Hampton Sides, Na szerokim szerokim morzu
Jak szumiała wyobraźnia, gdy na mapach znajdowały się białe plamy? Ta książka wciąga cię właśnie w ten szum. W XVIII wieku James Cook wypływał jak sonda w kosmos – ku temu, co nieopisane, nieoswojone, niebezpieczne. Na szerokim szerokim morzu stawia pytanie, które podnosi ci ciśnienie: czy wielka podróż mogła skończyć się inną drogą? I czy chwała odkrycia nie brzmiała zawsze dwugłosem – zachwytu i przemocy?
Autor jest znany z reporterskiej swady i z zamiłowania do historii, która pulsowała przygodą: Ghost Soldiers, Hellhound on His Trail, On Desperate Ground. W nowej książce sięga po dzienniki, relacje, a także tradycje ustne i rekonstruuje ostatnią wyprawę kapitana – od nadziei po katastrofę na Hawajach. Między wierszami przegląda się cały XVIII-wieczny Zachód: nauka, Przejście Północno-Zachodnie, geopolityka, pycha imperiów. To non-fiction, ale ruchliwe jak powieść.
Masz tu opowieść o trzeciej wyprawie Cooka, która zaczęła się w 1776 roku i miała zuchwały cel: odszukać mityczne przejście przez Arktykę, po drodze odwieźć na Tahiti młodego Mai i przy okazji „zamknąć” Pacyfik na mapie. Sides patrzył z bliska: z pokładu, z kajuty kartografa, z brzegu wioski, gdzie po raz pierwszy padły słowa powitania i słowa strachu. Unikał spoilerów, ale pozwalał zrozumieć, jak drobne decyzje kapitana potrafiły zamienić fale w sztorm. Oryginał i polski opis wydawcy to potwierdzały kierunek tej narracji.
Wydanie Wydawnictwo Port trzyma poziom: twarda oprawa 145×205, klarowna typografia, sporo powietrza w składzie – książka „oddycha”. Skonstruowano ją w pięciu księgach, z krótkimi, dynamicznymi rozdziałami (od Antyodkrywcy po rozdziały o Nowym Albionie), a na końcu dostałemy Przypisy, Wybraną bibliografię i Indeks — czyli komplet narzędzi do dalszych poszukiwań. Jeśli czytasz dla faktów, docenisz aparatus; jeśli dla opowieści — rozdziały trzymają filmowy rytm.
Najmocniej działa styl. Sides pisze jak kapitan, który potrafi trzymać kurs i jednak czasem z premedytacją zbacza ku zatokom: rytm zdań, filmowe sceny, ostre kadry. Słowa syczą jak lina na kabestanie, a jednocześnie trzymają faktograficzną dyscyplinę. Zasób źródeł i rekonstrukcja momentów konfliktu — imponujące.
Słabsze? Brak map „na wyciągnięcie ręki” w środku edycji sprawiał, że czytelnik-amator czasem gubił orientację na arktycznej siatce. Rozwiązanie, którego mi brakowało: rozwijane mapy tras lub czytelna oś czasu w środku książki. Końcowe przypisy są bogate, ale jako przypisy końcowe wymagają skakania — część czytelników wolałaby śródtekstowe odnośniki.
W porównaniu z Blue Latitudes Tony’ego Horwitza (bardziej reporterska wyprawa śladami Cooka) Sides jest poważniejszy i gęstszy — mniej „turysty”, więcej analityka losu imperium. Na tle The Trial of the Cannibal Dog Anne Salmond książka jest bardziej narracyjna, mniej akademicka; bliżej jej do mocnego amerykańskiego non-fiction o tempie thrillera. Wspólny mianownik? Dyskusja o dziedzictwie wypraw: kontakt, który przynosił wiedzę i rany. Książka Sidesa ujęła ten dylemat najprzystępniej – i na polskim rynku wypełniła lukę między monografiami a esejem podróżniczym.
Jeśli lubisz historie, które wirują jak kompas w sztormie, to lektura dla Ciebie. Jeśli cenisz, gdy autor nie stawia pomników, tylko zdejmuje je z cokołów i ogląda szwy – tym bardziej. Ta opowieść porusza, bo pokazuje bohaterstwo i błąd w jednym kadrze. Po książce pozostaje pytanie: co naprawdę znaczy „odkryć” drugiego człowieka?
Moc źródeł i narracja, uczciwe zmaganie z cieniem kolonializmu. Polecam: miłośnikom historii morskich, fanom literatury faktu o „powieściowym” nerwie, wszystkim, którzy chcą o Cooku czytać bez patosu i bez litości.
Wydawnictwo Port
Ocena recenzenta: 5/6
Agnieszka Cybulska
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Port. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.