Sędzia czasów stalinowskich Zygfryd Turek: „Kara śmierci nie przechodzi mi przez gardło” » Historykon.pl
Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Sędzia czasów stalinowskich Zygfryd Turek: „Kara śmierci nie przechodzi mi przez gardło”

Sędzia czasów stalinowskich Zygfryd Turek: „Kara śmierci nie przechodzi mi przez gardło”

Zygfryd Turek, sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku za skazanie na dożywocie, zamiast jak „nakazał” Najwyższy Sąd Wojskowy na karę śmierci, zdegradowany został na asesora.  To jeden z niewielu takich sędziów w czasach stalinowskich.

Sędzia stalinowski przeciwstawił się Najwyższemu Sądowi Wojskowemu. Myślisz, że to niemożliwe, a jednak to prawda.

Zygfryd Turek orzekał w sprawie Tadeusza Słomińskiego, którego za szpiegostwo aresztowali ubecy zaraz po zatrzymaniu André Robineau, sekretarza francuskiego konsulatu w Szczecinie, na lotniku Okęcie w listopadzie 1949 roku. Najpierw sądził go Marian Brzoziński, sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku. Dał dożywocie. NSW 23 lutego 1951 roku uchylił wyrok jako za łagodny.

Sędzia Zygfryd Turek
fot. Archiwum IPN

Sprawa wróciła i dostał  ją właśnie Zygfryd Turek. Nie mógł mieć wątpliwości, że tylko kara śmierci sprawi, iż wyrok nie będzie uchylony. Był rok 1951. Miał 43 lata, czyli ostatni dzwonek, by zabłysnąć przed szefami ostrym „ideologicznym” orzeczeniem w super sprawie. Ta właśnie taka była. Bezpieka przez cały PRL pękała z dumy z powodu likwidacji tej groźnej rzekomo siatki szpiegowskiej z Robineau, Bardetem, Bastardem i Słomińskim. Kolega Turka –  sędzia Edwin Kęsik skorzystał z tej możliwości. Zrobił karierę. Nie na miarę Mieczysława Widaja czy Kazimierza Jankowskiego, ale też nieźle.

Natomiast kpt. Turek nie był nawet zastępcą szefa sądu, chociaż był wyróżniany nagrodą 5 tys. zł w 1948 roku i pochwałą z wymienieniem w rozkazie dwa razy w 1949 i w 1950 roku. W 1949 roku awansował na kapitana. Przełożeni złożyli wniosek o Srebrny Krzyż Zasługi.

Tak pisał o Zygfrydzie Turku jego zwierzchnik jeszcze z WSR w Kielcach, gdy składał  wniosek o mianowanie go na sędziego: „Wykazuje dużą znajomość obowiązującego ustawodawstwa i prawidłowość praktycznego zastosowania wiedzy fachowej. Bezwzględnie uczciwy o dużej wrodzonej inteligencji”. Potem było gorzej. Tak czytamy w opinii służbowej: „Kpt Turek stosuje politykę penitencjarną nacechowaną subiektywizmem i zgniłym liberalizmem. W pracy wymaga ustawicznej kontroli, i pod tym warunkiem nadaje się na sędziego”. Z taką opinią przeszedł do WSR w Gdańsku. Musiał przekonać zwierzchników, że jest inaczej. Prawie przekonał, ale wyrok dożywocia na Słomińskim wszystko zmienił.

Luksus spokojnego sumienia

Sędzia Turek zdecydował, że woli zaryzykować i żyć zgodnie z własnym sumieniem, niż za cenę wyparcia się swoich przekonań, skazać niewinnego człowieka na karę śmierci. Nie było mu łatwo.

Decyzję podejmował na kilka dni przed orzeczeniem swojego  rozwodu z Wacławą. Myślał nie tylko o zmianie żony, ale wspominał pewnie dwa wyroki śmierci, które wydał w poprzednim roku, czyli w 1950. Chodziło o przynależność do nielegalnej organizacji i posiadanie broni. Jeden z wyroków wykonano. Stracony został Wiktoras Jantcauskas, lat 41. (Przy okazji przypomnijmy, że Kazimierz Jankowski jako sędzia WSR w Gdańsku wydał – 20 kar śmierci, a w całej swojej „karierze” ponad 100).

W przypadku Tadeusza Słomińskiego sędzia Turek uznał, że nie może orzec kary śmierci. Chociaż zdawał sobie sprawę, że NSW wyrok uchyli, sprawa znów wróci. Kara śmierci stanie się faktem, ale nie on ją orzeknie.

Za  luksus pozostania w zgodzie z własnym sumieniem musiała być kara. Jaka?

Mamy dziś tę przewagę, że wiemy. On najprawdopodobniej nie wiedział. Ryzykował, że skarzą go w sfingowanym procesie wyciągając sprawy z czasów wojny, gdy należał do Gwardii Ludowej lub cokolwiek innego. Znał przecież wymiar sprawiedliwości od podszewki. Jeszcze do tego w rozmowie z   prokuratorem wygadał się: „Kara śmierci nie przechodzi mi przez gardło”. Dotarło to do przełożonych.

Karą była tylko degradacja na asesora, nie represje czy wilczy bilet w każdej pracy. Jednak niewielu było stać na taki gest. Bo kto lubi być degradowany, wykpiwany, mniej zarabiać, a przed sobą mieć niepewną przyszłość. Nie miał jeszcze wykształcenia prawniczego. Nie mógł być adwokatem czy radcą prawnym. Wrócić do poprzedniego zawodu ślusarza czy dziewiarza nie chciał.  Liczył więc na łaskę prześladowców.

Partnerzy



Przewiń do góry