Michał Kuźmiński, Łowcy Tajemnic. Złodziej czasu

Łowcy Tajemnic. Złodziej czasu |Recenzja

Michał Kuźmiński, Łowcy Tajemnic. Złodziej czasu

Najgorsze wakacje świata zaczynają się od braku zasięgu, starego domu i poczucia, że dorośli zrobili dzieciom numer wyjątkowo słabej jakości. Dorota i Daniel trafiają do Maciejowca, do cioci Jadzi i wujka Franka, a zamiast wakacyjnej nudy dostają włamanie, zaginioną cukiernicę, dziwne tropy, pamiętnik babci Balbiny i historię domu, która prowadzi daleko poza rodzinne pamiątki. „Złodziej czasu” Michała Kuźmińskiego działa jak przygodowy kryminał dla dzieci, który umiejętnie wciąga młodego czytelnika w opowieść o pamięci, miejscu i rzeczach, które nie znikają tylko dlatego, że ktoś schował je za obrazem, zegarem albo milczeniem.

Uwaga! Spoiler dla rodziców!

Wakacje bez Internetu, czyli katastrofa pierwszego stopnia

Dorota ma jedenaście lat, telefon, temperament i bardzo konkretny pogląd na wakacje. Maciejowiec nie wygląda dla niej jak przygoda, raczej jak zesłanie do świata bez wi-fi, za to z kogutem, skrzypiącymi schodami, kurnikiem i dorosłymi, którzy najwyraźniej uznali, że „samodzielność” brzmi lepiej niż „zostawiamy was, bo potrzebujemy czasu dla siebie”.

Daniel, młodszy brat Doroty, mówi mniej, ale widzi po swojemu więcej: liczy, mierzy przestrzeń, reaguje na mechanizmy, pojazdy, układy i powtarzalność. Już na początku Kuźmiński dobrze ustawia tę parę. Dorota pędzi za zagadką głową i językiem. Daniel działa obserwacją, ruchem i skojarzeniem.

Dom jest stary, poniemiecki, pełen przedmiotów, których dzieci jeszcze nie rozumieją. W witrynie brakuje srebrnej cukiernicy, wujek plącze się w wyjaśnieniach, ciocia reaguje nerwowo, a Dorota natychmiast czuje, że ktoś tu coś ukrywa. Późniejsze włamanie dokłada do tej układanki tempo i napięcie.

Młoda bohaterka zauważa ślady, irytuje się na policjantów, myśli logiką seriali kryminalnych i natychmiast bierze sprawę w swoje ręce. Oczywiście za szybko. Oczywiście zbyt pewnie. Oczywiście dokładnie tak, jak zrobiłoby dziecko, które właśnie odkryło, że świat dorosłych ma dziury wielkości otwartych drzwi tarasowych.

Krótko o książce

Książka została napisana przez Michała Kuźmińskiego, z ilustracjami Piotra Sokołowskiego.

Konstrukcja jest klasyczna i bardzo sprawna: dzieci trafiają do obcego miejsca, pojawia się brakujący przedmiot, potem włamanie, fałszywe tropy, stare obrazy, pamiętnik, nocna eskapada, drugi podejrzany, konfrontacja i odkrycie skarbu.

Rozdziały prowadzą od wakacyjnej frustracji do finału, w którym „skarb” okazuje się związany z książkami, baśniami i historią dawnych mieszkanek domu. Epilog domyka wątek relacji z rodzicami oraz pokazuje, że ekran, wcześniej nazwany złodziejem czasu, może stać się narzędziem czytania i odkrywania.

Historia wchodzi bocznymi drzwiami

Kuźmiński nie robi z Dolnego Śląska dekoracji. Maciejowiec, stary dom, niemieckie napisy, data na murze, pamiętnik Balbiny, postać Klary, wspomnienia pana Ferdynanda, pamiątki po dawnych mieszkańcach: wszystko pracuje na jedną opowieść o miejscu, które miało kilka żyć. Książka pokazuje powojenne osiedlanie, strach przed tym, co niemieckie, niepewność ludzi przyjeżdżających „ze Wschodu”, a przy tym zachowuje język dostępny dla dziecka. Pamiętnik Balbiny zaczyna się od przyjazdu po wojennej tułaczce i od mieszanki ulgi, obcości oraz lęku.

Kryminał dla dzieci bez drugiego dna szybko zamienia się w pogoń za pudełkiem po herbacie. Tutaj tropy mają sens emocjonalny. Cukiernica, zegar, portret, skrytka, książki, baśnie: przedmioty nie służą tylko do przesuwania akcji. Każdy niesie kawałek dawnego życia. Dzięki temu zagadka nie polega wyłącznie na szukaniu złodzieja, ale też zwraca uwagę na to, co zostało po tych, którzy musieli odejść. Dla młodego czytelnika to bardzo dobra lekcja historii, bo podana przez ciekawość.

„Złodziej czasu” przypomina, że historia zaczyna działać na dzieci dopiero wtedy, gdy można jej dotknąć: w zegarze, starym pamiętniku, obrazie, śladzie na podłodze. Michał Kuźmiński daje młodemu czytelnikowi zagadkę, humor i przygodę, a przy okazji pokazuje, że pamięć domu bywa ciekawsza od najlepszego zasięgu.

Daniel kradnie sceny po cichu

Dorota prowadzi opowieść, ale Daniel jest jednym z najmocniejszych punktów książki. Autor nie robi z niego młodszego brata, który ma tylko przeszkadzać, brudzić serwetę i wygłaszać zabawne kwestie. Daniel komunikuje się inaczej, reaguje inaczej i właśnie dlatego dostrzega rzeczy ważne. Mierzy dom krokami, przygląda się mechanizmom, wchodzi w przestrzeń ciałem, zapamiętuje układy. W finale jego sposób działania ma znaczenie dla rozwiązania zagadki!

To ważne, bo książka dla dzieci łatwo może potraktować „inność” jak ładną naklejkę edukacyjną. Kuźmiński idzie lepszą drogą. Daniel jest pełnoprawnym uczestnikiem śledztwa. Bywa kłopotliwy, zabawny, uparty, błyskotliwy i potrzebny. Bez niego Dorota nie widziałaby wszystkiego. Bez Doroty on nie popchnąłby śledztwa tak daleko. Ten duet ma energię!

Moralizowanie trzymane w ryzach

Tytuł „Złodziej czasu” mógł bardzo łatwo zamienić się w kazanie o telefonach. Na szczęście książka nie wali dzieci po głowie komunikatem, że ekrany są złe, książki dobre, a dzieci mają iść na dwór. Kuźmiński pokazuje coś uczciwszego. Telefon zabiera uwagę, rozprasza i potrafi uwięzić Dorotę oraz Daniela w świecie bajek i aplikacji. Jednocześnie bywa narzędziem: pomaga robić zdjęcia tropów, tłumaczyć tytuły, kontaktować się z rodzicami, a w epilogu prowadzi do e-booków i czytania dawnych baśni.

Takie rozwiązanie jest o wiele mądrzejsze. Dzieci nie żyją w muzealnej gablocie. Telefon nie wyparuje z ich świata, choćby dorośli bardzo romantycznie wzdychali nad papierem. Dzięki tej książce dziecko otrzymuje ostrzeżenie, by uważać, komu oddaje swój czas. Ekran może go ukraść, ale może też otworzyć kolejną bibliotekę. Różnica zależy od tego, czy dziecko klika bezmyślnie, czy szuka, czyta, sprawdza i łączy fakty.

Finał z sensem

Rozwiązanie zagadki prowadzi do skrytki i kolekcji baśni z całego świata. Wujek traktuje znalezione książki jak skarb, a Dorota dopowiada najważniejszą rzecz: staną się skarbem dopiero wtedy, gdy ktoś zacznie je czytać. Finał jest miękki, ale nie mdły.

Po drodze są włamania, podejrzenia, błędy Doroty, fałszywe oskarżenie pana Ferdynanda, prawdziwa wina Tomasza Rączki, strach, konfrontacja i konsekwencje. Dorota nie wychodzi z tej historii jako genialny detektyw. Musi przeprosić, odpracować swoje zachowanie w ogrodzie i zrozumieć, że odwaga bez odpowiedzialności bardzo szybko robi bałagan.

Najładniejszy gest pojawia się pod koniec, gdy pan Ferdynand i Dorota znajdują dla siebie wspólny język. Wcześniej dziewczynka patrzy na niego przez filtr podejrzeń i dziecięcej wyobraźni. Później widzi człowieka z pamięcią, bólem i własną historią. Bez przesady, bez łzawych skrzypiec. Wystarczy róża, rozmowa i zgoda na to, że ktoś może mieć kolce, a mimo to zasługiwać na czułość.

Momentami tropy są układane bardzo czytelnie, a dorośli bywają funkcjonalni wobec fabuły. Widać, kiedy scena ma przekazać dziecku informację potrzebną do kolejnego kroku. Przy książce dla młodszych czytelników nie uważam tego za poważną wadę, raczej za koszt gatunku. Ważniejsze, że tempo nie siada, Dorota ma wyrazisty głos, Daniel nie jest papierowy, a historia Dolnego Śląska nie zostaje doklejona taśmą na końcu.

„Łowcy Tajemnic. Złodziej czasu” to bardzo udany kryminał przygodowy dla dzieci: lekki, zabawny, konkretny i mądrze osadzony w miejscu. Zagadka spotyka się z pamięcią domu i powojenną historią Dolnego Śląska. Michał Kuźmiński znalazł dobry patent na serię: dzieci rozwiązują sprawę, ale przy okazji uczą się patrzeć na rzeczy, ludzi i miejsca jak na nośniki opowieści.


Wydawnictwo Znak Emotikon
Agnieszka Cybulska


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Znak Emotikon. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.