Anatomia strachu | Recenzja

Damian Karol Markowski. Anatomia strachu. Sowietyzacja obwodu lwowskiego 1944-1953. Studium zmian polityczno-gospodarczych. IPN, Warszawa 2018

Książka Markowskiego jest lekturą obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych tematyką wschodnią i zarazem historią komunizmu. Słowa prof. Grzegorza Motyki stanowią najkrótszą, a zarazem niezwykle celną charakterystykę książki Anatomia strachu. Jest to publikacja naukowa, oparta przede wszystkim na bogatym materiale archiwalnym przebadanym przez autora i opatrzona całym związanym z tym aparatem naukowym, a zarazem lektura dla każdego zainteresowanego dziejami Lwowa i Kresów południowo-wschodnich. Jej wartość jest związana przede wszystkim z tym, że opowiada o mało lub prawie w ogóle nie znanych dziejach Lwowa i Ziemi Lwowskiej, a mianowicie o Lwowie lat stalinowskich. Wydawać by się mogło, że ten najczarniejszy poza latami II wojny światowej okres dziejów Lwowa nie zasługuje na głębsze poznanie, że bezmiar tragedii, która spotkała wówczas to europejskie, kwitnące od stuleci i zarazem semper fidelis miasto jest tak wielki, że nie sposób o nim opowiedzieć – przynajmniej polskiemu czytelnikowi. Istotnie, jest to lektura przerażająca, tak jak przerażająca była w swej istocie ideologia, w imię której w owych latach dokonywano przekształcenia Lwowa i jego okolic w integralną część sowieckiego imperium.

Autor podjął jednak to zadanie; rysuje przy tym wszechstronną panoramę wydarzeń i procesów historycznych, co jest zresztą zgodne z ich istotą i zamiarami sowieckich władz – państwo totalitarne starało się wszakże objąć swoją władzą wszystkie dziedziny życia swoich obywateli, a tak naprawdę poddanych. Znajdziemy tu więc szereg wątków, poczynając od losu Polaków i ich oporu wobec nowej władzy, zakończonego ekspatriacją – choć los pozostałych tu wbrew wszystkiemu jest także opisany. Znajdziemy rozprawę z ukraińskim podziemiem, które w imię własnych nacjonalistycznych ideałów kontynuowało walkę z sowieckim państwem jeszcze przez kilka powojennych lat – nawet śmierć Romana Szuchewycza w walce z oddziałem wojsk wewnętrznych w dniu 5 marca 1950 roku nie oznaczała końca tej walki (przyjmuje się, że trwała ona przez 10 lat, do końca 1954 roku).

O ile Polaków i problemów z nimi związanych pozbyto się generalnie przez ich ekspatriację, o tyle miejscowych Ukraińców neutralizowano przede wszystkim przez deportacje na wschód i sprowadzanie na wolne po nich i wypędzonych Polakach czy wymordowanych jeszcze przez Niemców Żydach miejsce ludności z głębi ZSRR, a więc tzw. ludzi sowieckich, już ukształtowanych przez reżim, i to niezależnie od ich narodowości – ukraińskiej, rosyjskiej, białoruskiej czy innych. Zmiany struktury gospodarczej na wsi polegały przede wszystkim na narzuconej kolektywizacji, czyli zapędzeniu chłopów do kołchozów, reklamowanych jako środek służący wolności i zamożności wieśniaków, w rzeczywistości potwornie niewydolny ekonomicznie i prowadzący do nędzy i upadku wsi. Lwów z kolei, miasto znane z nauki i kultury, postanowiono przekształcić w ośrodek wielkoprzemysłowej klasy robotniczej przez budowę na jego obrzeżach licznych zakładów przemysłowych. Ich załogi początkowo kwaterowano w już istniejącej zabudowie mieszkalnej w potwornym ścisku, później zaczęto budowę straszących dziś przyjeżdżających do Lwowa Polaków blokowisk otaczających historyczne centrum. Zabieg ten przypomina nam budowę Nowej Huty pod Krakowem, socjalistycznego tworu, który miał neutralizować wpływy mieszczaństwa i tzw. reakcji krakowskiej.

Zgodnie z zasadami ideologii komunistycznej rozpoczęto walkę z religią. Problem rzymskich katolików został w zasadzie rozwiązany przez wyjazd Polaków na zachód (ostatni arcybiskup lwowski, Eugeniusz Baziak, opuścił miasto 26 kwietnia 1946 roku), natomiast cerkiew greckokatolicką po śmierci metropolity Szeptyckiego w listopadzie 1944 roku spacyfikowano włączając ją – i to pod pozorem dobrowolności! – do podporządkowanej władzom Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.

Jak wiadomo, władza totalitarna w stosunku do poddanych jej społeczeństw stosowała dwa narzędzia – terror wywołujący paniczny strach, a z drugiej strony wszechobecną propagandę, głoszącą wyższość budowanego ustroju nad wszelkimi znanymi w historii. Autor obszernie opisuje obie te metody, przeżywające w owym okresie swoje apogeum trwające aż do śmierci Stalina (5.03.1953 r.). Wszechobecny strach przed uwięzieniem, torturami, deportacją na Wschód czy choćby utratą pracy miał sparaliżować wszelki opór społeczny, ale jednocześnie spowodować postawy afirmacji sowieckiej rzeczywistości wbrew oczywistym, dostrzeganym gołym okiem faktom. Mechanizm ten, dobrze znany z powieści Orwella Rok 1984, w ówczesnym Lwowie znajdował się w pełnym rozkwicie – symbolizowała go wydawana główna wtedy gazeta lwowska Wolna Ukraina. Opisywana tam Ukraina była na tyle wolna, na ile prawdy zawierała wydawana w Moskwie gazeta Prawda.

Jednym z głównych narzędzi propagandy była symbolika zawarta w przestrzeni publicznej, jak nazwy ulic, niezwłocznie zmienione – z niewielkim wyjątkami. Dotyczyło to także pomników, częściowo zniszczonych, częściowo wysłanych do Polski (jak pomniki Sobieskiego i Fredry). Jedynym, który się ostał w centrum miasta, był pomnik Adama Mickiewicza, którego tolerowano prawdopodobnie jako autora wiersza Do przyjaciół Moskali. Oczywiście koronnym przykładem tego rodzaju działań pozostaje Cmentarz Łyczakowski wraz z Cmentarzem Obrońców Lwowa, którego losy są powszechnie znane. Na prowincji zmieniono szereg nazw miejscowości, np. Żółkiew, kojarząca się z „gniazdem wielkopańskiej rodziny polskich wyzyskiwaczy” – cytat oryginalny! – została przemianowana na Niestierow (od nazwiska rosyjskiego lotnika poległego tu w 1914 roku).

Głównym symbolem sowieckiego Lwowa obok ustawionego przed Teatrem Wielkim pomnika Lenina miało być tzw. Wzgórze Chwały, mauzoleum żołnierzy radzieckich, stanowiące swoistą przeciwwagę dla polskiego Cmentarza Obrońców Lwowa. Nie wszystkie jednak plany zmiany Lwowa w miasto sowieckie powiodły się. W odróżnieniu np. od Warszawy czy Wrocławia, gdzie znaczne zniszczenia wojenne umożliwiły budowę nowego – przynajmniej w znacznej części – centrum na socjalistyczną modłę (jak warszawski MDM), we Lwowie nie zdecydowano się na wyburzenie zabytkowej, kilkuwiekowej substancji historycznej miasta. Dzięki temu przetrwały zabytkowe kościoły, choć część z nich została przekształcona w magazyny czy inne obiekty, nieraz rujnujące zabytkowe wnętrze (paradoksalnie zachowało się ono w kościele Dominikanów, gdzie urządzono Muzeum Religii i Ateizmu). Nie znaczy to jednak, że planów takich nie było. Planowano np. urządzenie Placu Centralnego na miejscu bazaru zwanego Krakidały o powierzchni większej niż Plac Czerwony w Moskwie. Miał tam stanąć monumentalny gmach władz obwodowych, a przed nim oczywiście równie monumentalny pomnik Stalina. Zaplanowano także trzykilometrową magistralę prowadzącą na Kopiec Unii Lubelskiej, której ofiarą miał paść m.in. najstarszy lwowski kościół pw. św. Jana Chrzciciela. Na szczęście plany te z różnych, także ekonomicznych powodów nie zostały zrealizowane.

Książka Damiana Markowskiego jest niezwykle interesująca z co najmniej dwóch powodów. Przede wszystkim dla lwowian i kresowian oraz ich potomków czy ogólnie wszystkich zainteresowanych losem polskich Kresów – im przynosi przede wszystkim bogaty materiał dotyczący losów Polaków i polskości do momentu ekspatriacji, ale także i potem, w odniesieniu do tych, którzy pozostali we Lwowie i tam, jak np. siostry Irena i Jadwiga Zappe, dbali o zachowanie polskości w mieście, którego opuścić nie mogli i nie chcieli. Jest ona interesująca także dla tych, których ogólnie interesuje historia sowieckiego imperium i jego metod działania w stosunku do zamieszkującej je ludności, np. problemy kolektywizacji rolnictwa, rozprawa z kościołami różnych wyznań, metody propagandy itp.

Jest optymistyczna, ponieważ pokazuje, że przemoc fizyczna (terror) i psychiczna (propaganda), nawet tak brutalna jak stosowana przez aparat stalinowski, nie zniszczyła wielowiekowej tradycji miasta, i to zarówno bliskiej nam, polskiej, jak i tej, do której odwołują się obecnie Ukraińcy. Nieprzypadkowo pierwszym działaniem symbolizującym rozpad ZSRR było we Lwowie obalenie pomnika Lenina, co w skali masowej miało miejsce na Ukrainie dopiero po 25 latach, po rewolucji na Majdanie. I choć powstał we Lwowie pomnik Stefana Bandery, co dla nas, Polaków, jest nie do zaakceptowania, to jednak stało się to w zupełnie innym punkcie miasta.

Ocena recenzenta: 6/6

Antoni Wilgusiewicz

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*