Równiny

Równiny |Recenzja

Gerald Murnane, Równiny

Powieść Geralda Murnane jest niezwykle refleksyjna, ale dla przeciętnego czytelnika jest nie do przebycia. Język jest nasycony alegoriami (których większość ludzi nie zrozumie) czy parabolami (których prości ludzie nawet nie zauważą). Równiny to esej o nieprzemijalności w kontrze do ludzkiego marzycielstwa i chciejstwa. To bardzo trudna lektura, mimo, że książka liczy tylko 136 stron.

Problemy ze zrozumieniem

Od razu muszę przyznać, że sam nie bardzo zrozumiałem, o co w tej książce chodzi. Niby bohaterem głównym są mieszkańcy australijskich równin, ale tak naprawdę nie poznajemy ani jednego z nich. Brak tutaj imion, jakby wszyscy ludzie tutaj mieszkający byli tacy sami. Próżni, leniwi na swój sposób, kombinatorzy bez perspektyw, żyjący ułudą nieistniejącej chwały i potencjalnie świetlanej przyszłości…

Jest za to wiele złożonych zdań, które przypominają mi kilku znanych autorów powieści o światowym znaczeniu. Jednak i tutaj czuję niedosyt, gdyż wszystkie wypowiedzi, wnioski i przemyślenia są tak skonstruowane, aby w ostatecznym rozrachunku nie powiedzieć nam nic.

To jak barokowy przepych, pod którym – początkowo – nie znalazłem nic szczególnego. Owszem, język Autora jest niezwykle bogaty, i choć zabrzmi to dziwnie, to mam szacunek do tego, aby stworzyć takie piękne zdania, które nie wnoszą nic. To taka zabawa w kotka i myszkę, z tym, że ciężko określić, co jest myszką, a co kotkiem.

Murnane jest autorem niszowym, który w swych dziełach stawia na alegoryczność. Jednak w moim przypadku, powieść ta jest czymś trudnym. Toteż męczyłem się ogromnie. Należę do ludzi, którzy szukają sensu, jakiejś osi, na której wszystko można zbudować. W „Równinach” nie znalazłem tego czegoś. Piękny język skryty w rozwlekłych zdaniach zwyczajnie do mnie nie przemówił. Czytałem denerwując się, że akcja cały czas stoi w miejscu. Odkładałem i wracałem. I tak kilka razy. Durnie liczyłem, że może z kolejną stroną dowiem się czegoś więcej. Jednak próżne były to oczekiwania.

„Równiny” to studium niby Australijczyków z interioru, ale dla mnie to raczej studium własnej osoby Autora. To on wyznacza granice poznania, słów, znaczeń. Wszyscy ci ludzie są niczym wytwór jego wyobraźni – realnie nierealni. To marzyciele, znawcy dawnej chwały, kultywujący tradycję, która tak naprawdę jest zmienna niczym morskie przypływy.

Nie zrozumiałem również określeń odnoszących się do podziałów wewnętrznych, nazwijmy to polityczno-kulturalnych tubylców. Barwy, którymi określa ich Autor nie mają żadnego znaczenia, bowiem zabrakło przypisów. A nie jestem znawcą, ani kultury, ani historii Australii. Tak więc przykro mi, ale nadal czuję się rozczarowany. Słowem – jesteśmy rzuceni w wir literackiej kreacji, bez koła ratunkowego, bez możliwości nawigacji, żadnej informacji, co za nami, przed nami, i czy walka z książką ma jakikolwiek sens.

Publikacja ta stanowi jedno z najdziwniejszych dzieł, jakie kiedykolwiek czytałem. Nie umiem jej jednoznacznie ocenić. Bo z jednej strony Autor mistrzowsko operuje językiem, a z drugiej – nie informuje czytelnika, co jest powodem, sensem lub przekazem tej powieści. Nie umiem jej w ogóle zinterpretować. Osnowa, pod którą skrył się Murnane pozostała dla mnie zakrytą.

Australia od środka

Choć może nie do końca. Autor jedyne co nam ukazuje, to swoista nieprzemijalność ludzkiego życia. Australijskie równiny stają się synonimem stałości, trwania czasu, zastępowalności pokoleń, które różnią się tylko w drobnych szczegółach. Zresztą ludzie jakby byli ulotni, jak blask słońca na niebie – raz jaśniej, raz ciemniej… A australijska równina pozostaje niezmienna, odwieczna, jakby czas się jej nie imał. Jest jedyną stałą, wokół której wszystko jakoś się kręci.

Drugim tematem książki są próby uzyskania jakiejś formy autonomii, a być może i niepodległości przez tych Australijczyków, którzy żyją w samym sercu tego kontynentu. Autor przytacza ich opinie, które bardziej są myśleniem życzeniowym. Region ten nie ma ani własnej historii, odmiennej od reszty lądu, ani jakiś odrębnych tradycji, na które powołują się jego rozmówcy. Taka tradycja dopiero się tworzy, na przekór wszystkiemu – prawu, rozsądkowi… Co z tego wyniknie – pewnie nic, bowiem równiny nie znoszą zmian, choć te trwają bezustannie, gdzieś na obrzeżach ludzkiej recepcji.

Czy ta monotonia jest impulsem do kreacji nowego świata? Świata, gdzie ludzie przeciętni, niczym się nie wyróżniający, będą mogli zyskać własną tożsamość, poczuć się wyjątkowymi? Autor zdaje się sugerować, że przecież to fikcja, ułuda, samookłamywanie się.

Tubylcy zdają się tego nie zauważać. Nie widzą, że w swych pragnieniach stali się śmieszni. Jednak, wbrew jego diagnozie, sądzę, że wcześniej czy później ich poczynania, w naszym odczuciu skazane na porażkę, stworzą coś, co dam im prawdziwą dumę. Tylko ile czasu minie, nim to się stanie? Tego nie wie nikt.

Równiny – podsumowanie

Książkę polecam tylko tym, którzy lubią językowe łamańce. Tym, którzy lubują się w literackiej filozofii, skrytej pod prostymi obserwacjami. Tym, wreszcie, którzy mają czas na refleksję nad głębszym przekazem, zakrytym tym, co proste, próżne, delikatne, ulotne i rozmazane. Bo świat nie jest prosty, a zrozumienie wymaga wysiłku.

Mnie trochę tym razem go zabrakło. Być może za jakiś czas, gdy do niej wrócę, będę gotowy, by się nią zachwycić, zachłysnąć, zanurzyć w odmętach czerwonego piasku australijskiego interioru.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.