Wnuczka Fabergé okładka

Wnuczka Fabergé |Recenzja

Monika Raspen, Wnuczka Fabergé

Zawsze zastanawiałem się jak wyglądał dwór Romanowów od podszewki. Jednak bardzo często, zwłaszcza historycy, skupiali się na aktorach męskiej płci. Kobiety były zazwyczaj pomijane, albo opisywane z perspektywy swych wad. Tak jakby zabrakło zrozumienia dla ich trudnego losu. Bo przecież bogactwo nie daje szczęścia. I jak świetnie to opisała Monika Raspen w książce Wnuczka Fabergé, jest wręcz odwrotnie. Bo im wyżej się stoi na świeczniku, tym trudniej się utrzymać. Tym więcej wszyscy od ciebie oczekują. I nikt nie pyta, czy taka rola ci się podoba.

Książkę Wnuczka Fabergé czyta się szybko, choć opisywane problemy nie są jednorodnie ciekawe. O ile wybór tematu jest trafny i niezwykle pociągający, to już wykonanie – nieco powierzchowne. Sięgając po tę lekturę byłem ogromnie zaciekawiony uzyskaniem pytań odnośnie roli kobiet na dworach Europy. Jednak nie znalazłem wyczerpującej odpowiedzi.

Choć Autorka pisze dużo, momentami ciekawie, to zabrakło mi swoistej głębi, takiego kobiecego punktu widzenia. Ale o tym trochę później. Chciałbym się bardziej skupić na anty-bohaterce tej powieści. Ale do rzeczy.

Kim była caryca Aleksandra?

Aleksandra Fiodorowna (1872-1918) w rzeczywistości nosiła inne miano (przed ślubem z carem) – Alicja Hessen-Darmstad. Była wnuczką brytyjskiej królowej Wiktorii, która kilkakrotnie usiłowała wydać ją za mąż za przedstawicieli niemieckich rodów książęcych. Młoda księżna zawsze jednak odmawiała, bowiem przyszła caryca zakochana była, zresztą z wzajemnością, w Mikołaju II.

Dziewczyna, mimo życia w bogactwie i ogromny luksusie, miała ciężkie życie. Najpierw straciła matkę – podobno zaraziła się dyfterytem, a później żyła pod jarzmem swej wielkiej babki, królowej Wiktorii. Przyszłego męża spotkała w wieku 12 lat, i już wtedy zapałała gorącym uczuciem do Rosjanina, ale na przeszkodzie stały plany matrymonialne brytyjskiego i rosyjskiego domu panującego.

Jak się okazało – czasem, z miłości, wszystko da się przeskoczyć. Alicja w końcu poślubiła ukochanego Mikołaja w 1894 roku i stała się szerzej znana jako Aleksandra Fiodorowna.  Pod tym mianem miała stać się świętą kościoła prawosławnego.

Jednak, pomimo ogromnej miłości, nowa caryca nie była szczęśliwa. Na dworze nie lubiano jej akcentu, jej wyemancypowania. Caryca-wdowa oraz Maria Pawłowna dokładały wszelkich starań, aby zdyskredytować Angielkę. Powszechnie śmiano się z jej wad, w tym ze słabej znajomości języka francuskiego. Doszło do tego, że obie panie pozwalały rozpowszechniać, ustami służby, nieprzychylne Aleksandrze plotki., insynuacje a nawet zwykłe oszczerstwa Nic przeto dziwnego, że wyśmiewana i pogardzana Angielka zdecydowała się zniknąć ze świecznika. Wraz z rodziną przeniosła się do Carskiego Sioła i zaczęła unikać kontaktów ze światem zewnętrznym. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że stanie się to przyczyną upadku dynastii.

Czemu? Rodzina carska zaczęła żyć jakby w swoim własnym świecie. Stawała się coraz bardziej wyemancypowana, zarówno od elity, jak i dołów społecznych. Nie dość, że car Mikołaj nie był przygotowany do pełnienia tak znaczącej roli jaką jest władza, to jeszcze, przedkładał sprawy rodzinne, nad sprawy państwa.

Co więcej, ludność Rosji, zdawała się nie zauważać ogromnej roli, jaką, zakulisowo, pełniła młoda caryca. Choć stała się fundatorką wielu instytucji użyteczności publicznej (w tym sierocińców i szpitali), wszystko to pozostawało w sferze zapomnienia czy powszechnej, celowej amnezji.

Ówczesne media wolały rozpisywać się o wadach i tragediach, które poczęły gnębić ród Romanowów. A tych było co nie miara. Aleksandra Fiodorowna kilka razy poroniła, a do tego rodziła wyłącznie córki. Wśród ludu poczęły krążyć legendy, jakoby caryca była przeklęta i miała przynieść zagładę rodu Romanowów. I w tym momencie spotykamy carycę w powieści Moniki Raspen.

Co myślę o książce Wnuczka Fabergé?

Książkę czytało się momentami ciekawie. Napisana jest ona z perspektywy kobiet. Zazwyczaj lubię takie zabiegi, gdyż mogę się nauczyć kobiecej recepcji świata. Jednak tym razem czułem się nieco znudzony, jakby akcja się dłużyła, jakby cały ten świat przedstawiony był płytki, ograniczony.

Choć Autorka porusza wiele ważnych kwestii, zwłaszcza tych związanych z pozycją kobiet na dworze rosyjskim, to jednak momentami bardzo się męczyłem. Przyznam, że nie zawsze rozumiałem, dlaczego te wszystkie kobiety tak bardzo intrygowały, dlaczego były aż tak bardzo zepsute, i momentami – zwyczajnie bestialsko nieczułe.

Autorka dołożyła wszelkich starań, aby nakreślić ogromne napięcie, jakie towarzyszyło wszystkim przedstawicielkom rosyjskiego domu panującego. Jednak dla mnie było to nieco płytkie. Jakoś bardziej podobałoby mi się, gdyby Autorka bardziej podkreśliła napięcie, rozedrganie tych wszystkich kobiet. A tutaj mamy tylko opis całego tego negatywnego bagażu doświadczeń.

Caryca Aleksandra Fiodorowna jawi się jako histeryczka i nikt nawet nie próbuje wyjaśnić, z czego taka postawa wynika. Dlaczego została odtrącona, dlaczego była zaszczuta. To co jest w powieści, niestety mnie nie przekonało. Było zbyt pobieżne, lakoniczne, aby zyskać moje serce. A szkoda, bo Monika Raspen dotknęła super ciekawego tematu. Szkoda, że nie zdecydowała się dać upustu swej kobiecej naturze, by nakreślić ogrom dramatu płci pięknej w rodzinach książęcych.

Zabrakło mi też opisu szerszego kontekstu historycznego. Wprawdzie na początku jedna z głównych bohaterek coś tam opowiedziała, ale nie było to dostatecznie klarowne, aby pojąć, o co w tym całym spektaklu Romanowów chodziło. Wiemy tylko, że znajdujemy się w Rosji na początku XX wieku – przełom 1902 i 1903 roku.

Bardzo ciekawie za to pisze o roli kobiety w świecie rosyjskiej arystokracji. A jak ona wyglądała? No cóż, pomimo bogactwa, wcale nie była tak łatwa. Każde odstępstwo od etykiety, karane było – w najlepszym wypadku – wyszydzeniem, a najgorszym – śmiercią towarzyską. Czasem i prawdziwą.

Dla przykładu, los kobiety, która zaszła w ciążę, czy to idąc za głosem serca, czy łamiąc wszelkie obyczaje (np. mezalians), był nie godny pozazdroszczenia. Nie dość, że częstokroć partner porzucał swą niedawną kochankę, to jeszcze rodzina się od niej odwracała, skazując ją na pauperyzację, a czasem i na śmierć.

Autorka zauważa również większy brak perspektyw dla kobiet. Niewiasta bowiem miała być piękna, subtelna, i najlepiej, żeby się nie odzywała. Jej rola została ograniczona do rozrodczości, do reprezentowania swojego „pana i władcy”. Jeśli jednak któraś miała jakiekolwiek złudzenia, ewentualnie perspektywy, przekroczenia pewnych uzusów, arystokratyczne otoczenie, solidarnie i bezpardonowo, dokładało wszelkich starań, aby taką kobietę zniszczyć. Bez ogródek, bez litości, bez cienia wyrzutów sumienia. Ot co.

W ciekawy sposób Autorka pisze również o zdegradowaniu moralnemu arystokracji rosyjskiej. Choć pełna była bogactwa i nieopisanej władzy, to jednak trapiły ją ogromne zepsucie, czasem wręcz zezwierzęcenie. Carski dwór, i dwory rosyjskiej śmietanki towarzyskiej, pełne były wszelkiej maści intryg, rozpusty czy bezwzględności. Z jednej strony mamy przeogromne, niewyobrażalne bogactwo, które wręcz kipi zewsząd. Z drugiej – ogromne ubóstwo człowieczeństwa. Nic dziwnego, że carat czekał tak szybki i bolesny upadek.

Podsumowanie

Książkę czytało się szybko, choć mnie nie porwała. Czułem się nią przytłoczony, bo tak naprawdę nie wyjaśniła mi niczego. Nie wiem czy wynika to z faktu, przeładowania fabuły spiskami, plotkami i ogromną dozą złośliwości? A może poczułem się nieco oszukany tym, że opisy kobiecych dramatów, ich wewnętrznych tarć, emocji, niespełnionych oczekiwań zdały się być potraktowane powierzchownie? O ileż lepiej czytałoby się coś, co pełne byłoby wewnętrznego rozedrgania jak membrana lekko trąconego instrumentu.

Liczę, że Autorka przy drugim tomie da upust swojej fantazji, bo tej z pewnością jej nie brakuje. Bycie pisarką jest czymś wspaniałym, bo kobieta może dotknąć wszystkiego tego, czego mężczyźni nie dostrzegają. Dać asumpt do sięgnięcia w głąb siebie, do zrozumienia, albo przynajmniej do innego podejścia do pewnych tematów.

Czytając tę powieść to wszystko można było odczuć, ale odniosłem wrażenie – że Autorka przestraszyła się tego, co mogłoby wyniknąć, gdyby dała ponieść się emocjonalności. Dla mnie to nie byłoby śmieszne, czy głupie. Ja łaknę takiej literatury. Kocham ją – bo mam wtedy możliwość zobaczenia świata, historii z perspektywy kobiet. A tego bardzo brakuje światu. Wasz punkt widzenia. Wasze interpretacje dziejów.

Dlatego, życzę Autorce, i samemu sobie, aby dała się ponieść literaturze, swej duszy, natchnieniu, pasji… bo temat, który został poruszony w tej książce jest warty uwypuklenia właśnie z kobiecej perspektywy. Czemu? Bo mężczyźni, czy to historycy, czy szerzej – pisarze, traktują wszystkie bohaterki, które występują w „Wnuczce Fabergé’a” jako puste kukiełki, pełne wad, zjadliwości rzucone w sztorm wzburzonego na wskroś patrymonialnego świata.

Co mi się podobało? Anuż piękna szata graficzna zdobiące grzbiety książki. Jest jak istne dzieło sztuki. Mimo faktu, że otrzymałem ją dwa tygodnie temu, nadal nie potrafię przestać się zachwycać tym zdobieniem. Ciekaw jestem z czym wiążą się te wytłoczone emblematy? Ze sztuką Piotra Fabergé’a? Z dynastią Romanowów? A może jeszcze z czymś innym?


Wydawnictwo Replika
Ocena recenzenta: 4/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Replika. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.