Portki, polewka, dym z paleniska i siedmiolatek, który bardzo chce być już dorosły. W książce Przewoźniaka życie dawnych Słowian nie wygląda kolorowo. Zwykły poranek w półziemiance: trochę czułości, trochę wstydu, trochę pracy i całkiem sporo zasad, których dziecko dopiero się uczy.
Historia dla dzieci działa najlepiej wtedy, gdy nie zaczyna od wielkich bitew, dat i wykresów dynastycznych. Tutaj punkt wejścia jest znacznie bliższy: dom, rodzina, śniadanie, rodzeństwo, obowiązki, zabawka oddana młodszej siostrze, ojciec idący do pracy przy grodzie. Z takiego konkretu łatwiej zrozumieć świat sprzed wieków. Dziecko słyszy kury, czuje dym, widzi miskę bryi i Sobka, który po postrzyżynach próbuje udowodnić wszystkim, że jest już „mężczyzną”.
Fragment książki „Skoki przez epoki” pokazuje codzienność dawnych Polan przez scenę jednego poranka. Pojawiają się półziemianka, wspólny posiłek, podział ról w rodzinie, wierzenia, postrzyżyny, przygotowania do ślubu Bogdany oraz praca przy budowie grodu. Jest też dziecięca złośliwość, która robi robotę, bo Ochna jednym ruchem ściąga bratu portki i sprowadza jego wielką dorosłość na ziemię.
Rok 939. Chyba
— Wstawać, lenie! Swarog już słońce po niebie wypasa!
Sobek poczuł lekkiego klapsa na pośladku. Dopiero potem usłyszał głos ojca.
Ojciec taki właśnie był. Rozkazywał srogo, ale śmiał się i tulił dziecięce główki do twardej piersi. Budził dzieciaki głośnym basem i bywało, że klepał nad ranem po wystających ze słomy tyłkach, jednak czynił to nie ze złości, tylko dla szybszego zbudzenia.
Tekst jest fragmentem książki Skoki przez epoki, która czeka na Twoje dziecko tutaj:
Półmrok chaty był rozświetlony przez ogień paleniska. Gryzący dym wyfruwał przez dziury ziejące pod szczytem strzechy. Otwartymi drzwiami wpadał na ubitą ziemię ukośny słup zimnego porannego światła. Wraz z nim wpraszał się świeży, wilgotny zapach lasu. Zderzał się z wonią dymu, zwierząt, kur, słomy i ludzi wypełniającą chatę aż po dach. Mama zdjęła skórę zasłaniającą okienko.
Mumka ze złamanym rogiem żuła siano za niską drewnianą ścianką. Na widok chłopca podnoszącego głowę z zasłanej słomą ławy potrząsnęła przyjaźnie łbem i mruknęła cicho.
Chłopak wyczesał palcami słomę z włosów. Zeskoczył z ławy i ukłonił się ojcu. Trzy kroki wystarczyły, by dobiec do matki stojącej przy palenisku. Spod nóg umknęła mu gdacząca z niezadowolenia kura, której przeszkodził w złapaniu smakowitego chrząszcza.
Z glinianego dzbana mama przelewała polewkę do drewnianej misy. Spod białej chusty połyskiwały jej niesforne jasne sploty włosów. Uśmiechała się do synka, a uśmiech to niknął, to rozbłyskał, przesłaniany falującymi kłębami pary.
— Mama! Matuś! Mamo! — zawołał Sobek i z przyzwyczajenia objął ją, przytulił.
Wtem przypomniał sobie, że już nie należy do mamy. Że trzy księżyce, czyli miesiące, temu odbyły się uroczyste postrzyżyny. Że kapłan i ojciec wspólnie skrócili jego długie włosy o połowę, że otrzymał nowe imię: Sobiesław. Że odtąd nie należy do matki, lecz do ojca. Jest mężczyzną. Miał już lat siedem, a może osiem? Kto by zliczył tyle księżyców…
Sobek ze strachem odwrócił się i spojrzał na ojca.
Kura dopadła upragnionego robala wśród słomianych drobin kryjących glinianą podłogę. Zaskrzeczała i bacznie łypała po kątach to lewym, to prawym okiem, rozglądając się za kolejnym kąskiem.
Ojciec, szeroki w barach, niski, o twarzy ginącej w gęstwinie brody, błysnął zębami w uśmiechu, ale jednocześnie pogroził synowi palcem.
— Niechaj będzie, że tego nie widziałem, Sobek! Miarkuj się, synu! Mężczyzną jesteś. Trzy księżyce minęły. Kiedy minie czwarty, a ty nadal matki sukni będziesz się łapać, dam ja ci naukę! Otroki, niedorostki do matki biegną, a chłopaki do ojca, patrzysz se, chłopie? — powie dział niezbyt głośno. Nie chciał, by ktoś we wsi usłyszał, że o poranku wyszedł taki mały wstyd, bo Sobek jeszcze do dorosłego życia nie przywykł.
— Prawdę mówicie, tato! — odparł chłopiec.
Obciągnął krótką lnianą suknię, strzepnął z niej słomki i kłębuszki siana. Założył portki sięgające kolan i przewiązał je w pasie paskiem szarego płótna. Od trzech księżyców nosił portki.
— Szczęściem, że jeszcze nie taki rosły, by na wojnę iść — szepnęła mama, spoglądając na ojca z obawą.
— Przyjdzie czas, i on pójdzie. A dadzą bogowie, może nikomu nie trzeba będzie iść — odrzekł cicho ojciec, patrząc w podłogę. — Powiadają, że pan grodów wyprawę na Pomorzan ogłosi.
Mama tylko westchnęła. Po ostatniej wojnie, kiedy bogowie, czymś najwyraźniej zagniewani, odmówili Polanom wsparcia, wrócił jeden, cza sem dwóch na każdych dziesięciu mężczyzn, których pan grodów zabrał na wojaczkę. Mama szeptała zaklęcia nad każdą ofiarą składaną bogom. Byle nie było wojny!
Tymczasem na ławie coś się poruszyło. Z szeleszczącej kopki słomy wychyliła się mniejsza od Sobka postać o długich jasnych włosach.
— Wstawaj, Ochna! — zawołał do niej Sobek, próbując naśladować głos ojca. — Swarog słońce wypasa!
— Tak to ojciec może mówić, a nie ty! — odpowiedziała Ochna, błyszcząc radosnymi, błękitnymi oczami i pokazując bratu język.
Sobek nie pozostał dłużny i wywalił jęzor na całą długość.
— Już nie jestem otrokiem i będę tak mówić! — zawołał, znowu odwracając się do ojca.
Wtem czyjeś zwinne rączki chwyciły portki Sobka. Błyskawicznie ściągnęły je aż do podłogi.
— Otrok! Otrok! — piszczała Ochna, która wykorzystała najprostszy sposób, jak przypomnieć bratu, że niedawno sam był traktowany jak dziecko i biegał w samej koszuli.
Nim zaskoczony chłopak się obrócił, złośliwa spryciara przeskakiwała ściankę oddzielającą mieszkanie ludzi od krowiej zagródki. Rozcapierzone palce Sobka złapały tylko powietrze.
— Ja ci dam, mała strzygo! — wrzasnął Sobek, podciągając portki. Policzki miał zaczerwienione.
Zza ścianki wyłoniła się buzia Ochny z wystawionym językiem. Po machała mu małym drewnianym konikiem zaciskanym w piąstce.
Sobek wrzasnął: „Daleko na tym koniu nie uciekniesz!”. I żal mu się zrobiło, bo jako mężczyzna wprawdzie otrzymał portki, ale zabawki, w tym tego konika, musiał na zawsze oddać młodszej siostrze.
Wtedy rozległ się głos mamy, która postawiła drewnianą parującą misę na ławie.
— Sieść i jeść! — zarządziła.
To zawsze wyciszało spory. Rodzina była jednością. Jedna strawa. Jedna łyżka. Jedno pragnienie. Dobry dzień dla wszystkich. Bogowie! Wysłuchajcie!
Zanim zasiedli wokół naczynia, ojciec nabrał łyżką porcję polewki. Z miską w dłoni wyszedł z chaty po czterech drewnianych schodach prowadzących w górę, ku białemu światu.
Wrócił szybko, bez miski, za to z ładniutką dziewczyną. Bogdana, najstarsza z rodzeństwa, otrzepała dłonie po karmieniu kur i zasiadła przy misie.
— Starka je? — zapytała mama.
— Ano je. Dziękuje nam i bogom za kolejny dzień — odpowiedział ojciec.
Chwycił łyżkę i rozpoczął poranny posiłek. Na powierzchni gęstej zupy zawirowały białe bryłki sera i szare kostki słoniny. Lipowa łyżka odbiła się od twardych ziaren kaszy na dnie misy. Teraz matka nabrała łyżką zbożową polewkę zwaną bryją. Potem Sobek, drugi po ojcu mężczyzna. Po Sobku Bogdana, starsza córka. Na końcu Ochna, najmłodsza.
Przez otwarte drzwi dochodziły odgłosy osady, w której mieszkali. Ktoś poganiał owce, ktoś ociosywał belkę. Kobiety śmiały się, idąc nad rzekę. Między chatami ganiały się dzieci. Z nieba dobiegł chrapliwy bas przelatującego żurawia.
Znów ojciec zaczerpnął wielką łyżką ze wspólnej misy. Po nim mama. Sobek. Bogdana. Ochna. Jeszcze cztery razy łyżka przeszła z rąk do rąk. I wtedy śniadanie się skończyło. Mama sięgnęła za siebie i wręczyła ojcu duży okrągły placek podpłomyka. Sobek i Bogdana dostali po pół placka, a Ochna tylko ćwiartkę. Znowu, każdemu wedle wieku i starszeństwa.
— A teraz do roboty! — rozkazał ojciec. — I niech bogowie nam darzą!
Jako pierwszy wyszedł na zewnątrz po schodach prowadzących do świata i do światła. Przechodząc przez niskie drzwi, musiał zgarbić się wpół. Po drodze podniósł siekierę leżącą na szerokim progu. Położona tam, chroniła nocą domowe zacisze przed wizytą duchów i złych mocy. Nie miały do ludzi wstępu z czarnego świata. Zamiast siekiery kładło się czasem podkowę. Każdy to wiedział, nawet mała Ochna.
— Niech wam bogowie darzą, starko! — rzekł ojciec.
Przyklęknął i położył dłoń na ramieniu siwej staruszki. Leżała na sarniej skórze. Opierała plecy o niską ścianę chaty, ledwie wystającą z ciepłej, bezpiecznej ziemi. Kończyła jeść polewkę, którą otrzymała od ojca.
— A Sobka pilnuj, by krzywda mu się nie stała! — odpowiedziała staruszka głosem podobnym do skrzeku kury.
— Witajcie, starko! Nic mi się nie stanie! Jestem już dorosły! — zawołał Sobek i na dowód tego, jak od wczoraj zmężniał, uniósł zaciśnięte pięści.
Kobieta zachichotała i wróciła do skrobania lipową łyżką o dno miski. Wokół niej kręciły się kury. Pewnie miały nadzieję, że i dla nich coś się znajdzie.
Za dwa księżyce miała się odbyć swadźba, czyli ślub Bogdany z najstarszym synem kołodzieja Samogostem. Póki Samogost z pomocnikami nie wybuduje własnej chaty, młodzi małżonkowie zamieszkają w półziemiance z rodziną Sobka. Młoda para zgodnie z tradycją nie będzie mogła wejść do domu drzwiami, przez które wcześniej, wszystko jedno jak dawno temu, wyniesiono martwą osobę. Każdy to wiedział, nawet mała Ochna. To dlatego starka już od dwóch księżyców nocowała w budzie z drewnem. Wszyscy przeczuwali, że niedługo umrze, ale nie mogło się to zdarzyć w chacie! Na pewno nie przed weselem!
Wół czekał, zaprzężony do dwukołowego półwozu.
Mężczyzna zatknął za pas siekierę i długi nóż.
— Gotowy?
Co za pytanie!
Sobek zawsze był gotowy! Gdy pan grodu wyznaczył mężczyzn z ich osady do pracy przy budowie wału obronnego, chłopak nie wierzył własnemu szczęściu. Nie dość, że osobiście pomagał budować gród, to jeszcze oglądał kupców, wojowników, przybyszów ze świata. I najważniejsze: jeśli bogowie sprzyjali, mógł dostrzec Dobroniegę. Córkę pana grodu. Najpiękniejszą istotę, jaką kiedykolwiek widział. Sobek wiedział, że musi napatrzyć się na nią, ile tylko się da. Termin pracy upływał w Szczodre Gody, zimą. A do nadejścia zimy pozostały jeszcze trzy księżyce, jak wówczas nazywano miesiące. Wtedy przestaną pracować w grodzie. I Sobek znów będzie widywać jedynie własną chatę, rodzinę, sąsiadów, las. Oby się udało! Może właśnie dziś Dobroniega akurat stanie gdzieś przy drodze? Może spojrzy na chłopaka, doceni, że jest już prawdziwym mężczyzną w portkach, że pracuje?
— Ano chodź, synu! — ponaglił ojciec.
Szli krok w krok, obok siebie. Ojciec i syn. Duży mężczyzna i mały mężczyzna. Podążając za wołu z dwukołowym półwozem, wyszli z osady prosto ku grodowi. Szli ramię w ramię, duży dorosły i mały dorosły. Pro wadziła ich wydeptana w trawach ścieżka, którą po tysiącu kroków dotarli do piaszczystej drogi. Tam spotkali ludzi z okolicznych osad. Pozdrowili ich i zostali pozdrowieni. Mężczyźni z wiosek szli budować gród i jego wysokie obronne umocnienia.
Bogdana siedziała przy krosnach rozstawionych przed chatą. Nie zostało jej wiele czasu, a miała jeszcze do utkania dwa ozdobne pasy i dwie chusty, czyli uroczysty strój na własny ślub. Zręczne palce Bogdany rozpoczęły taniec pomiędzy gęstwiną pasemek i sznureczków.
Najmłodsza z rodziny Ochna otrzymała tymczasem od mamy wiklinowy koszyk.
Tekst jest fragmentem książki Skoki przez epoki i powstał we współpracy z Wydawnictwem Literackim.
