Revolterium |Recenzja

Bernard Gromek, Revolterium

Niezwykle rzadko zdarza się, żebym czytając jakąś powieść, nie był w stanie przewidzieć jej końca. A tu Bernard Gromek nie dość że trzymał mnie w napięciu do samego finału, to i sprawił, że byłem zaskoczony zakończeniem. Szybko zżyłem się z głównymi bohaterami, a lektura była niezwykle wciągająca. Do tego stopnia, że przegapiłem wizytę u lekarza na którą czekałem pół roku. Niemniej – było warto. „Revolterium” to książka w umiejętny sposób łącząca w sobie elementy historii, przygody spod znaku płaszcza i szpady z psychologicznym anturażem. To była przednia zabawa!

Kraków od kulis

Powieść podoba mi się z kilku względów. Po pierwsze, choć nie najważniejsze, Autor porusza kwestie życia w Krakowie w 1848 roku. Opisuje ten świat nie przez pryzmat jakiś upiększeń, jakichś wyidealizowanych obrazów, ale taki jakim Kraków ówcześnie był.

A był miastem dosyć trudnym, pełnym kontrastów. Z jednej strony były wielkie fortuny – szlachetnie urodzonych Polaków oraz Niemców czy Austriaków. Z drugiej – ogromna bieda tych, którzy podążali do miasta w poszukiwaniu własnego eldorado. Oraz tubylcy, dla których kombinowanie stało się jedyną możliwą formą przetrwania w świecie pogmatwanych politycznych spraw, rewolucji i ogólnego zezwierzęcenia.

Jednak gród Kraka nie kochał swych mieszkańców miłością odwzajemnioną. Miasto było źle skanalizowane, toteż co rusz szerzyły się różnej maści epidemie. Brakowało żywności – wszak po wydarzeniach 1846 roku Galicja jeszcze nie podniosła się po dawnych zaburzeniach, i wiele rzeczy zostało wywróconych do góry nogami. Na wsi szerzył się opór wobec szlachty, a ta zaś szukała okazji, by wyrównać rachunki. Jednocześnie co poniektórzy arystokraci marzyli o ponownej rebelii, nie mogąc wyciągnąć nauki z wcześniejszych lekcji pokory. Tak więc miasto było istnym kotłem, w którym gotowało się od sprzecznych interesów, zadawnionych urazów i wszyscy tylko czekali, aby móc wywrzeć swoją zemstę na innych.

Ponadto ówczesny Kraków, jak chyba każde inne większe miasto na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej, miało swoje ciemne strony. Poza w miarę okazałym i cywilizowanym „centrum”, gród Kraka był siedzibą różnej maści bandziorów, przecher, kombinatorów, dorobkiewiczów i ludzi spod ciemnej gwiazdy. W metropolii, przypominającej miasteczko na Dzikim Zachodzie, swe szemrane interesy prowadzili Polacy, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy oraz cała masa innych narodowości… Zresztą obraz Krakowa stworzony przez Bernarda Gromka jest bardziej dosadny i w zdecydowanie lepszy sposób ukazuje to, o czym tak nieporadnie piszę ja.

Ciekawi bohaterowie

Po drugie – w książce są dwie ciekawe sylwetki. Pierwsza to Maks Krom, a drugą jest jego „przyjaciel” Hipolit Zdański. Obaj są dawnymi powstańcami, tyle że temu pierwszemu przyszło zapłacić za to własną wolnością i utratą zębów. Drugi, jako hrabia, miał więcej szczęścia, ale w międzyczasie wplątał się w niemała kabałę. Obaj, po wyjściu Maksa z austriackiego więzienia, podejmują się poszukiwań zaginionego skarbu z czasów poprzedniej rebelii. Jak się szybko okazuje, na zaginionym bogactwie próbują położyć swe łapska różnej maści antagoniści. Słowem – jest ciekawie.

Maks to człowiek po przejściach, który ciągle przeżywa traumę potyczek sprzed dwóch lat. Jakby tego było mało, wraca pamięcią nie tylko do śmierci przyjaciół, ale i do traumatycznego dzieciństwa, gdy był poniżany i torturowany przez swego austriackiego opiekuna. Po wyjściu z więzienia nie wierzy już w żadne ideały. Jedyne co go interesuje, a przynajmniej tak się wydaje na początku, jest tylko jego własne dobro. Co oczywiście nie przeszkadza mu w pakowaniu się w kłopoty dla dobra innych. Zresztą świetnie opisuje to początek powieści, który zacytuję:

„Teraz, po dwóch latach w więzieniu, Krom wiedział, że ten jest wolny, kto nie dba o żadne idee, nie przywiązuje się do nikogo ani do niczego. Ten, kto zabija z obojętnością i kogo nie obchodzi życie innych, kto nie kieruje się nakazami religii ani moralności, ale sam ją dla siebie stwarza, jak okrutny, antyczny Bóg. Nie ma wolności tam, gdzie są inni. Samotność jest jedyną drogą. W więziennej celi pojął, jaki był głupi, bo tę wolność miał w sobie zawsze, a szukał jej w ideach i wspólnej walce. Jakby za wszelką cenę pragnął uznania innych i innych szukał wbrew swej naturze” (s 26-27).

Ale niech was nie zwiedzie ten fragment, bo nasz bohater jest pełnowymiarowy pod każdym względem. Myślę, że go bardzo polubicie.

Hipolit zaś to wypudrowany arystokrata, który nie potrafi dorosnąć, a jednak za wszelką cenę stara się udowodnić swoją wartość. Co rusz pakuje się w kabałę, i choć jest tchórzem, dla pewnych idei wchodzi w sam środek płonącego stosu. Początkowo miałem go za dupka, ale później zmieniłem zdanie. I nawet go polubiłem. Ale aby dowiedzieć się dlaczego, musicie sprawdzić sami. Ciekaw jestem, czy też podzielicie moją opinię?

Ale nie tylko oni dwaj zasługują na uwagę. Austriacki policjant, kochanka-wróżbitka Zdańskiego, Jozafat czy Kociołek też są nie lada ciekawymi personami, na których warto rzucić okiem. Dosłownie i w przenośni.

Nic nie jest oczywiste                   

Po trzecie – bardzo podoba mi się fakt, że Autor w miarę postępu powieści gmatwa losy swych bohaterów. Co chwilę pojawiają się nowe postacie, które podejmują próbę uszczknięcia dla siebie jak największej części skarbu. Jest więc tutaj miejsce na stronnictwa polityczne (Stronnictwo Demokratyczne, komuniści), różnej maści bandziorów, małopolscy chłopi, austriacki policjant i jeszcze ktoś, o kim tutaj nie wspomnę.

Jednocześnie w pewnym momencie Maks Krom dochodzi do wniosku, że najlepiej byłoby skarb zagarnąć tylko dla siebie. Ale czy w takim natłoku interesantów i mrocznych sił zdoła to osiągnąć? Przekonajcie się sami. Naprawdę warto.

Po czwarte – bardzo podoba mi się to, że Autor niczego nie upiększa. Gdy potrzeba czegoś z pazurem – jest pazur. Jest miejsce na akcję, na odrobinę rozczulenia (zwłaszcza jeśli chodzi o los baronówny Chłapowskiej i jej bliskich); jest miejsce na przemoc, seks, cynizm, filozoficzne przemyślenia i wszystko to, co czyni z „Revolterium” powieść na wskroś świeżą, wciągającą do tego stopnia, że człowiek zapomina o bożym świecie. A coś o tym wiem.

Co do słabych stron powieści – tych nie ma, poza drobnymi literówkami, których w tekście znalazłem dosyć sporo. Ale nie umniejszają one i jakości tekstu i talentu Autora. Dla mnie to jest jedna z najlepszych polskich powieści tego roku.

Podsumowanie

Powieść zawiera się na 544 stronach. Dla mnie to była niesamowicie wciągająca przygoda, tym bardziej, że bohaterowie Bernarda Gromka dalecy są od ideału. Co rusz wpadają w kłopoty, z których wychodzą tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Ich życia są skomplikowane do tego stopnia, że oni sami nie radzą sobie z ciężarem własnych decyzji. W środku wprawdzie nie było porywającej akcji, ale i tak nie można się nudzić. Moim zdaniem to świetna pozycja na długie, gorące letnie wieczory. Polecam z całego serca.


Wydawnictwo Znak Literanova
Ryszard Hałas

Comments are closed.