Verdun miało stać się miejscem, w którym Francja straci wolę dalszej walki. Niemiecki plan zakładał wykrwawienie przeciwnika pod ogniem artylerii, wśród fortów, lejów i kolejnych kontrataków. Z tej kalkulacji narodziła się „maszynka do mięsa”, która miała złamać Francję, a zmieliła obie armie.
Bitwa pod Verdun należy do tych epizodów I wojny światowej, w których najlepiej widać brutalną logikę wojny przemysłowej. Dowódcy liczyli straty, przesuwali korpusy, planowali ofensywy i zakładali, że przewaga ognia rozwiąże problem frontowego impasu. Żołnierze dostawali w zamian błoto, stal, głód, pragnienie i rozkaz trwania na pozycji.
W tekście Sławomira Leśniewskiego Verdun wybrzmiewa jako miejsce, gdzie strategiczne kalkulacje bardzo szybko zaczęły żyć własnym życiem. Niemcy chcieli uderzyć w symbolicznie ważny i militarnie istotny punkt francuskiej obrony. Francuzi, mimo początkowego szoku po utracie Fortu Douaumont, utrzymali front dzięki organizacji dostaw, rotacji oddziałów i uporowi.
„[K]owadło, na którym niemiecki młot będzie kuł żywe ciała francuskiej młodzieży”.
Szef Sztabu Głównego Erich von Falkenhayn o celach bitwy pod Verdun
W końcu 1915 roku, podczas drugiej międzyalianckiej konferencji wojskowej pod przewodnictwem generała Joffre’a w Chantilly, alianci powzięli decyzję o zintensyfikowaniu działań i próbie wyjścia z morderczego klinczu, w którym się znalazły wojujące strony. Zabiegali o to zwłaszcza Brytyjczycy, coraz bardziej zdegustowani i przerażeni stratami swoich oddziałów prowadzących jałowe ataki, które nie przy nosiły żadnych realnych korzyści.
Tekst jest fragmentem książki Wojna – pokój – wojna (1914–1945), która czeka na Ciebie tutaj:
Ginęli głównie rezerwiści i ochotnicy, siłą rzeczy słabiej wyszkoleni, ale z szeregów ubywało coraz więcej zawodowych żołnierzy stanowiących jądro armii królewskiej. Brytyjczycy, których siły na kontynencie ciągle rosły, walczyli z wielkim oddaniem, ale front wciąż po zostawał niewzruszony, ludzi do podejmowania dłuższej walki zaś zbyt szybko tracono.
Dalsze trwanie w śmiertelnym zwarciu musiało doprowadzić jedynie do nadmiernych strat, na które alianci nie mogli sobie pozwolić. Półtora roku walk przyniosło taki ogrom ofiar, że nie można było spokojnie przyglądać się kolejnym stosom zabitych. W Chantilly uznano zgodnie, że tylko zsynchronizowane, jednoczesne uderzenie sojuszniczych wojsk na froncie zachodnim, wschodnim i włoskim może przynieść przełom i pokonanie państw centralnych. Rosjanie nie byli wszakże gotowi na ofensywę wcześniej niż w połowie roku.
Rozmowy się ciągnęły i dopiero 14 lutego 1916 roku przyjęto, że w lipcu Brytyjczycy i Francuzi uderzą nad Sommą, a po zostali sojusznicy wesprą ich wysiłek w miarę możliwości. Rosjanie i Włosi zobowiązali się wywrzeć nacisk na pozycje armii austrowęgierskiej. Jeszcze na przełomie roku Brytyjczycy uznali, że dla uspokojenia opinii publicznej ktoś musi zapłacić za dotychczasowe niepowodzenia. Obciążono nimi dotychczasowego dowódcę Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego sir Johna Frencha.
Jego miejsce zajął generał sir Douglas Haig, w przyszłości marszałek polny (1861–1928). Wielu oficerów i żołnierzy cieszyło się z dokonanej zmiany, ale już niebawem w dramatyczny dla siebie sposób mieli się przekonać, że Haig jest człowiekiem, który nie liczy się z życiem podkomendnych i stosuje prostą — by nie powiedzieć: prymitywną — taktykę rzucania ludzi do masowych, frontalnych ataków na gniazda karabinów maszynowych i fortyfikacje.
Byle tylko zaspokoić swoje ambicje i za cenę ich krwi osiągnąć choćby niewielki sukces. Haig niezależnie od swoich wad sensownie optował za atakiem skierowanym na Ypres, co w wypadku powodzenia pozwoliłoby uzyskać kontrolę nad siecią zbiegających się tam linii kolejowych i portami belgijskimi wykorzystywanymi przez flotyllę niemieckich okrętów podwodnych. Ponadto wskazy wał szykujące się kłopoty logistyczne związane z dowozem zaopatrzenia w razie ataku nad Sommą.
Wybór miejsca uderzenia nad pikardyjską rzeką nie wynikał bynajmniej z przesłanek strategicznych. Został przede wszystkim podyktowany bliskością stacjonowania francuskich i brytyjskich jednostek, które zamierzano wykorzystać do wspólnej operacji.
Wprost wskazał na to generał Joffre podczas spotkania premierów Francji i Wielkiej Brytanii, kiedy stwierdził: „musimy zniszczyć morale niemieckiej armii i niemieckiego narodu […] jedną strategią, jedną armią, wspólnym frontem”. Tym samym względy propagandowe okazały się ważniejsze od wojskowych. Ich znaczenia nie można nie doceniać, ale tym razem miały przynieść opłakane skutki.
W trakcie postępujących przygotowań Francuzów i Brytyjczyków do natarcia nad Sommą Niemcy pod koniec lutego uderzyli pod Verdun, gdzie stanowiska obsadzali ci pierwsi. Walki miały potrwać do końca roku, a dla ich upamiętnienia ukuto różne, wiele mówiące nazwy: „piekło Verdun”, „młyn werdeński” i im podobne. Miejscowość stała się symbolem i poniekąd synonimem bezmyślnej rzezi z lat pierwszej wojny światowej.
Ale pamiętano, że po zakończonej przed po nad 40 laty wojnie francuskopruskiej to z Verdun wycofały się ostatnie niemieckie oddziały po spłaceniu przez Francję ostatniej raty nałożonej na nią kontrybucji. Zamysłem strategicznym, który popchnął Niemców do podjęcia intensywnych ataków w rejonie Verdun, zapewne na początku było zdobycie rozległej twierdzy i uczynienie z niej podstawy do dalszych ataków oraz zabezpieczenia przed wrogiem Metzu i Lotaryngii.
Później jednak, wobec niepowodzenia pierwotnego zamiaru, już głównie chęć wykrwawienia wojsk francuskich. Erich von Falkenhayn postanowił maksymalnie przetrzebić francuską „armię jedynaków” (pomimo dominacji we Francji rodzin wielodzietnych w armii francuskiej odsetek jedynaków był stosunkowo wysoki) i dzięki temu rzucić na kolana jednego z zachodnich aliantów.
On i jego bliscy współpracownicy oczekiwali, że straty Francuzów będą ponad dwukrotnie wyższe niż ich własne. Trudno powiedzieć, na jakiej podstawie snuli tak optymistyczne rachuby, szczególnie że dotychczasowe doświadczenia do tego nie skłaniały. Być może zresztą von Falkenhayn wcześniej niż inni, może nawet od samego początku, chciał uczynić z Verdun „maszynkę do francuskiego mięsa”. Tyle tylko, że owa maszynka nie została zaprogramowana na jeden rodzaj mięsa.
Wydaje się, że w wypadku zdecydowanego uderzenia Niemcy mogli się pokusić o zdobycie Rejonu Ufortyfikowanego Verdun, którego nie zdołali opanować w pierwszych tygodniach wojny. Pomimo jego rozległych fortyfikacji, rozbudowanych w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, we francuskich planach był on traktowany jako drugorzędny odcinek frontu, na którym od dawna panował spokój, i fortyfikacjom nie zapewniono odpowiednio licznej załogi.
Dopiero krótko przed atakiem, przesuniętym w czasie przez złą pogodę, dowództwo francuskie wykorzystało tę okoliczność i czym prędzej zaczęło ją wzmacniać. Wróg dysponował jednak znaczną przewagą liczebną, a w uderzeniu miały uczestniczyć wyselekcjonowane, odpowiednio wyszkolone oddziały szturmowe (Sturmtruppen). Operacji nadano nazwę „Gericht” (Sąd) i 25 lutego, kiedy na wała pocisków uderzyła we francuskie pozycje, rzeczywiście można było uznać za sądny dzień. Na obrońców zwaliła się masa śmiercionośnego żelastwa, wyrzucająca fontanny ziemi i rażąca odłamkami.
Część z nich przeżyła i stawiła twardy opór atakującej piechocie trzech niemieckich korpusów, która weszła do akcji po kilkugodzinnym ostrzale. Oddziały szturmowe swoją wartość udowodniły w pierwszych dniach walk, kiedy pomiędzy 21 a 25 lutego Niemcom udało się zdobyć kilka ważnych pozycji francuskiej obrony, w tym przez zaskoczenie Fort Douaumont broniony przez garstkę wycieńczonych żołnierzy. To był moralny cios dla Francuzów — dotychczas takie rzeczy się nie zdarzały — i natychmiast został rozdmuchany przez niemiecką propagandę.
Niektóre z francuskich jednostek zostały niemal w całości starte w proch. Huraganowy ogień i ponawiane ataki piechoty sprawiły, że zaczęła się urzeczywistniać wizja, że „nawet mysz nie przetrzyma” w Verdun. Piątego dnia walk dowództwo objął lubiany przez żołnierzy generał Philippe Pétain (1856–1951).
Jego pojawienie się zdecydowanie podniosło morale. Pétain dbał o podkomendnych i był zadeklarowanym przeciwnikiem „ofensyw za wszelką cenę”, podczas których byli wysyłani na pewną śmierć. Ponadto okazał się zarówno świetnym psychologiem, jak i organizatorem. Udało mu się zapewnić dla twierdzy szybkie dostawy wszelkich niezbędnych materiałów i żywności oraz posiłki. Dostarczano je ciężarówkami jeżdżącymi po Świętej Drodze — szosie mającej ponad 50 kilometrów długości i łączącej Verdun z BarleDuc.
Samochody poruszały się ruchem wahadłowym, zepsute spychano na pobocze, aby nie tarasowały płynnego ruchu. W szczytowym momencie bitwy do transportu używano 8 tysięcy ciężarówek. Co tydzień na pozycje pod Verdun pod wożono ciężarówkami niemal 100 tysięcy żołnierzy. Pomysłem Pétaina było częste rotowanie oddziałów na pierwszej linii, co powodowało, że w boju uczestniczyli bardziej wypoczęci żołnierze; być może i to miało wpływ na ostateczny wynik bitwy. Na 330 francuskich pułków pod Verdun walczyło aż 259.
Centralnym punktem walk na wiele dni okazały się wsie Vaux oraz Fleury i forty o tych samych nazwach. Obie strony biły się o nie z niespotykaną zaciekłością. Tym razem nikomu nie przyszło na myśl poddać się lub opuścić stanowiska.
Na budynkach pojawiły się napisy „Nie przejdą”, na oficerów zaś, którzy wydaliby rozkaz do odwrotu, czekał sąd wojenny. Okazał się jednak zbyteczny. Forty i zabudowania wsi przechodziły z rąk do rąk po kilkanaście razy. Takiej intensywności zmagań i zawziętości walczących nie znały dzieje wojen. Ich postawa przywoływała na myśl heroizm obrońców dawnych twierdz, umierających z głodu i pragnienia.
Niektórzy francuscy żołnierze na izolowanych przez wroga pozycjach z braku wody pili własny mocz. W czerwcu i w następnych miesiącach Niemcy nie atakowali już z animuszem, który towarzyszył im w pierwszych dniach walk. Część sił została przesunięta nad Sommę, gdzie trwały nie mniej zaciekłe zmagania.
Francuzi coraz częściej skutecznie kontratakowali, a ich obrona okrzepła. „Maszynka do mięsa” w coraz większym stopniu zaczęła unicestwiać Niemców. W sierpniu Erich von Falkenhayn, który zupełnie inaczej wyobrażał sobie przebieg walk, podał się do dymisji, a na jego miejsce przyszedł Hindenburg. W porozumieniu z Ludendorffem nakazał zaprzestanie ataków i zajął się przygotowaniem wojsk do odwrotu. Jak pisał Ludendorff, „Verdun stało się jakby otwartą raną, która strawiła nasze siły i rozsądnie byłoby wycofać nasze oddziały ze strefy lejów”.
„Mięsne jatki” pod Verdun pokazały, jak przerażający obraz może przybrać wojna „uprzemysłowiona”. Obie strony w trak cie bitwy wystrzeliły ku sobie 37 milionów pocisków artyleryjskich, w tym Niemcy aż 22 miliony. Wszystkie one spadły na niewielki obszar o powierzchni stu kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. Liczba pocisków karabinowych i pistoletowych była wielokrotnie wyższa.
Na zdrowy rozum za prawdziwy cud należy przyjąć okoliczność, że część spośród setek tysięcy żołnierzy, których los i dowódcy rzucili w to przeklęte miejsce, zdołała jednak przeżyć w pełnym zdrowiu. To byli szczęśliwcy. Łącznie zginęło tam ponad 300 tysięcy ludzi — 163 tysiące Francuzów i 143 tysiące Niemców (pojawiają się wszak o wiele wyższe szacunki — 377 tysięcy Francuzów i 327 tysięcy Niemców), nie licząc znacznie większej liczby rannych i kalek.
Jeszcze tylko w jednej bitwie Wielkiej Wojny „maszynka do mielenia ludzi” pracowała z równą wydajnością. Już za chwilę będzie o niej mowa. Erich von Falkenhayn okazał się rasowym dowódcą z dawnego pruskiego chowu — czyli takim, którego najbardziej powinni się obawiać podkomendni. Do końca swoich dni twierdził, że stosunek strat poniesionych pod Verdun był dla Niemców zdecydowanie korzystny. A na innym odcinku frontu, gdzie również bezpardonowo i na skalę masową się zabijano, nad Sommą, znalazł bratnią duszę po angielskiej stronie.
W osobie generała Douglasa Haiga.
Tekst jest fragmentem książki Wojna – pokój – wojna (1914–1945) i powstał we współpracy z Wydawnictwem Literackim.
Fot. Fort Douaumont, 1916, Photographisches Bild- und Film-Amt
