„Bez Boga nie ma zbawienia” Wywiad z O. profesorem  Dariuszem Kowalczykiem

„Bez Boga nie ma zbawienia” |Wywiad z O. profesorem  Dariuszem Kowalczykiem

Bywają takie książki wokół których nie sposób przejść obojętnie. Można ją albo pokochać, albo znienawidzić, ale obojętnym wobec niej pozostać nie sposób. Do nich należy najnowsza publikacja Wydawnictwa Biały Kruk „Bez Boga nie ma zbawienia”.

W rozmowie znajdziemy pytania na temat biblistyki, historii Kościoła, „tradycjonalistów” oraz „postępowców” w Kościele katolickim, Soboru Watykańskiego II, fundamentalnie ważnej kwestii co w nauczaniu Kościoła nigdy nie może ulec zmianie, a co może się zmienić oraz dzisiejszych problemów młodego pokolenia. W każdej z tych kwestii Ojciec Kowalczyk zajmuje bardzo jasne i czytelne stanowisko…

Dariusz Kowalczyk (ur.16 grudnia 1963 roku w Mińsku Mazowieckim)- w 1983 roku wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (zakonu jezuitów). W latach 1985-1988 studiował filozofię w Krakowie, następnie teologię w Warszawie (1990-1993) i Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie (1993-1995). 24 czerwca 1994 roku przyjął święcenia kapłańskie w Warszawie. W 1998 roku obronił doktorat z teologii dogmatycznej, pod kierunkiem Luisa Ladarii Ferrera. Od 2003 do 2009 roku był prowincjałem wielkopolski-mazowieckim Towarzystwa Jezusowego. Od marca 2013 roku jest profesorem nadzwyczajnym Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, na którym obecnie wykłada teologię dogmatyczną. Stały publicysta tygodnika „Idziemy” i miesięcznika „Wpis”. Obecny na Facebooku i portalu X.


Konrad Ruzik: Skąd wziął się pomysł na książkę?

Ojciec Dariusz Kowalczyk: Ze spotkań z Adamem Sosnowskim, redaktorem Białego Kruka, którego gościłem kilka razy na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Mnie chodziła po głowie książeczka „dla ludzi” o Trójcy Świętej. Redaktor Sosnowski podjął tę ideę, która potem – w rozmowie – rozrosła się do tekstu o różnych prawdach wiary katolickiej, a także o jej społeczno-politycznych kontekstach.  A książeczka tylko o Trójcy pewno też kiedyś powstanie.

Czy nie uważa ksiądz, że jest z głównych problemów w przekazie Kościoła do młodzieży jest brak solidnego nauczania biblistyki i historii Kościoła na lekcjach religii? Mi bardzo tego brakowało gdy chodziłem na lekcje religii w szkole, musiałem tych zagadnień uczyć się samodzielnie na własną rękę. Brak solidnej nauki biblistyki i historii Kościoła sprawia, że wiara w dużej mierze pozbawiona jest solidnej wiedzy religijnej. Oczywiście, uważam, że tego typu wiedza powinna być przekazywana na wyższym etapie edukacji, począwszy od 5 klasy Szkoły Podstawowej, gdy dzieci są już w takim wieku, że są w stanie zrozumieć zagadnienia z tych dwóch dziedzin, które wcale nie są proste.

Dotknął pan istotnego tematu, a mianowicie tego, co powinno być istotą nauczania religii w szkole. Moim zdaniem lekcje religii dla nastolatków powinny mieć wyraźny wymiar apologetyczny. Katecheci powinni umieć inteligentnie bronić wiary, a zarazem pomagać uczniom w konfrontowaniu się z różnymi atakami na wiarę. A dobra apologetyka dotyczy przede wszystkim właśnie Biblii i historii, w tym tzw. ciemnych plam, a także rozumienia dogmatów wiary i nauczania moralnego. Co oczywiście nie przekreśla uczenia się o innych wyznaniach i religiach, dialogowania w postawie szacunku z inaczej wierzącymi i z niewierzącymi w Boga. Merytoryczny dialog wymaga jednak najpierw bycia sobą i znajomości własnego dziedzictwa, własnej kultury i wiary. Z drugiej strony, młodzi katolicy powinni zdawać sobie sprawę z istnienia podstępnych sił, w tym neomarksistowskich ideologii, które przewalają się przez świat próbując zawładną umysłami i sercami ludzi. I jako że te siły dysponują globalnymi mediami, są w tym dosyć skuteczne. Lekcje religii powinny być szczepionką na współczesne chore ideologie, które są z gruntu antychrześcijańskie.

W książce pojawia się bardzo ważny wątek co w nauce Kościoła może podlegać zmianie, a co nigdy nie może ulec zmianie. Czy Kościół nie powinien położyć silnego nacisku na tą kwestię w swoim przekazie do wiernych oraz w nauce religii w szkole?

Swoim studentom na Wydziale Teologii na Gregorianie w Rzymie mówię czasem, że w studiowaniu teologii chodzi m.in. o to, by rozumieć, co jest istotą katolickiej wiary, a co może a nawet powinno się zmieniać. Innymi słowy, chodziłoby o to, co Papież Jan XXIII w przemówieniu inaugurującym Sobór Watykański II wyraził następująco: „Czym innym jest depozyt wiary, czyli prawdy zawarte w czcigodnej naszej nauce, a czym innym sposób ich wyrażania”. W praktyce nie jest to takie łatwe, czego dowodzi 2-tysiącletnia historia dogmatów. Tym bardziej w każdej epoce Kościół musi dbać o swą tożsamość, zakorzenioną w Biblii, Tradycji i Magisterium Kościoła, a jednocześnie pytać się, czy Duch Chrystusa nie zaprasza nas do podjęcia nowych dróg, języków, sposobów przepowiadania Dobrej Nowiny o zbawieniu.

Bardzo mocno wybrzmiewa także kwestia dialogu z ludźmi o odmiennych poglądach na wielu jej stronnicach. Ja jestem jego zwolennikiem, mam znajomych o radykalnie odmiennych poglądach ode mnie. Staram się prowadzić z nimi dialog, są kwestie w których jesteśmy w stanie dojść do porozumienia, niemniej jednak są też takie w których nigdy nie mogę im ustąpić w imię dialogu, np. nigdy nie przyznam, że Jezus Chrystus nie jest Bogiem. Czy w dzisiejszych czasach głównym zagrożeniem w prowadzeniu dialogu Kościoła z ludźmi o odmiennych przekonaniach nie jest to, że są w Kościele, zarówno w Polsce jaki i na świecie takie osoby, które „w imię dialogu” są gotowe do pójścia na ustępstwa dosłownie w każdej sprawie, nawet jeśli prowadzi to do zdrady własnej katolickiej tożsamości?

Dialog religijny nie polega na ustępowaniu. Polega natomiast na próbie zrozumienia, co i dlaczego mówi ten, co myśli i wierzy inaczej. Z takiego zrozumienia może wynikać poszerzenie horyzontów własnej wiary, a nawet zobaczenie, że to, co wydawało się nie do pogodzenia, da się jednak połączyć bez rozmywania swej tożsamości. Niestety, są katolickie środowiska, które z różnych powodów przyjmują poglądy, które do tej pory słusznie były oceniane jako po prostu niezgodne z katolickim nauczaniem. Mam tu na myśli przede wszystkim ideologię LGBT, w tym głównie ideologię homoseksualizmu. Ze smutkiem przejrzałem raport niemieckiej Drogi Synodalnej, w którym właściwie przyjęto ideologię gender/LGBT i to w jej dość radykalnej wersji. Można, a nawet trzeba już mówić o homoherezji. Mam problem, by z niektórymi katolikami czuć się w pełni we wspólnocie wiary. I nie chodzi tu o jakieś drugorzędne elementy, ale o biblijną, chrześcijańską antropologię, a to przecież sprawa fundamentalna. Niektórzy ulegają modnym ideologiom w imię dialogu, otwarcia się na świat. Ale w sprawie LGBT nie brakuje osób, w tym duchownych, które po prostu próbują zmieniać nauczanie Kościoła, aby dostosować je do własnych tendencji, pragnień, doświadczeń, czy też do własnych grzechów. Chodzi tak naprawdę o usprawiedliwianie osobistych wyborów i uspokajanie sumienia.

Chciałbym poruszyć także temat Soboru Watykańskiego II. Zauważyłem, że wielu ludzi, którzy go krytykują nie zna w ogóle treści wydanych przez niego dokumentów, a także przypisuje mu rzeczy, które miały miejsce znacznie wcześniej niż on obradował, np. winę za masową laicyzację Europy Zachodniej. Tymczasem Jan Paweł II gdy udał się do Francji w roku 1948 zauważył tam masowe odchodzenie wiernych od Kościoła. Miało to przecież miejsce na kilkanaście lat przed rozpoczęciem soborowych obrad, widać zatem, że przypisywanie Soborowi Watykańskiemu II winy za masową laicyzację jest chybione. Czy nie należałoby zwiększyć wiedzy na temat samej treści dokumentów soborowych jako takich, a także sytuacji Kościoła na świecie w I połowie XX wieku, na długo przed Soborem?

Sobór Watykański II przez jednych jest bezrozumnie krytykowany jakoby był dziełem diabła i przyczyną wszelkich kryzysów w Kościele, a przez drugich manipulowany poprzez ciągłe powoływanie się na rzekomego „ducha Soboru”. Ów duch miałby usprawiedliwiać najdziksze pomysły reformy Kościoła, która w gruncie rzeczy byłaby podmienianiem Kościoła Chrystusowego na jakiś twór lewicowo-liberalny. W obu przypadkach odtrutką jest powrót do dokumentów soborowych, co pan słusznie postuluje. Niedawno opublikowałem wraz z Enrichettą Cesarale, biblistką i katechetką z Rzymu, książkę „Sobór dar zagrożony. Refleksja wokół dokumentów soborowych w dialogu z trzema Papieżami”. Główna idea książki jest właśnie ta, że to, co ojcowie Soboru chcieli powiedzieć i co rzeczywiście powiedzieli, znajduje się w dokumentach, nad którymi dyskutowali i które zatwierdzili w kolejnych głosowaniach. Sobór był i pozostaje darem Ducha Świętego, czemu nie przeczy fakt, że był i jest na różne sposoby manipulowany. Ratzinger ubolewał, że do wielu ludzi Sobór dotarł poprzez media, które często szukają sensacji i tworzą sztuczne podniecenie, a nie poprzez spokojną, merytoryczna lekturę dokumentów. Jestem przekonany, że bez Soboru Watykańskiego II sytuacja Kościoła w świecie byłaby dziś jeszcze trudniejsza. To prawda, że diabeł udaje niekiedy „soborowego ducha”, ale potrafi też manipulować ludźmi udając „przedsoborowego ducha” i „prawdziwego katolika”. My, Polacy, mamy dwóch mężów Bożych, do których warto powracać, także w kwestii Soboru Watykańskiego II. Myślę oczywiście o Stefanie Wyszyńskim i Karolu Wojtyle. Jest symptomatyczne, że krytykują ich zarówno „postępowcy”, jak i „lefebryzujący tradycjonaliści”.

Według mnie bardzo negatywny wpływ na ludzi młodych wywiera wielu celebrytów poprzez głoszone przez siebie negatywne opinie na temat Kościoła, które często są także absurdalne i totalnie sprzeczne z jakąkolwiek wiedzą naukową, np. kiedyś usłyszałem od pewnego aktora, że „Chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, judaizm wywodzi się z buddyzmu”. Jest to totalna bzdura, ponieważ buddyzm i judaizm powstały w starożytności w bardzo odległych od siebie kręgach kulturalnych, zupełnie niezależnie od siebie. Żadna z tych religii nie miała wpływu na drugą. Innym razem przeczytałem opinię pewnej piosenkarki, że „Biblię napisał napruty winem mańkut”. To jest również totalna bzdura, ponieważ Biblia składa się łącznie z 73 ksiąg (46 w Starym Testamencie i 27 w Nowym Testamencie), które powstawały na przestrzeni wielu setek lat i mają licznych autorów, w żadnym wypadku nie może nim być jeden i ten sam człowiek. Gdyby jakiś naukowiec stwierdził, że Biblię napisał jeden człowiek zniszczyłby swoją reputację w środowisku naukowym raz na zawsze. Niestety, tego typu absurdalne tezy celebrytów mają swój negatywny wpływ na młodzież, która często jest tymi ludźmi mocno zainteresowana. Jak można temu zaradzić?

Celebryci, którzy nie mają od siebie nic sensownego do powiedzenia, ale potrafią dobrze się sprzedawać wykorzystując media, mają wielki wkład w ogłupianie ludzi, szczególnie młodych. „Starsi i mądrzejsi” wiedzą, że myślącym stadnie i „po celebrycku” tłumem łatwiej się rządzi. To takie samo-nakręcające się błędne koło. Niestety, podobną do celebrytów rolę odgrywa dziś wielu polityków, choć nie brakuje też polityków kompetentnych i uczciwych. Donald Tusk podczas kampanii wyborczej w 2022 roku zapowiadał: „Mamy ten projekt dotyczący legalnej aborcji do 12. tygodnia, która ma być decyzją kobiety w porozumieniu z lekarzem, a nie decyzją księdza, prokuratora i działacza PiS-u. Na sto procent to zagwarantujemy”. A jednocześnie kreował się na znawcę istoty chrześcijaństwa: „Jesteś katolikiem, chcesz przestrzegać dekalogu, wierzysz w fundamentalne zasady chrześcijaństwa, rozumiesz Jezusa Chrystusa? To nie możesz głosować na PiS czy Konfederację. Na miłość Boga, to nie ma kompletnie nic wspólnego z chrześcijaństwem, to nie ma nic wspólnego z dekalogiem”. Nikt nie ma tu jakiejś czarodziejskiej różdżki, aby zaradzić szerzeniu się „celebryckiej” i „politykierskiej”  głupoty. Trzeba robić swoje. Modlić się. Mówić, pisać, przekonywać, a czasem wchodzić w ostry publiczny spór. I nie traćmy nadziei. Wszak czytamy na kartach Ewangelii, że tłum wolał Barabasza, niż Jezusa. I tak to się toczy do dzisiaj. Ale ostatnie słowo należy do Baranka, czyli Chrystusa zmartwychwstałego.

Spotkałem się także z opinią jakoby Kościół dobrze funkcjonował w pierwszych III wiekach swojego istnienia, potem gdy stał się religią państwową w Cesarstwie Rzymskim „zszedł na złą drogę” i dopiero od Soboru Watykańskiego II ponownie „nawrócił się i stał się na powrót Kościołem Chrystusowym”. Czy ta opinia nie jej zabójcza dla Kościoła? Zakłada ona przecież jakoby większość jego historii była czymś złym od czego powinien się odciąć…

W tego rodzaju opinii nie chodzi o to, aby przekreślić kilkanaście wieków Kościoła. Wszak między IV a XX wiekiem mieliśmy tylu wybitnych świętych, że wobec nich możemy się czuć jedynie karłami na barkach olbrzymów. Jako jezuicie wystarczy mi przypomnieć sobie jezuitów, misjonarzy XVI, czy też XVII wieku. Chodzi natomiast o zauważenie, że od IV wieku wielu chrześcijan sekularyzowało się upodabniając się do otaczającego ich świata. Kościół stawał się potężną instytucją, ale działo się to często za cenę osłabienia ewangelicznej tożsamości. Świętość była „zarezerwowana” dla osób zakonnych, a reszta miała się zadowolić jako takim wypełnianiem dziesięciu przykazań. Dziś Kościół słabnie jako instytucja, ale Sobór przypomniał powszechne powołanie do świętości. Niektórzy twierdzą, że w tej sytuacji trzeba tworzyć małe wspólnoty, wyspy na oceanie coraz bardziej pogańskiego na powrót świata. W ten sposób w pewnym sensie powracamy do sytuacji pierwszych wieków. Wyraziste, gotowe na męczeństwo, małe wspólnoty chrześcijan w obojętnym albo wrogim świecie.

W książce bardzo dobrze poruszony jest temat kryzysu męskości w naszych czasach, który polega na tym, że wielu mężczyzn w wieku 30 i 40 lat nie potrafi się usamodzielnić, żyje na koszt rodziców i jest mocno niedojrzała emocjonalnie. Zgadzając się z tą diagnozą chcę jednak także dodać, że w dzisiejszych czasach także wiele młodych kobiet w wieku 20, 30, i 40 lat również zachowuje się w ten sposób. Wiem to z własnego doświadczenia. Czy nie należy się zastanowić się także nad tym? Czy nie należy także poruszyć tematu kryzysu macierzyństwa?

W ostatnich dziesięcioleciach nie brakowało w Kościele różnych konferencji na temat roli kobiety w Kościele i społeczeństwie. Niestety, wiele z tego rodzaju dyskusji było i jest zdominowanych przez radykalne nurty feministyczne, którym w gruncie rzeczy chodzi o to, by kobiety mogły otrzymywać sakrament święceń. I by miały więcej władzy w kościelnych strukturach. Tymczasem prawdziwe problemy, z którymi Kościół musi się mierzyć, to kryzys ojcostwa i kryzys macierzyństwa. Dlatego jestem „fanem” różnych małych wspólnot, które pomagają młodym małżeństwo i rodzinom uczyć się ojcostwa i macierzyństwa, a także religijnego wychowania dzieci. To podstawowe wyzwanie w Kościele i w społeczeństwie. Rośnie bowiem liczba narcystycznych singli i singielek niezdolnych do budowania trwałych małżeńskich i rodzinnych związków.

Czy dzisiejszych czasów nie należałoby nazwać „czasami pustki i powierzchowności”? Nie jesteśmy w stanie kogoś pokochać na całe życie, dlatego mamy wielu partnerów, nie chcemy ponosić za nic odpowiedzialności, chcemy być wiecznie młodzi (co przecież jest niemożliwe), nie chcemy oglądać poważnych programów naukowych, wolimy pustą i tandetną rozrywkę w rodzaju wygłupów różnych, często podstarzałych showmanów, który mimo przekroczenia 60 i 70 roku życia nadal udają „zbuntowanych nastolatków”. Kiedyś jedna z moich znajomych, która od dawna była już przecież dorosła powiedziała mi o show pewnego znanego celebryty: „Ja po prostu uwielbiam tego jego głupkowate rozmowy”. Czy w dzisiejszych czasach nie zamieniamy się  w olbrzymiej ilości przypadków po prostu w Izabelę Łęcką z „Lalki” Bolesława Prusa, czyli osobę pustą, próżną, powierzchowną, niedojrzałą i niezdolną do głębszych uczuć?

I znowu powracamy do celebrytów (śmiech). Śmieję się, ale tak naprawdę nie ma się z czego śmiać. Bo jeśli „pustka i powierzchowność”, o których pan mówi, dalej będą królować, to w najbliższych 30 latach populacja Polski może spaść z obecnych 37 milionów do 26–29 milionów ludzi. I to bez żadnej wojny, bez jakiejś wielkiej epidemii. Problemem jest tzw. nowoczesna mentalność, czy też po prostu współczesne wygodnictwo. 20-to i 30-latkowie nie chcą wchodzić w stałe związki, a tym bardziej nie chcą mieć dzieci, bo to oznacza wzięcie odpowiedzialności, która może przynosić satysfakcję, ale bywa też trudna. Duże „zasługi” w szerzeniu tego rodzaju mentalności mają lewicowo-liberalne media, które od lat mówią o zaletach wszelakiej emancypacji, niezależności, antykoncepcji, aborcji, „wolności” od małżeńskich i rodzinnych pęt. Ostatnio jednak ujawnia się inna, niepokojąca diagnoza, która w dodatku wymyka się statystycznym opracowaniom. Młodzi ludzie wydają się aktywni zawodowo i towarzysko, ale tak naprawdę są coraz bardziej samotni i to w tym sensie, że po prostu nie potrafią tworzyć trwałych związków. Mówi się o katastrofie ludzkich relacji. Kościół ma w tej sprawie słowo do dania. Wszak jego natura polega na relacjach z Bogiem i pomiędzy ludźmi.

Na koniec jako historyk zapytam: W jaki sposób Kościół powinien opowiadać swoją własną ponad 2 tysiącletnią historię oraz historię starożytnego Izraela, która przecież jest korzeniem religii chrześcijańskiej?

No cóż! Nie wydaje mi się, aby istniał jeden sposób opowiadania historii Kościoła i historii Starego Testamentu. To opowieść złożona z wielu nurtów, języków, wydarzeń, doktryn. Generalnie jednak Kościół powinien opowiadać swoją historię (i historię starożytnego Izraela) w kluczu historii zbawienia, łącząc metodę historyczno-krytyczną z hermeneutyką wiary – unikając zarówno triumfalizmu, jak i masochizmu wobec własnej przeszłości. W centrum tej historii stoi Bóg w Trójcy Jedyny, który najpełniej objawił się w Jezusie Chrystusie. Historia Kościoła i historia starożytnego Izraela nie są dwiema oddzielnymi narracjami, lecz dwoma etapami jednej ekonomii zbawczej, której centrum stanowi tajemnica paschalna Chrystusa, czyli Jego śmierć i zmartwychwstanie.

Comments are closed.