Życie w średniowieczu na szlaku ucieczki. Jedzenie, wiara i droga Vigdis Adelaïs przez Francję

Życie w średniowieczu na szlaku ucieczki. Jedzenie, wiara i droga Vigdis Adelaïs przez Francję

Podróż Vigdis Adelaïs i Dawida prowadzi przez rzeki, lasy, bagna, miasta i miejsca, gdzie można było znaleźć schronienie. Życie w średniowieczu pokazuje się tu przez codzienne szczegóły: prowiant, zioła, przeprawy, modlitwy, wino, ryby, dzikie owoce i ostrożność ludzi zależnych od gościny oraz bezpiecznej drogi.

Stefan Hertmans prowadzi czytelnika śladem pary, która poruszała się przez Francję XI wieku między gościną, zmęczeniem, krajobrazem i religijnym wyborem. Fragment „Nawróconej” łączy zapis współczesnej wędrówki z próbą odtworzenia dawnej drogi: przez okolice Orleanu, Sologne, Berry, Menetou-Salon i Bourges. Autor zatrzymuje się przy wodzie, błocie, jedzeniu, kuchniach, ogrodach, ziołach, mostach, promach i kościołach. Z tych szczegółów powstaje obraz świata, w którym wspólna droga Vigdis Adelaïs i Dawida zależała od geografii.

Z Orleanu mogli szybciej posuwać się naprzód, choć Loiret przekroczyć trudniej niż Loarę – jest wprawdzie węższa, ale bardziej porywista, z małymi wirami to tu, to tam. W Bois de Sologne owady brzęczą nad bagnami. Są tam duże obszary wyrośniętego młodego lasu na zmianę ze szczerym polem i z moczarami. Nad brzegiem Ardoux zjadam bułkę i na chwilę zapadam nad wodą w sen. W ciągu wieków teren został wydrenowany; wtedy prawdopodobnie był bardziej bagnisty i często niełatwy do przejścia.

Następna rzeczka, Cosson, biegnie obecnie tuż za siedemnastowiecznym zamkiem La Ferté Saint-Aubin, książęcą, jasną i niezwykle przyjemną rezydencją. W obszernych piwnicach korpulentna kucharka co dwie godziny prowadzi warsztaty gotowania w historycznie urządzonej kuchni, w której na haku wisi wypchany dzik. Długo spaceruję po wielkich pokojach, klatce schodowej, klasycystycznym ogrodzie, w uspokajającej i cicho wołającej o pomstę do nieba atmosferze, w której szlachta była obsługiwana przez całą podziemną obrotność sutereny.

W dni, w które Dawid i Vigdis mogli się zatrzymywać u żydowskich mieszczan, zapewne odżywiali się wyśmienicie. Kiedy nocowali u chłopów, Dawid objaśniał, z czego Vigdis będzie musiała zrezygnować po nawróceniu się. Ludzie średniowiecza, również niższe warstwy, spożywali prawie wszystkie małe ptaki, zwykle w postaci pasztetów albo pieczone w całości, bo wtedy również kostki stawały się miękkie i jadalne. Regularnie serwowano bażanta, przepiórkę i drozda. Przepisy z lepszych kuchni zawierały na przykład rosół z jaskółczych języczków.

Ludzie średniowiecza, kiedy mieli na to środki, jadali obficie – dziesięć jaj na osobę w jednogarnkowym daniu nie stanowiło w lepszych domach żadnego wyjątku. Każda zamożna rodzina dysponowała plonami kilku poddanych i chłopów pańszczyźnianych, którzy mieszkali na ich gruntach. Żyli z tego również panowie feudalni, lecz ich dochody były wielokrotnie wyższe. Menu zawierało liczne dania z mięsa wieprzowego, od tego Dawid na pewno jednak trzymał się z daleka. Vigdis dopasowała jadłospis do nowej wiary.

Kiedy między dwoma miastami lub miejscami, w których udzielano im pomocy, szli przez pola i lasy, mieli prowiant ze sobą – skórzane, wodoszczelne worki z winem i wodą, suszone mięso, mace, twardy chleb i ser. Owoce znajdowali wszędzie, trwało lato – w bród jagód, jeżyn i malin, nawet pierwszych jabłek i gruszek, choć często były to twarde owoce z niekultywowanych, dzikich drzew owocowych. Z warzyw jedli marchewki, groszek, dużo grochu i buraków, szalotki i szczypiorek, w jedenastowiecznym menu znajdowały się nawet por i rukiew wodna. W stawach i potokach mogli łowić ryby.

Ludzie średniowiecza byli też zagorzałymi zielarzami. Prawie każde zioło na coś pomagało, istniały opasłe lecznicze herbaria, rozmaite wyciągi polecano i stosowano na najbardziej rozbieżne dolegliwości. Hildegarda z Bingen, która przychodzi na świat w 1098 roku, kiedy Vigdis Adelaïs wraca z Egiptu, jako pierwsza napisze obszerny podręcznik lecznictwa. Zapewne mieli przy sobie mały zapas lekarstw na drogę, woreczki z ziołami, ze zbożami i z maściami.

*

Przez jakiś czas idą wzdłuż rzeczki Rère, wijącej się przez arkadyjskie leśne tereny. Kąpią się, odpoczywają, drzemią. On uczy ją Szma Israel. Ona śpiewa mu stare flamandzkie pieśni, których nauczyła ją matka.

Tekst jest fragmentem książki Nawrócona, która czeka na Ciebie tutaj:

Są w Berry, okolicy, która mnie kojarzy się z George Sand i Chopinem. Podróżują dalej, aż docierają do najstarszej znanej winnicy Francji, Menetou-Salon, o której kroniki wzmiankowały już w 1063 roku. Ponieważ Dawid wyciąga z sakiewki złotą monetę, są mile widziani u seigneur de Menetou, który jest znany dzięki szlacheckim archiwom: wspaniałomyślny i wielkoduszny człowiek, bogobojny, ale o szerokich horyzontach. Regularnie przekazywał swoje wino zakonom z okolicy, zwłaszcza opactwu Saint-Sulpice w pobliżu Bourges. Daje młodej parze wszystko, żeby odzyskała siły; jego kwitnący ogród warzywny jest rozkoszą dla oczu, zamknięty dla innych mały raj z kwadratowymi grządkami na zioła, kwiaty i jarzyny. Przebywają w winnicy pięć dni, wieczorami rozmawiają z seigneur de Menetou, który jest im przychylny i udziela rad na drogę. Przy pożegnaniu z uśmiechem oddaje im złotą monetę.

Ja jednak, niczym prześladowca, któremu się spieszy, pozostaję tam jedną noc. Tuż przed północą błądzę jeszcze po ogrodzie. Księżyc jest w pełni i rzuca blask na słono-słodką wodę stawu otoczonego wysokim bambusem. W dzisiejszej posiadłości światło świeci się jak to na obrazie René Magritte’a.

*

Aby podróżując z północy, wejść do miasta Bourges, muszą przeprawić się przez trzy rzeki: Moulon, Yèvre i Yévrette. Brzegi dwóch pierwszych w ich czasach łączył już most; na trzeciej pojawi się on dopiero niecałe sto lat później, ale na pewno będzie jakaś przeprawa promowa.

Nie wiem, u kogo się zatrzymują – ślady ówczesnej społeczności żydowskiej zostały całkowicie wymazane – ale otacza ich bezpieczne, mieszczańskie życie miasta. Za dziesięć lat Bourges zostanie podniesione do rangi miasta królewskiego. Wszędzie biją dzwony, echo niesie się z kościołów, dźwięczą wysoko z katedry, dzwonią na dziedzińcu klasztoru. Katedra jest jeszcze romańską, wczesnośredniowieczną budowlą. Jak to wtedy było w zwyczaju, figury świętych są pomalowane na jaskrawe kolory. Wejście do kościoła sprawia przez to niemal orientalne wrażenie; barwne piękno, które zaskakuje nawet Dawida.

To tam, w Bourges, natychmiast rozpoznaję ją w podwójnej rzeźbie w Katedrze Świętego Szczepana, gdzie para małżonków modli się naprzeciwko siebie – ręce nabożnie złożone, przed każdym z nich modlitewnik, obok różaniec. Siedzą skamieniali, wpatrując się w siebie w najwyższym skupieniu, dwie postaci zdające się wykonywać performance. Jeśli o mnie chodzi, kobieca postać po lewej, wykonana z różnych rodzajów marmuru, stanowi wierne odzwierciedlenie dziewczyny z Rouen – choć wiem, że przedstawia Joannę d’Armagnac, księżną Berry z piętnastego wieku. To jest ta twarz, ta ekspresja, którą miałem w myślach już w Rouen, nie, nawet wcześniej, kiedy zobaczyłem, jak schodzi ze wzgórza i kulejąc, dociera do górskiej wioski w Prowansji. Ten rodzaj pięknych szat prawdopodobnie i ona nosiła w młodych latach w Rouen – mimo że sugestia sutego brokatu bardziej pasuje do zamężnej szlachcianki siedzącej tu przede mną. Marmur jej wierzchniej szaty zdobią delikatne wzory; drobna plisa elegancko podkreśla małe piersi; niepokryty farbą kamień, z którym stykają się mankiety koronkowej spodniej szaty, świadczy o dużym wyrafinowaniu kulturowym. Złożone ręce są nieruchome i spokojne, przyciśnięte do siebie delikatne kciuki sugerują koncentrację na modlitwie. Lśnią spiczaste czubki palców. Wysoki kołnierz zamykający się wokół szyi, wystający nad płaszcz prawie aż po małżowiny uszne, skrywa i podkreśla kruchą siłę szyi i głowy, siłę woli i całkowite ukierunkowanie na nadzieję płynącą z modlitwy. Po stronie pleców widnieje duży pas z szeroką klamrą. Skórzany pasek z gracją zwisa aż po tren płaszcza.

Nie jestem pierwszą ani jedyną osobą, którą porusza ta realistyczna rzeźba; kiedy Hans Holbein odwiedził ten kościół w 1524 roku, wykonał dokładny szkic wizerunku modlącej się Joanny. Również on czuł intensywność tej postaci, tak jak ja mam ochotę jej dotknąć, położyć rękę na jej szczupłym ramieniu. W ten sposób Vigdis Adelaïs klęczała w kościele w Rouen; te wręcz dystyngowanie wyglądające szaty zamieniła na prosty żydowski strój, w którym wkroczyła do świata innej szlachty.

Patrzę na grę porannego światła i cienia w tej oszałamiającej przestrzeni z podwójnymi bocznymi nawami, wielki spokój płynący z perspektywicznej iluzji ogromnych kolumn – jak majestat tej architektury pobudza do życia jej bezgłośną modlitwę, szeptaną w głębi ducha. Przez wysokie witrażowe okno pada owalna plama światła, która niczym błyszczący kurz skrzy się na starej podłodze. W mojej głowie eteryczna muzyka Hildegardy z Bingen.


Tekst jest fragmentem książki Stefana Hertmansa, Nawrócona, tłum. Alicja Oczko, Wydawnictwo ArtRage.
Fot. Wino w średniowiecznym rękopisie Tacuinum Sanitatis, XIV wiek

Comments are closed.