„Wieś PRL-u pachniała ziemią, ciężką pracą i buntem”. Janusz Rosek o książce „Cień nad Wieliczką” Wywiad

„Wieś PRL-u pachniała ziemią, ciężką pracą i buntem”. Janusz Rosek o książce „Cień nad Wieliczką” |Wywiad

Janusz Rosek zabiera nas w świat wsi okresu lat 80 i 90 XX wieku, czyli okres schyłkowego PRL i pierwszego dziesięciolecia III Rzeczypospolitej, okres burzliwych przemian ustrojowych i społecznych. Główny bohater jego książki to postać skonfliktowana ze swoimi rodzicami, który za wszelką cenę chce uzyskać samodzielność i prawo do kierowania swoim życiem, pełna dylematów moralnych i etycznych.

Konrad Ruzik: Jakie jest główne przesłanie pańskiej książki?

Janusz Rosek: To pytanie, chociaż krótkie jest bardzo złożone, jak wielowątkowa jest treść powieści „Cień nad Wieliczką”. Nie sposób bowiem określić, co w życiu Andrzeja było rzeczą najistotniejszą, poczynając od dzieciństwa, poprzez okres dorastania, a kończąc na założeniu rodziny.

Idąc od końca, nasuwa się myśl, że każdy człowiek musi dorosnąć do podejmowania ważnych, życiowych decyzji. Pohamować emocje i obiektywnie  oceniać sytuację. Odważne stawać w obronie wyznawanych wartości i umiejętnie podnosić się z kolan po kolejnym upadku. Nie godzić się z porażką i podejmować kolejną próbę naprawienia swojego życia.     

Autor na pierwszych stronach swojej książki zamieszcza taką myśl:

    „Życie niejeden raz nas zaskakuje, pisze scenariusze, których nie wymyśliliby najwięksi pisarze. Otwiera przed nami różne możliwości i daje każdemu jeszcze jedną szansę. Ważne, żeby ją dostrzec i dokonać właściwego wyboru”.

Do takich wniosków doszedł jednak Andrzej, nasz główny bohater po kilku latach zmagań z samym sobą, z własnym wyobrażeniem lepszego świata i konsekwencjami podejmowanych przez siebie decyzji. Nauczył się unikać problemów i nie powtarzać popełnionych wcześniej błędów. Być może przeczytał gdzieś myśl Seneki Starszego w pełnym jej brzmieniu, cyt. „Errare humanum est, in errore perseverare stultum”, co dosłownie oznacza „Błądzić jest rzeczą ludzką, [ale] trwać w błędzie – głupotą”. Do tej pory Andrzej tego nie wiedział i uparcie trwał w swoim przekonaniu, że racja jest po jego stronie. Do pierwszej złej decyzji dokładał drugą i trzecią, a potem jeszcze kolejną. Upadał wielokrotnie i nie zawsze potrafił się podnieść. Popełniał wiele błędów, czego konsekwencją było pogrążanie się coraz bardziej. Popadał w depresję, obwiniał innych ludzi za swoje niepowodzenia, a siebie usprawiedliwiał. Zarzucał rodzicom brak ciepła i miłości, ale sam swoim zachowaniem zrażał ich do siebie. Uważał, że oni postępują niewłaściwie i że nie zasługują na jego szacunek. Postanowił zbuntować się przeciw panującym zasadom i odejść z domu.

Innym takim przesłaniem może być fakt, że każdy człowiek powinien postawić sobie granicę, której mu przekroczyć nie wolno, zarówno w życiu osobistym, jak i społecznym. Nie może być tak, że cel uświęca środki i dla zdobycia określonej korzyści pójdziemy po trupach, nie zważając na prawo, sumienie, czy wyznawane wartości. Niektórzy uważają, że granica ta jest płynna, albo elastyczna i pozwala się dostosować do zaistniałej sytuacji. Nic bardziej mylnego. Człowiek jest tak skonstruowany, że kiedy dojdzie do jakiegoś życiowego momentu, który dla niego stanowił będzie granicę przyzwoitości, uczciwości lub godności, zatrzyma się, zastanowi, rozważy wszystkie „za”, wszystkie „przeciw” i podejmie właściwą decyzję. Nie przekroczy tej granicy i nie pójdzie tą drogą.

Tak było w przypadku Andrzeja. Wydawało mu się, że wstąpienie w szeregi Milicji Obywatelskiej rozwiąże wszystkie jego problemy. Uzyska służbowe mieszkanie, będzie miał stałą, dobrze płatną pracę i będzie w końcu mógł wieść wygodne życie w mieście. Nie przewidział tylko jednego, że w czasie odbywania swojej służby zastępczej w MO, przyjdzie mu się zmierzyć nie tylko z rzeszami przeciwników politycznych, ale również z własnym sumieniem. Nie był gotowy do wykonywania rozkazów przełożonych, polegających na rozpędzaniu demonstracji, tłumieniu strajków i bezrefleksyjnym pałowaniu ludzi, tylko za to, że odważyli się myśleć inaczej. Nie znał wtedy granicy swojej odporności i nie wiedział, że jego sumienie nie pozwoli mu na rozwijanie kariery zawodowej, budowanej na  nieszczęściu innych ludzi. Sądził, że jest odporny i potrafi być nieczuły na płacz kobiet, widok bitych i poniewieranych studentów i robotników, widok krwi. Mylił się. Doszedł do granicy, której przekroczyć nie było mu wolno. Zrezygnował.

Kolejnym przesłaniem jest zdobywanie doświadczenia życiowego.

Popularne przysłowie Friedricha Nietzsche „Co nas nie zabije, to nas wzmocni” uświadamia nam, że wszystkie bolesne wydarzenia w naszym życiu miały sens. Trudne, czasami dramatyczne doświadczenia, z jakimi musieliśmy się zmierzyć, uczyły nas odporności, radzenia sobie z przeciwnościami losu i niepoddawania się. Czyniły nas silniejszymi i hartowały naszą psychikę. Uczyliśmy się na błędach i zapamiętywaliśmy je, analizowaliśmy je, aby w następnych dniach, tygodniach, czy miesiącach ich nie powtórzyć. To była trudna lekcja, czasami w bólu i przez łzy, ale bardzo potrzebna.

Andrzej przeszedł niezłą szkołę życia, zanim dojrzał emocjonalnie do podejmowania ważnych życiowych decyzji. Przewartościował swoje życie, diametralnie zmienił swoje poglądy, zachowania i oczekiwania. Zrozumiał, że niczego nie można zaplanować, wyreżyserować, czy kupić. Dotarło do niego, że wszystkie jego wcześniejsze starania, mające na celu zapewnienie sobie świetlanej przyszłości i wygodnego życia były bez sensu. Nie powiodły się z różnych przyczyn, ale w dużej mierze przez niego samego, przez jego upór, przez nachalność i przez chęć dominowania nad innymi. Zrozumiał to jednak dopiero, kiedy został sam, kiedy odwrócili się od niego rodzice, koledzy i przyjaciele. Musiał nastąpić pewien wstrząs, aby dotarło do świadomości młodego człowieka, że jego postępowanie jest niewłaściwe a zachowanie naganne.

Konrad Ruzik: Czy opowiedziana w niej historia jest całkowicie fikcyjna, czy też postacie w niej przedstawione mają jakieś pierwowzory?

Janusz Rosek: Książka oparta jest na wspomnieniach byłego milicjanta, uczestnika i świadka historycznych wydarzeń, opisywana jego słowami i widziana jego oczami w tamtym okresie. Być może wspomnienia te nie są obiektywne i spójne z kalendarzem ówczesnych wydarzeń, ale pamiętać należy, iż pamięć ludzka jest zawodna, a upłynęło już od tamtych chwil prawie czterdzieści lat. Większość opisywanych historii jest tylko fikcją literacką i nie ma żadnego potwierdzenia w dokumentach IPN ani innych kronikach, czy rocznikach. Autor dość mocno zaingerował w treść tych wspomnień i dopisał sceny, które jego zdaniem mogły się wydarzyć, co nie znaczy, że się wydarzyły. Czytelnik sam musi sobie odpowiedzieć, czy jego zdaniem historia ta jest prawdziwa, czy tylko wiarygodna.

W książce nie znajdziecie państwo żadnych prawdziwych imion, nie mówiąc o nazwiskach. Miejsca opisane przez autora faktycznie istnieją, ale nie można ustalić, czy opisywane wydarzenia faktycznie miały miejsce, tak jak nie można do końca być pewnym, czy opowiedziana historia Andrzeja jest prawdziwa. Wierzymy mu na słowo. Nie należy tego tekstu traktować zbyt dosłownie, ale raczej jako ciekawe opowiadanie.

Są jednak tacy, którzy nie potrafią odróżnić prawdy historycznej od fikcji literackiej i wychwytują poszczególne błędy rzeczowe, udowadniając mi publikowanie kłamstwa. Jeżeli państwo zechcecie przeczytać tę książkę, sami bez trudu odnajdziecie wspomniane błędy rzeczowe i nieścisłości. Jak już napisałem wcześniej, książka nie jest niczyją biografią ani żadną kroniką i nie zawiera prawd historycznych ze szczególnym naciskiem na faktyczny czas i miejsce akcji. Moim zdaniem jest to bardziej książka obyczajowa.

Opisuje losy młodego człowieka uwikłanego poprzez swoje nieprzemyślane decyzje w ciąg historycznych wydarzeń, których stał się nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem. Pozwala nam obserwować małego Andrzeja od najmłodszych lat, poprzez wiek nastolatka, do dwudziestoparoletniego mężczyzny, męża i ojca. Widzimy, jak zmieniają się jego marzenia, zachowanie i ocena sytuacji. Pierwsze rozdziały książki obejmujące dzieciństwo i lata młodości bohatera to czysta fantazja i fikcja literacka. Począwszy od chwili podjęcia decyzji o odbywaniu służby wojskowej w szeregach Milicji Obywatelskiej do ostatnich wydarzeń w książce, to wspomnienia bohatera z niewielkim retuszem.

Z fikcją literacką jest tak, jak z przepowiedniami Nostradamusa, jeżeli ktoś bardzo się uprze, to stwierdzi, że opisywana historia jest właśnie o nim i jego dotyczy. Nie doszukiwałbym się jednak podobieństw, a potraktował tekst jako ciekawe opowiadanie, do czego państwa zachęcam bardzo gorąco.

Konrad Ruzik: Porusza Pan problem buntu przeciwko rodzicom, który prowadzi głównego bohatera do wstąpienia do Milicji Obywatelskiej w celu uzyskania niezależności od nich. Bunt ten był uzasadniony ze względu na złe traktowanie go przez rodziców. Uczynił to mimo tego, że nie był komunistą, był wierzącym i praktykującym katolikiem. Nie jest to dobrym przykładem, do czego mogą doprowadzić, nie boję się użyć tego słowa, patologiczne relacje w rodzinie?

Janusz Rosek: Nie nazwałbym ich patologicznymi. Brak zainteresowania rodziców osobą kilkuletniego chłopca spowodowany był raczej ogromem codziennych obowiązków i chęcią poprawy warunków mieszkaniowych, również ze względu na małe dziecko. Dom, w którym mieszkał Andrzej, pozbawiony był bieżącej wody, prądu elektrycznego i ogrzewania. Nic więc dziwnego, że jego rodzice postanowili zakasać rękawy i zapracować na budowę nowego domu. Praca pochłonęła ich bez reszty. Dziecko zeszło na dalszy plan. Chłopak nie rozumiał postępowania swoich rodziców. Czuł się niezauważany, zaniedbywany i może nawet niekochany. Miał wtedy do nich żal.

W tej miejscowości ludzie się doskonale znali i byli dla siebie życzliwi. Nic więc dziwnego, że matka Andrzeja nie obawiała się o swojego syna, nawet w przypadku kilkugodzinnej jego nieobecności. Nie mając w tym okresie kolegów i koleżanek chłopak spędzał czas wśród sąsiadów, obserwując codzienne ich życie, ich zachowania i stosunek wobec siebie nawzajem. Podobało mu się, że są dla siebie mili. Rozmawiają ze sobą, konsultują jakieś decyzje, mają dla siebie czas. Chciał, aby w jego domu było podobnie. Wraz z rozpoczęciem nauki w szkole podstawowej Andrzej coraz częściej dostrzegał, że wyraźne odróżnia się od swoich kolegów ubiorem, tornistrem, a nawet artykułami piśmienniczymi. Były z najniższej półki. Było mu wstyd. Miał żal do rodziców, że przez ich skąpstwo jest obiektem żartów i uszczypliwości. Nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego innych rodziców stać na wyposażenie swoich dzieci w porządne artykuły, a jego rodziców nie.

To, że rodzice Andrzeja kupowali mu tanie rzeczy, nie świadczy o ich patologii, ale o oszczędności, czego ich syn wtedy nie rozumiał. Nie wydawali przecież pieniędzy na alkohol, czy używki, nie balowali po całych nocach, tylko ciężko pracowali. Każdy zarobiony grosz przeznaczali na budowę nowego domu. Kochali swoich synów i chcieli zapewnić im jak najlepsze warunki. Zapewniali im to, co ich zdaniem było uczniom niezbędne. Nie silili się jednak na drogie ubrania, zabawki, czy pomoce naukowe. Były pilniejsze potrzeby.

Andrzej jednak tego nie rozumiał i pragnął mieć, wszystko to, co mają jego rówieśnicy. Nie chciał wyjeżdżać do pracy w okresie wakacji, aby zarobić na nowe spodnie, czy kurtkę.

Uważał, że te rzeczy powinni mu zapewnić rodzice, tak jak to robią ojcowie i matki jego kolegów. Buntował się. Obserwując swoich kolegów wyjeżdżających na kolonie, czy obozy również o tym marzył. Niestety nigdy nie wyjechał. Czuł się gorszy. Nie buntował się przeciwko swoim rodzicom, ale przeciwko ich pojmowaniu świata. Widział to zupełnie inaczej i nie chciał iść wytyczoną mu przez nich drogą. Miał swoje marzenia i pragnął je realizować.

Pierwszym takim punktem zwrotnym w życiu Andrzeja był wybór szkoły zawodowej zamiast technikum, czy liceum ogólnokształcącego, po którym możliwe było  kontynuowanie nauki na studiach. Chłopak chciał się uczyć i rozwijać. Rodzice zdecydowali jednak, że będzie uczył się i pracował. Zarobione na praktykach pieniądze  oddawał swoim rodzicom, w zamian za dach nad głową i kromkę chleba. Mówili mu:

— My darmozjada w domu nie będziemy trzymać!

Nie godził się z tym, ale nie miał innego wyjścia. Podporządkował się. Musiał gdzieś mieszkać. Pracował i oddawał dwie trzecie zarobionych pieniędzy na koszty utrzymania.

Potem był ten nieszczęśliwy wypadek, po którym rodzice przeklęli Andrzeja za zmarnowanie sporej sumy pieniędzy na adwokatów i narażenie ich na utratę dobrego imienia pośród mieszkańców tej wioski. Wyzwiska i ciągłe wypominki skłoniły młodego człowieka do opuszczenia rodzinnego domu. Szukał jedynie odpowiedniej okazji. Mając w pamięci postawę  funkcjonariuszy MO, ich możliwości i brak odpowiedzialności przed kimkolwiek, postanowił iść w ich ślady, aby ułożyć sobie życie. Nie chciał pozostawać w domu, w którym nie było dla niego miłości, a jak się później okazało również miejsca.

Rodzice Andrzeja byli ludźmi twardych zasad. Nie uznawali sprzeciwu i nie przejmowali się potrzebami swoich dzieci. Podejmowane decyzje tłumaczyli potrzebą nauczenia swoich synów oszczędności, zaradności i samodzielności. Kochali ich na swój sposób.

Konrad Ruzik: Pana książka w dosyć sugestywny sposób porusza temat polskiej wsi w okresie PRL i lat 90 XX wieku. Choć nie do końca zgadzam się z Panem co do obrazu, który Pan zarysował, to jednak uważam, że do pewnego stopnia jest w nim dużo prawdy. Mówię to jako człowiek, który sam się z tego środowiska wywodzi, więc znam je bardzo dobrze. Nie wchodząc w szczegóły, powiem Panu tylko tyle, że obydwoje moi rodzice wychowali się we wsiach w okolicach Radomia. Czy nie uważa Pan, że potrzebujemy więcej powieści o tematyce chłopskiej z okresu PRL i lat 90 XX wieku?

Janusz Rosek: Opisałem wieś mojego dzieciństwa. Wieś pociętą wąskimi pasami roli uprawnej, łąkami i ogrodami drzew owocowych. Wieś o zabudowie dwustronnej, wzdłuż głównej drogi przebiegającej przez tę miejscowość. Wieś prostych, miłych ludzi, którzy nie rzadko ze względu na zbyt mały areał ziemi uprawnej zmuszeni byli szukać pracy w dużym mieście Krakowie. W takiej wsi urodził się i wychowywał nasz główny bohater Andrzej. Tam poznawał pierwszych kolegów, tam przeżywał, jak mu się wydawało pierwsze miłości. Jego stary dom wybudowany z początkiem XX wieku przez jego dziadka oddalony był znacznie od pozostałych i stał w szczerym polu, a ściślej mówiąc łące. Zapewne dlatego, że tam działki były najtańsze. Gospodarstwa rolne w tej części naszego kraju były niewielkie, w większości nieprzekraczające jednego hektara i nie zawsze były podstawowym źródłem utrzymania dla małych rodzin, raczej formą wsparcia gospodarstwa domowego. Uprawiano zboża, ziemniaki i jarzyny. W sadach rosły drzewa owocowe rodzące smaczne jabłka, grusze i śliwy. Andrzej nie miał koło domu żadnych drzew owocowych, co nie oznacza, że nie znał smaków tych owoców. Mieli je przecież sąsiedzi. Czasami częstowali chłopaka i dawali nawet dla matki i babki Andrzeja wiedząc, że one owoców nie mają. Innymi razy Andrzej sam pozwalał sobie wejść do czyjegoś sadu i pozbierać albo zerwać kilka sztuk. Nikt mu jednak nie robił problemów z tego tytułu. Ludzie go lubili. Byli we wsi również zamożniejsi gospodarze prowadzący hodowlę drobiu, trzody chlewnej czy bydła. Oni jednak niechętnie utrzymywali kontakt z tymi biedniejszymi. Czuli się lepsi i ważniejsi. Andrzej obchodził ich z daleka. Co innego SKR. Spółdzielnia Kółek Rolniczych przykuwała uwagę chłopca. Zgromadzone tam maszyny robiły na Andrzeju ogromne wrażenie. Traktory, przyczepy, młockarnie i pierwsze kombajny podobały się chłopakowi. Interesowało go, jak są wykonane, do czego służą i jak by można było je usprawnić. Nie myślał o pozostawaniu na wsi, zwłaszcza że ich gospodarstwo liczyło zaledwie 49 arów, ale by uczyć się budowy tych maszyn na studiach. W okolicach nie było dużych Państwowych Gospodarstw Rolnych, ukierunkowanych na uprawę roślin, czy hodowlę. Wieś była za mała.

Nawiązując do Pana pytania dotyczącego potrzeby pisania powieści o tematyce chłopskiej z okresu PRL-u i lat 90. XX wieku, ma pan rację. Faktycznie w literaturze skupiamy się przede wszystkim na wydarzeniach politycznych i gospodarczych z tego okresu, zapominając o przedstawicielach wsi. Wspominamy co prawda o komasacji gruntów, elektryfikacji wsi, budowaniu nowych szkół i placówek oświatowych, o rozwoju służby zdrowia na wsiach, o tworzeniu NSZZ Solidarność Rolników, o likwidacji PGR-u i tworzeniu spółek rolnych, ale tak naprawdę nie powstały jakieś głośne powieści opiewające piękno wsi. Może ja po prostu o nich nie wiem. Najbardziej kojarzę „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej z okresu dwudziestolecia międzywojennego XX wieku. Sądzę, że powinny powstać jakieś znaczące pozycje o tematyce polskiej wsi z końca naszego stulecia.

Sam jednak nie podjąłbym się napisania takiej książki, gdyż moja wiedza na ten temat jest ograniczona. Od blisko czterdziestu lat nie mam kontaktu ze wsią i nie potrafiłbym obiektywnie opisać zachodzących zmian, zarówno gospodarczych, jak i społecznych. Jedno czego nie da się ukryć, to fakt, że nasze wsie wyglądają pięknie i bogato, z nowo wybudowanymi domami, asfaltowymi drogami i sklepami. To jednak efekt naszego przystąpienia do Unii Europejskiej w dniu pierwszym maja 2004 roku.

Okres PRL-u kojarzy mi się jedynie z marnotrawstwem, brakiem odpowiedzialności za dobro wspólne, eksperymentami gospodarczymi w postaci PGR-u i SKR-u, małą wydajnością. Nie wiem, co byłoby na tyle interesujące, aby przykuć uwagę czytelnika.

Konrad Ruzik: Powoli oddalamy się od okresu lat 80 i 90 XX wieku, czyli okresu schyłku PRL i pierwszych lat III Rzeczypospolitej. Za kilka lat upłynie już 30 lat od początku    naszego XXI wieku. Czy pańskim zdaniem ten narastający dystans czasowy pomoże nam w lepszym zrozumieniu tego okresu?

Janusz Rosek: Myślę, że tak. Z każdym rokiem poznajemy coraz więcej faktów dotyczących wydarzeń z okresu komunizmu w Polsce, odtajniane są kolejne dokumenty rzucające nowe światło na niezrozumiałe do tej pory decyzje władzy i opozycji. Dowiadujemy się o rozmowach, spotkaniach, negocjacjach, o których nie mieliśmy pojęcia. W dobie Internetu trudniej jest ukryć prawdę przed ludźmi. Po latach pojawiają się również swego rodzaju wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń, opisujące te historie z ich punktu widzenia. Możemy zapoznać się z tymi dokumentami, mamy również dostęp do teczek zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej, gdzie zawarta jest najnowsza historia naszego kraju. Powracają ludzie z emigracji. Jest coraz więcej obiektywnych źródeł, dzięki którym możemy poznać mechanizmy władzy i sposoby na jej kontrolowanie. Czy jednak potrafimy je zrozumieć? Moim zdaniem nie. Trzeba byłoby zajrzeć w sumienie każdego z tych ludzi, by odkryć, co nimi kierowało podczas podejmowania takiej, czy innej decyzji. Jakie przyświecały im idee? Czy wierzyli w słuszność swoich decyzji, czy byli tylko bezrozumnymi pionkami w tej grze?

Konrad Ruzik: Co chciałby Pan jeszcze dodać od siebie na koniec odnośnie swojej książki?

Janusz Rosek: Zachęcam państwa do przeczytania tej niezbyt grubej książki, liczącej niewiele ponad 260 stron, napisanej prostym językiem, bez ozdobników, tak, aby była zrozumiała dla każdego czytelnika.

Książka opisuje losy młodego człowieka, który poprzez nieprzemyślane decyzje wplątuje się w wir politycznych wydarzeń, których jest świadkiem i uczestnikiem. Przeczytacie państwo o problemach bohatera, o jego wątpliwościach co do wybranej drogi, o granicy, której nie umiał przekroczyć. Dowiecie się państwo o jego przygodach miłosnych i rozterkach emocjonalnych, o konflikcie rodzinnym i definitywnym opowiedzeniu się bohatera po stronie swojej małżonki i dzieci, ku ogromnemu zaskoczeniu rodziców.

Książka nie jest żadnym poradnikiem, żeby miała nieść przesłanie dla młodszych pokoleń, niemniej jednak pokazuje, że warto zawalczyć o swoje szczęście. Mówi również o tym, że czasami, kiedy w życiu nic nam nie wychodzi, powinniśmy zatrzymać się na chwilę, zastanowić, czy aby na pewno droga, którą obraliśmy, jest właściwą drogą.  Każdy z nas popełnia błędy, ale najważniejszą rzeczą jest umieć zrozumieć swój błąd, przyznać się do niego przed samym sobą i starać się drugi raz tego samego nie popełnić. Najgłupszą rzeczą byłoby udawać, że błędu nie popełniliśmy i brnąć dalej w bagno życia. Każdy, kto potrafi się do błędu przyznać, już zwyciężył.

Comments are closed.