Tajemnica mumii śląskiego mistrza

Od ponad 300 lat Michael Willmann spoczywa w krypcie opatów kościoła w Lubiążu. Jego ciało uległo naturalnej mumifikacji, co wielu uznało za cud. Miał wydatny nos i rowek w brodzie. Całej reszty się dopiero dowiemy. Zbadają go wrocławscy naukowcy.

Nie był dostojnikiem zakonu cystersów ani nawet prostym mnichem. Miejsce w krypcie dostał wbrew regule, w podziękowaniu za malarski talent. Stworzył dla lubiąskiego kościoła m.in. wielki cykl malowideł ukazujących historię męczeństwa apostołów, brutalne sceny śmierci ludzi, którzy cierpieli i umierali za wiarę. Widzowie byli nimi strwożeni – nic dziwnego – psy liżące krwawe strzępy ludzkiej skóry na obrazie „Męczeństwo św. Bartłomieja” wciąż wywołują dreszcze.

Ten obdarzony niezwykłą wyobraźnią wizjoner miał według legendy kontaktować się ze światem nadprzyrodzonym. Jeszcze sto lat po śmierci malarza pisano o nim „słońce nad Śląskiem”. Nie był jednak typem ascety ani kandydatem na świętego. Kiedy opat cystersów z C^teaux poprosił go o próbkę twórczości – wykonał szybko w czasie obiadu rysunek na obrusie i uznał, że to powinno mnichom wystarczyć. Gdy rozgniewał go klasztorny podczaszy, który skąpił wina do posiłków, artysta umieścił jego podobiznę w obrazie przedstawiającym męczeństwo św. Barbary. Dał mu twarz oprawcy.

Zostawił kilka autoportretów. Na tym z 1682 roku ma ponad 50 lat. Czerwień policzków i drugi podbródek świadczą, że postów raczej nie przestrzegał. Zresztą kuchnia klasztorna pozwalała pofolgować obżartuchom. „Rosół z kury, cielęcina na żółto z kluskami, pieczenia krzyżowa duszona z limonią i oliwkami, bulszruki nadziewane z migdałowym sosem, po ćwierci gęsi pieczonej z jabłkami, kapusta w szczepy z wieprzowiną, chleb szary” – takie było menu niedzielnego obiadu, który 10 listopada 1675 roku został podany w klasztorze bernardynek krakowskich. We wtorek był już post ścisły, więc panny zjadły kluski z grzybami, karpie na czarno, kaszę jaglaną i kapustę „w szczapy z makiem”. W niektórych klasztorach zamiast kolacji dawano w dni postne po kieliszku wódki na rozgrzewkę, zagryzanej piernikiem, lub po lampce miodu z kawałkiem chleba. Można się było zaokrąglić i zaczerwienić.

Jak było z Willmannem, nie wiadomo. Na razie. Prof. Andrzej Kozieł, historyk sztuki z Uniwersytetu Wrocławskiego i najlepszy znawca twórczości Willmanna, zebrał ekipę naukowców, którzy zbadają mumię. M.in. odtworzą historię zmumifikowanych zwłok artysty, ustalą, na jakie choroby Willmann cierpiał za życia; zrekonstruują twarz i porównają z zachowanymi portretami oraz krypto portretami; sprawdzą, w jakim ubraniu został pochowany i ustalą, jaki wpływ mógł mieć tryb życia oraz kondycja fizyczna artysty na jego twórczość.

Śląski Apelles, śląski Rembrandt, śląski Rubens

Tak właśnie o nim mówiono – „Apelles”, „Rembrandt”, „Rubens”. I zawsze z przymiotnikiem „śląski”, choć pochodził z Królewca. Na Śląsk trafił dopiero jako trzydziestolatek, ale to tu objawił się jego geniusz.

Michael Willmann pochodził z biednej rodziny, był synem malarza Christiana Petera Willmanna. W wieku dwudziesty lat wyjechał do Amsterdamu, żeby uczyć się u najlepszych. Na naukę nie miał jednak pieniędzy, więc w amsterdamskich kolekcjach oglądał obrazy mistrzów i próbował naśladować ich warsztat. Od Rubensa uczył się ekspresji i operowania kolorem, z dzieł Rembrandta zaczerpnął mistrzowskie operowanie światłem i cieniem. Po latach stał się „śląskim Apellesem”.

Ta pochwała może się wydawać trochę na wyrost, bo Apelles był według opinii starożytnych najwybitniejszym malarzem greckim, a Michael Willmanan tylko najwybitniejszym malarzem śląskiego baroku, ale wszedł niewątpliwie do ekstraklasy europejskiej.

Jego matecznikiem został Lubiąż położony wśród lasów, nad Odrą. Cystersi osiedlili się tu w 1163 roku. Szybko – dzięki hojności śląskich Piastów – zgromadzili ogromny majątek. Za czasów księcia Henryka Brodatego opactwo zarządzało blisko trzydziestoma wsiami. Sto lat później posiadłości Lubiąża znajdowały się nawet w Wielkopolsce i Małopolsce, a na Śląsku obejmowały 65 wsi i 15 folwarków. Lasy, tartaki, gorzelnie, browary, milickie stawy rybne i kopalnia złota w Złotoryi składały się na wielkie przedsiębiorstwo, którym kierowali zakonnicy.

Miejsce idealne dla artysty

Zgodnie z regułą św. Benedykta, cysterskie kościoły i klasztory miała cechować prostota – żadnych zdobień, narracyjnych witraży, a w wiekach późniejszych nawet organów. Praktyka okazała się jednak inna. W obrębie opactw zakładano warsztaty murarskie, stolarskie, snycerskie i kowalskie. Cysterskie klasztory Śląska od połowy XVII wieku poczęły się upodabniać do rezydencji magnackich, stając się coraz okazalsze i coraz kosztowniej wyposażone. Do pracy nad uświetnieniem kościołów, refektarzy klasztornych czy pałaców duchowieństwa zaczęto zewsząd sprowadzać artystów i rzemieślników: złotników, sztukatorów, rzeźbiarzy, malarzy.

Willmanna ściągnął do Lubiąża w 1660 roku opat Arnold Freiberger, wielki mecenas sztuki. Planował przerobić gotycki kościół klasztorny, chciał, żeby błyszczał, oszałamiał bogactwem wystroju. Żeby stał się bronią do walki z reformacją usuwającą z kościołów ozdoby, rzeźby i obrazy – zwłaszcza te poświęcone kultowi świętych.

Willmann zaczął pracę od tego, co w myśleniu i w sztuce kontrreformacji zajmowało miejsce centralne: od cyklu obrazów przedstawiających męczeństwo Świętych Pańskich. Byli to najświętsi ze świętych – powołani przez samego Zbawiciela i stanowiący fundamenty chrześcijaństwa – Apostołowie. Dołączono do nich św. Pawła, św. Wawrzyńca i św. Szczepana oraz Podniesienie Krzyża. W prezbiterium i nawie kościoła klasztornego zawisło więc 16 wielkich, dramatycznych scen.

Zakon potrafił stworzyć artyście miejsce do pracy. – Dom artysty i jego rodziny (bo w 1662 roku Michael ożenił się z Heleną Reginą Lišką, wdową po kanceliście kurii lubiąskich) znajdował się przy obecnej ul. Michała Leopolda Willmanna 15. Mieszkał tam z piątką swoich dzieci i synem Heleny z pierwszego małżeństwa – mówi prof. Andrzej Kozieł. Dom miał „sześć wysokich okien zamkniętych łukami, z których dwa były umieszczone na stronie wieczornej, dwa – na północnej, a dwa na porannej; od strony wieczornej znajdowało się jeszcze jedno wielkie okrągłe okno, dla górnego oświetlenia”. Obok znajdował się pokój reprezentacyjny z alkowami, gdzie artysta przyjmował odwiedzających go dostojników kościelnych i świeckich. – Niestety w czerwcu 1849 roku wybuchł wielki pożar, który doszczętnie strawił cały budynek wraz z pracownią Willmanna – dodaje prof. Kozieł.

Przez blisko pół wieku Willmann mieszkał w Lubiążu, tworząc dla cysterskich klasztorów w Krzeszowie, Henrykowie, Rudach, Trzebnicy, Kamieńcu, kościołów we Wrocławiu i Czechach, na Morawach i w Austrii. W samym Wrocławiu doliczono się około 60 jego dzieł, nad którymi pracował – jak to było w zwyczaju – wraz z pomocnikami, a miał ich wielu, m.in. pasierba, syna i zięcia.

Cud w krypcie, dewastacja w krypcie

Willmann zmarł 26 sierpnia 1706 roku i został pochowany w krypcie opatów, w kościele klasztornym pw. Wniebowzięcia NMP.

Zwłoki umieszczone w przewiewnym pomieszczeniu o małej wilgotności uległy całkowitej mumifikacji, podobnie jak ciała pochowanych w krypcie zakonników. Gdy kilkadziesiąt lat później po raz pierwszy otwarto trumnę, to znakomity stan zachowania ciała Willmanna uznano za niemalże cud – opowiada prof. Kozieł. Choć później jeszcze kilka razy przenoszono zwłoki, przetrwały one praktycznie nienaruszone, co potwierdzają ich przedwojenne fotografie.

Niestety, po zajęciu Lubiąża przez Armię Czerwoną krypta zakonna była wielokrotnie plądrowana, a zwłoki Willmanna i zakonników wyciągano z trumien, bezczeszczono i rozwlekano. Po opuszczeniu opactwa cystersów przez wojska radzieckie w 1947 roku i przekazaniu obiektu polskim władzom niewiele się zmieniło. Gdy w 1989 roku lubiąskie opactwo zostało przejęte przez Fundację Lubiąż, krypta i ciała pochowanych tam osób znajdowały się w opłakanym stanie. Wszystkie trumny były splądrowane i zdewastowane, a umieszczone w skrzyniach szczątki ludzkie przeważnie pokawałkowane i przemieszane – tłumaczy prof. Kozieł. Dlatego też na zlecenie ówczesnego Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego we Wrocławiu powołano zespół naukowców, który w lipcu 1989 roku zbadał szczątki.

W trakcie tych prac odnaleziono zmumifikowane ciało Willmanna. Owinięte w lniane płótno zwłoki artysty złożono w nowej trumnie i włożono do niej dokument identyfikujący ciało artysty. – Niestety, jest ono poważnie uszkodzone. Zniszczono zmumifikowane tkanki miękkie i ubiór od pasa w dół, tak że został jedynie kostny szkielet. W stanie zmumifikowanym zachowała się jedynie górna część, w tym klatka piersiowa, głowa i ręce artysty – mówi Kozieł. Ale zaraz podkreśla, że sam fakt dotrwania do naszych czasów zmumifikowanych zwłok jednego z najwybitniejszych śląskich artystów, cieszącego się międzynarodową sławą, jest ewenementem na skalę europejską. – Nie znam drugiego takiego przypadku. Efekty naszych badań można wykorzystać zarówno do popularyzacji osoby i twórczości lubiąskiego mistrza, jak i promocji idei utworzenia w dawnym kościele klasztornym cystersów w Lubiążu Muzeum Sztuki Barokowej – mówi profesor.

Puste haki

Dziś kościół jest pustą skorupą. Wydarto z niego wszystko, co się dało. Nie ocalał ani jeden z 25 ołtarzy. Żołnierze radzieccy, marznący w klasztorze, spalili je w piecach. Taki sam los spotkał ambonę – ocalał tylko wysoko zawieszony baldachim. Posadzkę w wielu miejscach zerwano, by szukać skarbów. Podczas gdy sołdaci rąbali ołtarze, władze polskie uznały, że wyposażenie kościoła – obrazy, stalle, rzeźby – już doń nie wrócą. W większości ocalały, bo w 1943 roku zostały wywiezione przez niemieckiego konserwatora prowincji śląskiej Günthera Grundmanna. W 1952 roku Warszawska Kuria Metropolitalna dostała 30 płócien Willmanna i 22 ramy. Osiem dzieł tego artysty znalazło się w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, dwa trafiły do Muzeum Narodowego w Warszawie, jedno zostało odkryte na plebanii w Lubomierzu, a jedynie dwa lubiąskie płótna uważa się za zaginione.

W ścianach kościoła klasztornego wciąż tkwią kute żelazne haki. To jedyny ślad po obrazach Willmanna. – Gdyby wróciły do Lubiąża, powstałby tam na nowo wspaniały zespół muzealny, przyciągający znawców malarstwa barokowego z całej Europy. Na razie myślimy o stworzeniu multimedialnej prezentacji, żeby goście odwiedzający opactwo zobaczyli bogactwo dzieł sztuki wypełniających kiedyś kościół. Mamy wsparcie Fundacji KGHM i prezesa Herberta Wirtha – mówi prezes Fundacji Lubiąż Piotr Maciejewski. – Zbadanie mumii Willmanna to pierwszy etap tego projektu. Ile jest na świecie muzeów, w których jest i dzieło, i jego twórca? Lubiąż i Willmann są związani na zawsze.

Źródło: m.wroclaw.wyborcza.pl

Red. A. Grochowicz
Zdj. Wikimedia Commons

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*