwej jakości.

Mimo wszystko jednak (pomijając już fakt, że recepcja tej książki była mocno zniekształcona społecznie i politycznie), jest to praca warta ponownej lektury i refleksji. Nadal też, w ogólnym swoim zrębie, bardzo aktualna i wartościowa.

Ocena recenzenta: 3/6

Maciej Dęboróg-Bylczyński

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*