Tobias Wolff, Stara szkoła
Elitarne szkoły z internatem to nadal w społecznym przekonaniu synonim luksusu, wybitnych możliwości oraz dostępu do poziomu edukacji niedostępnego dla przeciętnego Kowalskiego. Dużo mniej myśli o wypaczeniach takiego systemu: przemocy, podgrzewaniu atmosfery chorej rywalizacji, dziwnego kodeksu honorowego, którego granice są rozmyte jak ślad na piasku po fali. Dla uzdolnionych uczniów spoza elit to również czas przywdziewania maski, uczenia się udawania i zatapiania głęboko we własnym umyśle swoich doznań oraz wspomnień. Trudno opowiedzieć synom rodzin o głośnych nazwiskach o trudnym dzieciństwie, utracie matki, życiu, które jest ciągłą walką o przetrwanie. Właśnie taki jest żywot jednego z uczniów w Starej szkole Tobiasa Wolffa.
Bezimienny w Bezimiennej na Wschodnim Wybrzeżu
Szkoła, do której uczęszcza bohater recenzowanej powieści mieści się gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Rozpoczęły się właśnie lata sześćdziesiąte i jeszcze nikt nie wie, że zakończą się one najbardziej formującym doświadczeniem pokolenia powojennego baby boomu – wojną w Wietnamie. O narratorze nie wiemy zbyt wiele: jest półsierotą, pochodzi z żydowskiej rodziny, nie jest zamożny, a edukację w elitarnej placówce umożliwiło mu stypendium. Nie znamy jego imienia. Może być właściwie każdym uczniem w każdej tego typu szkole. Starej szkole – takiej z tradycjami, własną pamięcią zbiorową, ukierunkowaną na rozbudzenie w uczniach rywalizacji i ambicji.
Katalizatorem uczniowskich wyścigów nie są oceny, ale zapraszani pisarze. Dostąpienie zaszczytu rozmowy w cztery oczy ze znanym literatem powoduje, że społeczność szkoły ogarnia gorączka form literackich. Każdy chce napisać coś, co przykuje uwagę jednego z bogów pisarstwa, który zgodził się zstąpić z Parnasu, aby dotknąć jednego z maluczkich (choć zdolnych). Cała szkoła zaczyna poruszać się w micie chcąc stać się jego częścią. Jak się jednak okazuje mit pozostaje tylko mitem, a bogowie są tacy sami, jak ich wyznawcy. To zderzenie nie dekonstruuje całkowicie wyobrażenia – pozostawia nutę fascynacji doprawioną gorzką kroplą braku autentyczności.
Literatura piękna, gęsta i zwarta
Tobias Wolff opisuje szkolną społeczność widzianą oczyma ucznia, który próbuje się dopasować. Nie jest on jednak tylko obserwatorem, ale czynnym uczestnikiem każdego wydarzenia. Panująca wśród chłopców atmosfera literackiego snobizmu (zarówno twórców, jak i czytelników) pochłania go, zmienia, kształtuje i niespodziewanie wypluwa. Jak się później okaże – nie tylko jego. Legenda okaże się najbardziej zakorzenionym w dziejach szkoły odniesieniem. Trwalszym niż przestarzały i niejasny kodeks honorowy. Każdy – czy to nauczyciel czy uczeń – gra w tą grę, chociaż czasami „rzeczywistość skrzeczy”. Przywłaszczenie, przywdzianie maski jest nieodłącznym elementem edukacji. Nawet, jeśli co bardziej oczywistych blag nie udaje się ukryć.
Recenzowana pozycja należy do literatury pięknej, gęstej i zwartej. Takiej, którą bez mrugnięcia okiem zaliczamy do klasyki. Jest też bardzo życiowa, nie stroniąca od wytknięcia czytelnikowi jego własnych zakorzenionych głęboko mitów, które dalej trwają pomimo rozłażących się szwów, spod których widać rzeczywistość. Cóż, każdego z nas czasami fakty nie krępują. A nawet prościej jest przywdziać maskę dostosowującą do panujących zasad. I tak też właśnie rozwija się, dojrzewa i powstaje literatura.
Czy warto?
Podsumowując Stara szkoła Tobiada Wolffa należy do tego rodzaju literatury, którą trudno zamknąć w jakimkolwiek opisie. Obcowanie z nią to doznania i refleksje zupełnie osobnicze – zależące od momentu, w którym znajduje się czytelnik w swoim życiu. To książka, do której warto wracać, jak również warto pozwolić jej zapuścić w sobie korzenie.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 6/6
Daria Czarnecka
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.