Mateusz Kubicki, Polacy na morzach i oceanach II wojny światowej
O II wojnie światowej wiemy naprawdę sporo, ale nie wszystko. Kampania wrześniowa, bitwa o Narwik, walki w Tobruku czy na Monte Cassino. Te wydarzenia wpisały się już w naszą rodzimą martyrologię, a przecież to nie jedyne chwalebne momenty naszych zmagań z nazistowskimi wojskami i ich sojusznikami, głównie Włochami. Mateusz Kubicki w swej nowej publikacji zaprasza nas do zapoznania się z tematyką polskich działań na morzach i oceanach świata, równie ciekawych, choć nie tak docenianych i opisywanych w podręcznikach do historii.
Historia krwią pisana
Co znajdziemy w środku? Będzie trochę o walkach o polskie Wybrzeże we wrześniu 1939 roku, walkach na wodach Norwegii, patrolowaniu i konwojowaniu różnego typu jednostek na Atlantyku, działaniach na wodach okalających Północną Afrykę czy udziale w lądowaniu na plażach Normandii. Przyznam, że o wielu tych sprawach w ogóle nie miałem pojęcia.
Wystarczy wspomnieć choćby o udziale polskich jednostek w walkach o Norwegię. OORP „Burza”, „Błyskawica”, „Orzeł” i wreszcie „Grom”, słynny niszczyciel, który został zatopiony przez niemieckie lotnictwo. Nieco później, Brytyjczycy przekazali nam – na zasadzie dzierżawy – niszczyciel „Garland”, który patrolował wody w basenie Morza Śródziemnego, by wreszcie brać udział w konwojach sprzętu do Murmańska.
Polska flota została wzmocniona kolejnymi brytyjskimi okrętami (również dzierżawionymi), które pełniły różne funkcje w czasie wojny. Polskie okręty pomagały w ewakuacji brytyjskich jednostek, uciekających z Dunkierki. Nasz „Piorun” w 1941 roku zatopił słynny nazistowski pancernik „Bismarck”. Nasze jednostki zwalczały (m.in. okręty podwodne „Dzik” i „Sokół”) jednostki włoskie i niemieckie, pływające po Morzu Śródziemnym. Nasi byli również obecni podczas słynnego lądowania na plażach w Normandii.
Bilans tej działalności był dosyć spory – zatopienie tuzina wrogich okrętów i 41 statków. Nasi marynarze i żołnierze uczestniczyli w blisko 650 bitwach, prawie 800 konwojach. Nasze statki handlowe (w sumie trzydzieści sześć jednostek), pomagały transportować sprzęt i ludzi na niemal wszystkich akwenach świata. Ten wielki wysiłek zbrojny kosztował też niemało. Polska flota utraciła „Wichra”, „Gryfa”, „Orła”, „Kujawiaka”, „Jastrzębia”, „Orkana” czy „Dragona”, żeby wymienić tylko te największe jednostki. A przecież było ich znacznie więcej… Straty ludzkie były jeszcze większe…
Nie samą walką człowiek żyje
Mateusz Kubicki przedstawia nam jednak nie tylko opisy walk, ale i wspomnienia ludzi, którzy służyli na danym okręcie (nie koniecznie w czasie walki). Mamy więc ciekawe opisy zmagań człowieka z naturą, i jej żywiołami – sztormem, zimnem, załamaniami pogody. Są też ludzkie dramaty, tęsknoty – za ojczyzną, rodziną, przyjaciółmi. W ten sposób ma się wrażenie, jakby samemu brało się udział w rejsie. Zresztą Autor nie pozostawił nikogo anonimem. Zaglądamy każdemu z opowiadających w twarz (w środku jest sporo fotografii z epoki), dzięki czemu ich słowa nabierają dla nas niemalże emocjonalnego wydźwięku.
Plusem publikacji jest również język, swobodny, stonowany, pozbawiony naukowego zacięcia. A przecież Autor korzystał nie tylko z rodzimych archiwów, ale i ze źródeł zagranicznych. Dzienniki pokładowe, relacje marynarzy czy archiwa – wszystko to sprawia, że zasób opisywanych tematów jest źródłoznawczo niezwykle bogaty. Co więcej, tak szeroki wybór przyciąga uwagę czytelnika, oswajając go z nieznaną, i bądź co bądź, trudną tematyką życia na morzu, i to w czasie wojny. To książka o heroizmie tysięcy Polaków, którzy służyli, nie tylko pod polską banderą (również na alianckich okrętach), by stawić czoła III Rzeszy i jej poplecznikom.
Książka zasadniczo wypełniona jest ogromną ilością fragmentów źródeł i zdjęć, zazwyczaj czarno-białych. Są tu ukazane nie tylko polskie jednostki wojenne czy handlowe, ale i fragmenty z życia „na morzu” – msze, wizytacje ważniejszych postaci polskiej polityki na emigracji. Jednak największe wrażenie zrobiły na mnie sylwetki oraz dane techniczne poszczególnych polskich okrętów, które zagościły na łamach książki. I pal licho, że są bardzo schematyczne – i tak są piękne. Same dane techniczne jednak nie bardzo trafiły do mojej pamięci.
Podsumowanie
Książka zawiera się na 345 stronach, a całość podzielona jest na dziesięć (z grubsza) rozdziałów. Jest to jedna z ciekawszych pozycji w tym temacie, zwłaszcza, że Autor porusza tutaj nie tylko kwestię polskiej marynarki wojennej, ale i losów polskiej floty handlowej. Jest ciekawie, czasem nostalgicznie. Publikacja jest niezwykle ambitna, i coś czuję, że jest to zaledwie wstęp do czegoś większego. Gorąco polecam.
Wydawnictwo IPN
Ocena 5/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa IPN. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.