Tego dnia 1957 roku prawdopodobnie zabito Bohdana Piaseckiego
Zaczęło się jak w miejskiej legendzie o czarnej wołdze – auto podjechało, chłopak wsiadł i już go nie było. Za tą historią nie krył się jednak strach z plotek, lecz brutalna rzeczywistość. Zabójstwo Bohdana Piaseckiego połączyło politykę, służby i milczenie, które trwa do dziś – jakby ktoś wciąż pilnował, by nie odkryto, kto naprawdę siedział wtedy w tamtej taksówce.
22 stycznia 1957 roku piętnastoletni Bohdan Piasecki, syn znanego polityka i przywódcy Stowarzyszenia PAX, Bolesława Piaseckiego, wyszedł po lekcjach z Liceum Ogólnokształcącego pw. św. Augustyna przy ulicy Naruszewicza 32 w Warszawie. Był chłodny zimowy dzień, zwykłe popołudnie.
Około godziny 13:50 Bohdan opuścił szkolny budynek w towarzystwie trzech kolegów – Wojciecha Szczęsnego, Janusza Świątkowskiego i Ryszarda Karwańskiego. Przy skrzyżowaniu z ulicą Wejnerta podszedł do nich mężczyzna w płaszczu, zapytał, który z chłopców nazywa się Piasecki, a następnie pokazał mu dokument, który wyciągnął z teczki.
Po krótkiej rozmowie mężczyzna poprosił Bohdana, by poszedł z nim. Chłopiec, nie podejrzewając niczego złego, ruszył w stronę ulicy Wejnerta, gdzie czekał drugi nieznajomy. Obaj mężczyźni wsiedli z Bohdanem do czarnej taksówki marki „Warszawa”. Samochód odjechał. Dwaj koledzy, zaniepokojeni sytuacją, zapisali numer rejestracyjny auta – T-75-222. O zdarzeniu poinformowali starszego brata Bohdana, Jarosława, a ten – swojego ojca.
Bolesław Piasecki, przebywający wówczas w biurze Stowarzyszenia PAX, natychmiast zatelefonował do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, domagając się rozpoczęcia poszukiwań. Jeszcze tego samego dnia ustalono, że samochód zarejestrowany na wskazany numer należał do Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego. Wieczorem pracownik PAX-u, Tadeusz Anderszewski, odnalazł porzuconą taksówkę na ulicy Nowy Świat, a kierowcę zatrzymała Milicja Obywatelska na ul. Wilczej.
Pierwsze kontakty z porywaczami
Dwie godziny po porwaniu do dyrektora liceum, Stanisława Pacuły, zadzwonili mężczyźni podający się za przedstawicieli Ministerstwa Oświaty. Niedługo potem kontaktowali się również z Bolesławem Piaseckim. Poinformowali go, że w Urzędzie Pocztowym nr 1 czeka na niego list poste restante. W wiadomości żądali czterech tysięcy dolarów i stu tysięcy złotych okupu w zamian za uwolnienie chłopca.
Dwa dni później, 24 stycznia, porywacze znów zadzwonili. Polecili, aby pieniądze dostarczył ksiądz prefekt liceum – Mieczysław Suwała – do restauracji „Kameralna” przy ulicy Foksal. Duchownemu towarzyszyli milicjanci. Po przybyciu na miejsce odebrał telefon, w którym nakazano mu udać się na aleję Na Skarpie 65, potem na ulicę Jakubowską 16, a następnie na Wał Miedzeszyński. W każdym miejscu znajdował kolejne wskazówki. Ostatnim tropem był pantofel, w którym – wbrew zapowiedziom – nie było żadnej dalszej instrukcji.
Dwa dni później porywacze ponownie skontaktowali się z rodziną. Wskazali, że nowy list został pozostawiony w drzwiach kościoła św. Krzyża. Tym razem poinformowali, że wiedzą o obecności milicji podczas przekazywania pieniędzy i z tego powodu podnoszą żądaną kwotę o dodatkowe sto tysięcy złotych.
Wysłannik Piaseckiego, Ryszard Reiff, udał się na ulicę Marszałkowską, gdzie – zgodnie z treścią listu – miał znaleźć kolejną wiadomość. Za pierwszym razem niczego nie odnalazł. Dopiero po ponownej interwencji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych udało się odnaleźć kopertę, w której zmieniono godzinę wykonania poleceń. Jak później ustalono, oryginalny list został wcześniej przejęty przez funkcjonariuszy MSW, co doprowadziło do całkowitego zerwania kontaktu z porywaczami.
Ostatni sygnał nadszedł 28 stycznia – przestępcy polecili oczekiwać w mieszkaniu pisarza Jana Dobraczyńskiego na dalsze instrukcje. Nie pojawili się nigdy więcej.
Ignacy Ekerling – kierowca z cienia
Ustalono, że kierowcą taksówki, którą porwano Bohdana Piaseckiego, był Ignacy Ekerling. Został zatrzymany i przesłuchany jako świadek. W swoich zeznaniach opowiadał, że około godziny 13:00 dwóch pasażerów wynajęło go na kurs z ulicy Żelaznej do gmachu sądowego przy alei Świerczewskiego. Tam, jak twierdził, wsiadł trzeci mężczyzna – młody chłopak. Następnie wszyscy udali się w stronę Mokotowa.
Zeznania Ekerlinga pełne były sprzeczności. Różniły się z relacjami świadków co do miejsca, czasu i trasy przejazdu. Nie potrafił też dokładnie opisać porywaczy, mimo że przebywał z nimi w aucie przez około czterdzieści minut. Twierdził, że prowadził samochód o numerze T-75-222 po raz pierwszy w życiu, jako kierowca rezerwowy, co później okazało się nieprawdą.
Peter Raina, autor jednej z najdokładniejszych rekonstrukcji wydarzeń, napisał: Wobec tak sprzecznych zeznań należy wnioskować, że kierowca taksówki, Ekerling, musiał być człowiekiem zaufania porywaczy. Mordercy Bohdana Piaseckiego musieli być pewni jego lojalności. Taką pewność dać im mógł tylko pełny współudział w planowanym porwaniu i zabójstwie.
Pomimo podejrzeń Ignacy Ekerling nie został zatrzymany. W marcu 1957 roku sprzedał mieszkanie, wysłał bagaże za granicę i otrzymał paszport. 4 kwietnia próbował przekroczyć granicę w Zebrzydowicach. Dzięki interwencji Bolesława Piaseckiego zatrzymano go, lecz nie aresztowano. Co więcej – nadal pracował w Miejskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym i wkrótce otrzymał większe mieszkanie, które przydzielono mu decyzją Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
Ciało Bohdana Piaseckiego – makabryczne odkrycie w piwnicy przy alei Świerczewskiego
8 grudnia 1958 roku, niemal dwa lata po zaginięciu, hydraulicy przeprowadzający kontrolę instalacji wodno-kanalizacyjnej w budynku przy alei Świerczewskiego 82a (obecnie al. „Solidarności”) natrafili na zabite gwoździami drzwi prowadzące do piwnicznych pomieszczeń sanitarnych. Gdy je otworzyli, ich oczom ukazał się widok, którego nikt się nie spodziewał. W jednej z ubikacji, w pozycji siedzącej, oparte o miskę klozetową, znajdowały się zwłoki chłopca. Obok leżały książki i zeszyty z nazwiskiem Bohdana Piaseckiego.
Ciało zostało rozpoznane przez rodzinę. Potwierdził to również stomatolog, porównując uzębienie z dokumentacją medyczną. Zwłoki znajdowały się w stanie naturalnej mumifikacji. Sekcja wykazała, że chłopiec został ogłuszony uderzeniem tępym narzędziem, miał złamaną kość ciemieniową i rozległe obrażenia głowy. W jego klatce piersiowej znaleziono wbity sztylet o długości 16 centymetrów, który przebił lewe płuco. W głowę, serce i żołądek wbito gwoździe. Każda z ran mogła być śmiertelna.
Z ustaleń biegłych wynikało, że Bohdan Piasecki został zamordowany tego samego dnia, w którym go porwano. Brak śladów potu na ubraniu i bieliźnie wskazywał, że nie przebywał długo w zamknięciu.
Śledczy szybko odkryli, że mieszkanie w tym samym budynku należało do działu gospodarczego Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej, który podlegał funkcjonariuszowi Janowi Kossowskiemu – znajomemu Ekerlinga wymienionemu w jego notatkach. Z mieszkania można było zejść klatką schodową bezpośrednio do piwnicy, w której odnaleziono ciało.
Polityczne naciski i zablokowane śledztwo
30 września 1959 roku prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Ignacemu Ekerlingowi za pomoc w pozbawieniu wolności Bohdana Piaseckiego. Rozprawę wyznaczono na listopad, lecz tuż przed terminem prokuratura wycofała sprawę, tłumacząc to koniecznością „uzupełnienia materiału dowodowego”.
Decyzja nie była przypadkowa. Sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, Jerzy Albrecht, nakazał wstrzymanie procesu, powołując się na obawy przed wzrostem nastrojów antysemickich. Wiceminister spraw wewnętrznych Antoni Alster wykonał polecenie, a zgodę wyraził sam Władysław Gomułka. Jak relacjonował później Zenon Kliszko, jeden z najbliższych współpracowników Gomułki: Faktycznie przyszedł Zambrowski z tym do Wiesława, że jak odbędzie się rozprawa sądowa, powstanie fala antysemityzmu, ale myśmy się wspólnie zgodzili, że sprawy nie powinno być.
Bolesław Piasecki przez następne lata wysyłał listy do najwyższych władz – do Gomułki, Cyrankiewicza, Moczara, Zawadzkiego, Spychalskiego – domagając się wznowienia śledztwa i osądzenia winnych. Odpowiedzi nie otrzymał nigdy.
Umorzenie i niekończące się hipotezy
W 1977 roku zmarł Ignacy Ekerling, a 22 grudnia 1978 śledztwo zostało umorzone z powodu przedawnienia. Bolesław Piasecki zmarł rok później, nie doczekawszy sprawiedliwości. Przed śmiercią poprosił syna Jarosława, by kontynuował starania o wyjaśnienie sprawy.
W latach osiemdziesiątych Jarosław wielokrotnie zwracał się do prokuratury i władz państwowych. Otrzymywał jedynie lakoniczne odpowiedzi. W jednym z pism z 1982 roku prokurator napisał: Na ślad przestępców – sprawców zabójstwa – nie natrafiono. Od chwili popełnienia tej haniebnej zbrodni minęło już 25 lat. Kontynuowanie śledztwa nie jest zatem dopuszczalne.
Dopiero w 1991 roku minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz przekazał rodzinie część akt. Reszta dokumentów przez lata znajdowała się w tzw. zbiorze zastrzeżonym Instytutu Pamięci Narodowej.
Kto zabił Bohdana Piaseckiego?
Przez dziesięciolecia pojawiały się różne hipotezy. Jedni wskazywali na funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, inni – na zwykłych przestępców, którzy chcieli wymusić okup i wpadli w panikę. Pojawiały się też wersje, według których za zbrodnią stały frakcje w aparacie władzy, chcące osłabić wpływy Bolesława Piaseckiego i jego środowiska.
Wątki „zemsty” i „spisku” wielokrotnie powracały. Niektórzy historycy, jak Jan Żaryn czy Antoni Dudek, dopuszczają możliwość, że w porwanie byli zamieszani funkcjonariusze SB pochodzenia żydowskiego, którzy po 1956 roku stracili wpływy. Z kolei Andrzej Garlicki sugerował, że porywacze mogli chcieć jedynie szantażu, a zabójstwo było wynikiem paniki.
Bolesław Piasecki sam formułował hipotezy o podłożu politycznym, a z czasem – o „mordzie rytualnym”. Pisał: Porwania mego syna dokonali ci, w których interesie ideowo-politycznym leżało zniszczenie PAX-u i którzy uznali, że zima 1956 na 1957 rok daje im szansę na wykonanie swojego planu.
Jednak żadna z teorii nie została potwierdzona. Zabójstwo Bohdana Piaseckiego do dziś pozostaje jedną z najbardziej tajemniczych i mrocznych spraw powojennej Polski – historią, w której polityka, aparat bezpieczeństwa i ludzka tragedia splatają się w nierozwiązaną zagadkę.
Wątku czarnej wołgi nie sposób pominąć, bo to właśnie od tej historii wiele osób zaczęło wierzyć w miejską legendę o samochodzie porywającym dzieci. Gdy w styczniu 1957 roku zniknął Bohdan Piasecki, syn wpływowego polityka Bolesława Piaseckiego, Warszawą szybko rozeszły się szeptane plotki.
Mówiono, że widziano czarną wołgę, że to nią chłopca uprowadzono, że w środku siedzieli „ludzie z Bezpieczeństwa”. I choć w rzeczywistości była to czarna taksówka marki „Warszawa”, zbrodnia wrosła w zbiorową wyobraźnię i dała początek jednemu z najbardziej rozpoznawalnych mitów PRL-u.
To właśnie po zabójstwie Bohdana Piaseckiego Polacy zaczęli mówić o tajemniczym aucie, które krąży po miastach i poluje na dzieci. Plotka rosła z roku na rok, łącząc się z atmosferą nieufności, strachu i milczenia tamtych czasów. Dla wielu to, co wydarzyło się przy ulicy Naruszewicza, stało się dowodem, że w kraju działają siły, których lepiej nie nazywać po imieniu.
Bibliografia:
- Engelgard Jan, Wielka gra Bolesława Piaseckiego, Warszawa 2008.
- Przetakiewicz Zygmunt, Od ONR-u do PAX-u (Wspomnienia), Warszawa 1994.
- Raina Peter, Sprawa zabójstwa Bohdana Piaseckiego, Warszawa 1989.
- Zbrodnia, którą żyła cała Polska, Polskie Radio [dostęp: 20.01.2025].