Mit Prometeusza

Mit Prometeusza: jak starożytni wyobrażali sobie stworzenie człowieka i sztuczne życie?

Opowieści o stworzeniu człowieka pojawiają się w wielu kulturach i często opierają się na podobnym schemacie: z prostych materiałów, takich jak glina, błoto czy kamień, powstają ludzie, którym życie nadaje siła boska. Mit Prometeusza pokazuje jedną z takich wersji, obecnych w świecie greckim. W tych przekazach obok ludzi pojawiają się także figury i przedmioty ożywiane przez bogów.

Przyjrzyjmy się różnym starożytnym opowieściom dotyczącym powstawania życia i ożywiania materii. Obok mitu o Prometeuszu przywołane zostaną m.in. relacje Pauzaniasza, historia Deukaliona i Pyrry oraz mit o Pigmalionie opisany przez Owidiusza.

Mit o Prometeuszu tworzącym pierwszych ludzi na ziemi to jedno z wielu starożytnych podań dowodzących, że „ludzie byli niegdyś postrzegani jako sztuczne twory”. Ziemia i woda połączone w jedno i ożywione boską mocą – tak wyglądała najwcześniejsza metafora ludzkiego życia.

Tekst jest fragmentem książki Bogowie i roboty. Jak ludzie starożytności wymyślili sztuczne życie, która czeka na Ciebie tutaj:

Podobnie jak w innych opowieściach na całym świecie, od Eposu o Gilgameszu po Księgę Rodzaju, stwórca lub demiurg korzysta z najprostszego tworzywa, takiego jak glina, błoto, pył, kość czy krew, by stworzyć postaci mężczyzny i kobiety, którzy otrzymują tchnienie życia od bóstw, wiatru, ognia czy też innej siły natury. Ta błotna metafora zostanie przyćmiona wiele wieków później, gdy w epoce helle­nistycznej pojawi się nowy pogląd na ludzkie ciało jako mechani­styczną jednostkę napędzaną przez dynamicznie przemieszczające się płyny i wynalezione zostaną konstrukcje mechaniczne, hydrauliczne i pneumatyczne.

W starożytnym greckim micie Prometeusz miesza ziemię z wodą – albo ze łzami – i lepi z błota albo gliny pierwszych mężczyzn i pierwsze kobiety. Według części opowieści tworzy też zwierzęta. W niektórych wersjach udział bierze także Atena, a w innych Zeus rozkazuje wiatrowi tchnąć życie w gliniane figury. Jeszcze inne interpretacje sugerują, że to ogień ożywił Prometeuszowe stworzenia.

Podania o stworzeniu przez Prometeusza pierwszych ludzi wciąż krążyły po starożytnym świecie, gdy w II wieku n.e. Grecję przemierzał ciekawy świata wędrowiec Pauzaniasz. Dotarły do jego uszu ludowe opowieści, według których Prometeusz wykonał swoje dzieło w pobliżu bardzo starego miasta Panopeus w Fokidzie, niedaleko Cheronei w środkowej Grecji. Pauzaniasz (Wędrówka po Helladzie 10.4.4) odwiedził legendarne miejsce w pobliżu starożytnych ruin miasta i w tamtejszym wąwozie ujrzał dwa głazy w kolorze gliny, a każdy z nich był tak wielki, że zająłby cały wóz.

„Mówi się, że to resztki tej gliny, z której Prometeusz ulepił cały ród ludzi”. Jak stwierdził Pauzaniasz: „Wydają przy tym zapach jakby ludzkiej skóry”. Możemy sobie jedynie wyobrazić zapach, który dotarł do nozdrzy Pauzaniasza i innych, ale faktem jest, że skały i glina wydzielają nieraz charakterystyczną dla siebie woń, jeśli się nagrzeją, ktoś na nie chuchnie albo zostaną draśnięte, a to za sprawą składu chemicznego i uwięzionych pęcherzyków gazu.

Część greckich opowieści, podobnie jak mitów innych kultur, opisuje nieożywioną materię, posągi, figury bożków, statki i kamienie, które ożywają za sprawą bóstw albo magii. Te opowiadania o sztucznym życiu różnią się od rozpatrywanych przez nas dotąd historii poruszających się posągów, takich jak spiżowy robot Talos, stworzony przez Hefajstosa i wyposażony w wewnętrzny system, oraz ożywianych rzeźb przypisywanych wynalazcy Dedalowi (zob. rozdziały 1 i 5).

W scenariuszach uwzględniających działanie, rzec można, „czarodziejskiej różdżki” wystarczył boski rozkaz, by bezwładne przedmioty zostały obdarowane życiem. Nie były w to zaangażowane żadne procesy wytwórcze, wewnętrzna struktura ani koncepcje mechaniczne. Jeden z przykładów ożywienia martwych przedmiotów za sprawą odgórnej decyzji pojawia się w micie o zesłanym przez Zeusa wielkim potopie. Przeżyli go tylko Deukalion i Pyrra. Od wyroczni dowiadują się, jak na nowo zaludnić Ziemię. Oboje rzucają za siebie kamienie, a te natychmiast zmieniają się w mężczyzn i kobiety.

Najbardziej znanym klasycznym przykładem opowieści o posągu magicznie ożywionym na boskie polecenie jest mit o Pigmalionie i jego miłości do wykonanej przez niego nagiej figury z kości słoniowej. Najbarwniejsza jego wersja znajduje się w Meta­morfozach Owidiusza (10.244–297). Młody rzeźbiarz, zdegustowany wulgarnością prawdziwych kobiet, rzeźbi dla siebie dziewicę. We współczesnej wyobraźni jego posąg jest wykonany z marmuru, w micie jednak była to kość słoniowa, materiał ciep­lejszy i organiczny.

Panna z kości słoniowej wyglądała tak prawdziwie, że Pigmalion natychmiast „zapłonął gwałtowną miłością”, pełen podziwu i pożądania pieścił jej idealne ciało i myślał, że gdyby ją mocniej przycisnął, na jej skórze pojawiłyby się sińce. Obsypywał statuę prezentami i wyznaniami miłości. W świątyni ku czci Afrodyty (Wenus) błagał boginię, by ta dała mu za żonę „dziewczynę podobną do [jego rzeźby] z kości słoniowej”.

Pigmalion wraca ze świątyni do domu i znowu zaleca się do figury swojej wymarzonej kobiety. Ku jego zdumieniu rzeźba pod wpływem jego pocałunku staje się ciepła, a kość słoniowa w jego objęciach zamienia się w ciało. W przeciwieństwie do zimnego marmuru kość słoniowa to materiał, który kiedyś żył, cechujący się delikatnym kremowym połyskiem.

W starożytności wykonane z niego posągi były subtelnie malowane na naturalne kolory przypominające prawdziwą skórę. Starożytna publiczność wyobrażała sobie rzeźbę Pigmaliona jako niezmiernie zmysłową, nieskazitelną kobiecą postać. Pod wpływem pieszczot swojego stwórcy posąg zyskuje świadomość i „rumieni się” skromnie. Afrodyta (Wenus) wysłuchała modłów Pigmaliona.

Należy podkreślić, że dzieło Pigmaliona nie zostało skonstruowane jako automat. Jego realizm stał się rzeczywistością w nadprzyrodzony sposób, dzięki bogini miłości. Ta często przytaczana opowieść o romansie ze sztucznym życiem nabiera dziś nowego znaczenia, gdyż stanowi zapowiedź etycznych pytań stawianych przez współczesnych krytyków realistycznych robotycznych lalek i bytów wyposażonych w sztuczną inteligencję, zaprojektowanych do fizycznego współżycia z ludźmi. „Czy jest możliwy – pyta jeden z pisarzy – seks za przyzwoleniem robota, nawet takiego, który jest świadom własnej seksualności?”.

Choć mit o Pigmalionie często bywa przedstawiany w obecnych czasach jako romantyczne love story, w gruncie rzeczy jest to budzący niepokój opis jednej z pierwszych androidycznych partnerek seksualnych w historii Zachodu. Nie jest jasne, czy pasywna, bezimienna żywa lalka Pigmaliona pomimo swoich rumieńców została obdarzona świadomością, głosem i sprawczością.

Czy Afrodyta przemieniła idealny kobiecy posąg w prawdziwą, żywą, niezależnie myślącą kobietę, czy tylko uczyniła z niego „lepszą symulację” rzeczywistości? Statua jest opisywana jako wyidealizowana kobieta, doskonalsza niż jakakolwiek prawdziwa przedstawicielka rodzaju żeńskiego. Tak więc wykonana przez Pigmaliona replika „przekracza ludzkie granice”, poniekąd tak jak seksualne replikantki w filmach z serii Blade Runner, reklamowane jako „bardziej ludzkie od ludzi”.

W opisie Owidiusza wszakże jej skóra i ciało nie przypominają w dotyku prawdziwych. Poeta porównuje je raczej do wosku, który tym bardziej ogrzewa się, mięknie i poddaje kształtowaniu, im dłużej jest dotykany – jak napisał Owidiusz, „staje się użyteczny przez samo użycie”.

Owidiusz kończy swoją bajkę małżeństwem Pigmaliona z jego bezimienną żywą rzeźbą. Dodaje nawet, że urodziła im się córka o imieniu Pafos – magiczny cud jej narodzin miał świadczyć o tym, że idealny posąg stał się prawdziwą, biologiczną kobietą. Warto zauważyć, że podobny wątek pojawia się w filmie Blade Runner 2049, gdzie replikantka Rachel wydaje na świat dziecko, co miało być niemożliwe w przypadku form sztucznego życia.

Opowiadający historię Pigmaliona Owidiusz czerpał z wcześniejszych podań, dziś już niedostępnych. Autorem jednego ze źródeł był Filostefanos z Kyreny, który opowiedział pełną wersję mitu w swojej historii Cypru spisanej w latach 222–206 p.n.e. Według późniejszego, chrześcijańskiego pisarza Arnobiusza Pigmalion tworzy posąg samej Afrodyty i to ją obdarza miłością. Z czasów starożytności nie zachowały się żadne artystyczne przedstawienia opowieści o niezwykłym rzeźbiarzu.

Wiele średniowiecznych ilustracji pokazuje natomiast Pigmaliona obcującego z figurą z kości słoniowej – wizja ta służyła w tamtych czasach jako swego rodzaju religijna, choć lubieżna przestroga przed czczeniem bożków. W XVIII wieku europejscy opowiadacze nadali wreszcie statui Pigmaliona imię – Galatea („mlecznobiała”). Wariacje na temat mitu o Pigmalionie mnożyły się przez tysiąclecia i stały się inspiracją dla niezliczonych bajek, sztuk tea­tralnych, opowieści i innych dzieł.

W micie o Pigmalionie wyrzeźbiony z kości słoniowej posąg jest „nie czym innym jak dziełem człowieka stworzonym dla seksu”. Jednak kobieca figura wyrzeźbiona przez Pigmaliona nie była je­dyną, która wśród starożytnych widzów wywoływała reakcję erotyczną. Historia agalmatofilii, czyli pociągu do rzeźb, sięga daleko w głąb starożytności. Lukian z Samosat w dialogu Bogowie miłości (13–16) oraz Pliniusz Starszy w Historii naturalnej (36.4.5) opowiadają o mężczyznach, którzy zapałali namiętnością do pięknej, nagiej statui Afrodyty w Knidos.

Stworzył ją genialny rzeźbiarz Praksyteles około 350 roku p.n.e. Mężczyźni ukradkiem odwiedzali nocą świątynię, w której stała, a świadectwem ich żądzy były plamy odkryte na marmurowych udach Afrodyty. Mędrzec Apollonios z Tyany usiłujący przemówić do rozsądku człowiekowi, który zakochał się w posągu Afrodyty, opowiadał mity o nieszczęśliwych związkach bogów ze śmiertelnikami (Filostrat, Żywot Apolloniosa z Tyany 6.40). W II wieku n.e. sofista Onomarchos z Andros napisał mowę o „zakochanym w obrazie” i jako zawiedziony kochanek przeklinał wielbioną podo­biznę, życząc jej starości.

W jeszcze innym niesławnym przypadku, opisanym w II wieku n.e. przez Atenajosa (Uczta mędrców 605e), niejaki Klejsofos z Selymbrii zamknął się w świątyni na wyspie Samos i próbował odbyć stosunek z ponętną marmurową statuą, której autorstwo przypisywano Ktesiklesowi. Zniechęcony przez zimno i opór kamienia „odstąpił od obiektu pożądania i trzymając przed sobą kawałek mięsa, z nim współżył”, niczym bohater powieści Philipa Rotha Kompleks Portnoya.

Większość opowieści o pociągu do rzeźb ukazuje mężczyzn uprawiających seks z posągami kobiet, lecz kilka starożytnych źródeł opowiada o wdowie Laodamii (znanej też jako Polydora), której ukochany mąż Protesilaos zginął podczas legendarnej wojny trojańskiej. Najwcześniejszym znanym tekstem o Laodamii była tragedia Eurypidesa z V wieku p.n.e., która nie dotrwała do naszych czasów. Wersja Owidiusza przybrała formę listu Laodamii do Protesilaosa.

Para była krótko po ślubie, gdy mężczyzna wyruszył do Troi (wojna trwała dekadę). Laodamia pragnie jego powrotu. Co noc zmysłowo obejmuje naturalnej wielkości woskową podobiznę męża, który nie był stworzony do prowadzenia wojny, bo „Protesilaos powinien kochać”. Podobizna jest tak realistyczna, że „użycz głosu woskowi, a będzie Protesilaos”. Hyginus opowiada inną wersję tej historii. Kiedy Protesilaos ginie, bogowie litują się nad młodą parą i pozwalają mu spędzić z żoną trzy bezcenne godziny, po których będzie musiał wrócić w zaświaty na zawsze.

Zrozpaczona Laodamia oddaje się bez reszty podobiźnie męża – tym razem jest to figura z malowanego brązu – obsypuje ją podarkami i pocałunkami. Pewnej nocy służący dostrzega młodą wdowę w namiętnym uścisku z męską postacią tak prawdziwą, że sługa bierze ją za kochanka Laodamii i mówi o swoim odkryciu jej ojcu, który wpada do pokoju i widzi zrobiony z brązu posąg jej nieżyjącego męża. W nadziei, że przerwie udrękę córki, pali statuę na stosie, ale Laodamia rzuca się w ogień i ginie.

W greckich i łacińskich źródłach udałoby się znaleźć około tuzina opowieści o hetero- i homoseksualnym pociągu do rzeźb. Historyk zajmujący się średniowiecznymi robotami Elly R. Truitt nazywa te opowieści i historię Pigmaliona „przypowieściami o mocy mimetycznych dzieł” i o tym, jak można „pomylić sztuczne z naturalnym”.

Znawca starożytności Alex Scobie i psycholog kliniczny Anthony James William Taylor stwierdzili, że ta konkretna „dewiacja” seksualna zrodziła się w czasie, kiedy kunszt rzeźbiarski Greków i Rzymian osiągnął wysoki poziom realizmu i wyidealizowanego piękna. Od czasu Praksytelesa pojawiało się „mnóstwo rzeźbionych ludzkich postaci, z którymi odbiorcy mogli się utożsamiać”, posągów cechujących się naturalną wielkością, rzeczywistymi kolorami, wyglądem i pozami.

Piękne, realistycznie malowane rzeźby były nie tylko liczne, lecz także „łatwo dostępne” w świątyniach i miejscach publicznych, przez co zachęcały „ludzi do nawiązywania z nimi osobistych relacji”. Nagie rzeźby w miejscach kultu często były traktowane jak żywe osoby: kąpano je, ubierano, obdarowywano i ozdabiano klejnotami.

Piszący w 1975 roku Scobie i Taylor doszli do wniosku, że agalmatofilia, patologia polegająca na pociągu do marmurowych (lecz także woskowych lub wykonanych z kości słoniowej) posągów ze zmysłowym realizmem naśladujących żywe istoty mogła się zrodzić dzięki technicznemu kunsztowi nadzwyczaj utalentowanych artystów starożytności klasycznej. Ich zdaniem, podobnie jak historyka sztuki George’a Herseya piszącego w 2009 roku, postęp dokonujący się w produkcji anatomicznie realistycznych sylikonowych sekslalek i w technologiach obecnych w biomimetycznych, obdarzonych sztuczną inteligencją cyberseksbotach poskutkuje tym, że starożytna parafilia wyewoluuje w nowoczesną formę „robotofilii”.

Grecy i Rzymianie to nie jedyni przedstawiciele starożytnych kultur snujących opowieści o będących obiektami seksualnymi automatach. Nieodparcie pociągający żeński robot pojawia się w buddyjskiej opowieści pochodzącej z Mahāvastu (zbioru ustnych podań gromadzonych od II wieku p.n.e. do IV wieku n.e.). Podanie to w wersjach sanskryckiej, tybetańskiej, chińskiej i tocharskiej opowiada o słynnym wynalazcy urządzeń mechanicznych, który chcąc popisać się swoim kunsztem, tworzy śliczną, zupełnie realistyczną dziewczynę (yantraputraka, „mechaniczną lalkę”).

Wynalazca zaprasza do siebie zagranicznego gościa, wielce szanowanego malarza realistycznych wizerunków, i przyjmuje go z wszelkimi honorami. Wieczorem malarz udaje się na spoczynek i ku swojemu zaskoczeniu zastaje w pokoju pięk­ną dziewczynę gotową mu „usługiwać”. Skromna, nieśmiała panna nie podnosi wzroku ani nic nie mówi, ale wyciąga ręce i przytula malarza do swojego łona.

Mężczyzna widzi, że wysadzana klejnotami brosza na jej piersi wznosi się i opada jak pod wpływem oddechu. Malarz wierzy, że to prawdziwa kobieta – ale kimże jest? Czy to jakaś krewna gospodarza, jego żona, siostra albo córka? A może służąca? Następuje długi opis rozterek malarza, ważącego moralne ryzyko uprawiania seksu z chętną młodą kobietą w użyczonym mu pokoju.

W końcu malarz ulega podnieceniu i z „dziką namiętnością” bierze dziewczynę w ramiona. Wtedy zaś mechaniczna panna rozpada się na kawałki, rozlatują się „jej ubrania, członki, sznurki i kołeczki”. Malarz uświadamia sobie, że dał się nabrać na sprytną sztuczkę. Zawstydzony obmyśla sposób, żeby odpłacić się swojemu gospodarzowi. Wyjmuje przybory i resztę nocy poświęca namalowaniu upiornego trompe l’oeil, na którym on sam wisi martwy na sznurze zaczepionym o hak w ścianie.

Rankiem gospodarz, oszukany malarską iluzją, wzywa króla i jego ministrów, a także obywateli, by zobaczyli tragiczną scenę z rozczłonkowaną mechaniczną kobietą i malarzem samobójcą. Prosi o siekierę, by odciąć ciało swojego gościa. Podstęp się wydaje, gdy malarz wychodzi nagle z kryjówki i wszyscy się śmieją.

Ta buddyjska opowieść jest świadectwem niezwykłego realiz­mu osiąganego przez malarzy i twórców mechanicznych androi­dów w starożytnej Azji (inne starożytne buddyjskie opowieści o robotach – zob. rozdziały 5 i 9).

Motyw zaciętej rywalizacji między dwoma artystami, którzy oszukują się nawzajem za pomocą swoich dzieł przepełnionych nadnaturalnym realizmem, przypomina anegdotę przytoczoną przez Pliniusza (Historia naturalna 35.36.3–4) o pojedynku na trompe l’oeil między klasycznymi greckimi malarzami – Zeuksisem i Parrazjaszem (zob. rozdział 5).

Ale buddyjska opowieść jest także filozoficzną przypowieścią o iluzoryczności samokontroli oraz zawsze aktualnych pytaniach o ludzką wolną wolę prowokowanych przez dzieła sztucznego życia. W swoim artykule na temat mechanicznych istot w starożyt­nej literaturze indyjskiej Signe Cohen stwierdza, że bezduszny żeński automat symbolizuje bezduszność wszystkich istot i ilus­truje buddyjską naukę, że zasadniczo „wszyscy jesteśmy robotami”.


Tekst jest fragmentem książki Bogowie i roboty. Jak ludzie starożytności wymyślili sztuczne życie, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Horyzont.

Comments are closed.