Recepcja, korytarz, hotelowy bar – miejsca pozornie neutralne, w rzeczywistości gęsto naszpikowane obserwacją, hierarchią i władzą. Krakowskie hotele PRL funkcjonowały jako zamknięte mikrokosmosy, gdzie luksus stykał się z kontrwywiadem, a codzienność personelu i gości podlegała cichej kontroli..
Hotel w realiach PRL nie pełnił funkcji neutralnego zaplecza noclegowego. Przestrzeń ta porządkowała dostęp do miasta, regulowała kontakt z obcokrajowcami i stanowiła narzędzie kontroli przepływu ludzi, informacji oraz walut. Kraków – miasto dyplomatów, artystów i zagranicznych delegacji – należał do szczególnie uważnie obserwowanych punktów na mapie kraju. W tej perspektywie hotele przestają być tłem wydarzeń, a zaczynają działać jak instytucje władzy: ciche, skuteczne, pozornie niewidoczne.
Sekrety krakowskich hoteli
Elwira: Mój tatuś w trakcie wojny był pilotem Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii i Royal Air Force, służył w dywizjonach 301 i 304, został odznaczony najwyższym polskim odznaczeniem wojennym – Orderem Virtuti Militari. Gdy nie dostałam się na wymarzone studia i na jakiś czas musiałam odłożyć naukę na bok, tata wymarzył sobie, że zostanę oficerem. I tak, będąc jeszcze nastolatką, w 1970 roku trafiłam do milicji – do mojego, wkrótce ukochanego, wydziału ruchu drogowego.
Tekst jest fragmentem książki Łowczynie szpiegów, która czeka na Ciebie tutaj:
Przyznaję, że gdy na początku podczas wyjazdowego szkolenia w stolicy kazano mi kierować ruchem na Placu Dzierżyńskiego, dzisiejszym Bankowym, popłakałam się. Myślałam, że nie będę się do tego nadawać, ale po powrocie do domu, do Krakowa, okazało się, że radziłam sobie doskonale. Potrafiłam świetnie jeździć motocyklem, fajnie dogadywałam się z ludźmi, sprawnie kierowałam ruchem – moje zdjęcia trafiły nawet do gazet. W jednej z nich opatrzono je nagłówkiem „Baletnica krakowskich szos”.
Chyba więcej pouczałam, aniżeli machinalnie wypisywałam mandaty, więc nabrałam śmiałości w rozmowach z ludźmi. Tym łatwiej było mi, gdy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych trafiłam do Wydziału „B”, do hotelówki, czyli sekcji zajmującej się obserwacją i, właściwie przede wszystkim, pracą operacyjną na terenie hoteli.
Miałam obawy, bo od zawsze istniały antagonizmy pomiędzy milicją i służbami specjalnymi. Pamiętam jak dziś, gdy jeden z zastępców naczelnika Wydziału „B” mówił, że jego podoficer to „więcej niż oficer w milicji”. Choć komentarz nie był nawet skierowany do mnie, powiedziałam mu, że absolutnie nie zgadzam się z takim podejściem do sprawy. Moja interwencja spotkała się zresztą z uznaniem kolegów z „betki” i w ogólnym rozrachunku przekonałam się, że niesłusznie obawiałam się przejścia.
W hotelówce przyjęto mnie ciepło, a dodatkowo umożliwiono uzyskanie stopnia oficerskiego, co wcale nie było taką oczywistą rzeczą w przypadku kobiet. Jeszcze podczas służby w milicji skończyłam studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dwa lata czekałam na otrzymanie zgody na ich podjęcie, w końcu się udało. Trzeba przyznać, że milicja promowała rozwój naukowy – były urlopy szkolne, a nawet otrzymywałam specjalne premie za średnią powyżej cztery i pół. Natomiast faktem jest, że to dopiero z Wydziału „B” wysłano mnie na uczelnię resortową, po której zostałam oficerem.
Czym zajmowała się hotelówka? Mówiąc skrótowo: zabezpieczeniem pobytu figurantów, zwłaszcza obcokrajowców, w hotelach, obserwacją takich osób na terenie hotelu oraz koordynacją działań z sekcjami obserwacji w momentach, w których figurant wychodził na miasto. W Krakowie interesowały nas głównie hotele: Francuski, Cracovia, Holiday Inn, Forum i nieco mniej znane Monopol oraz Wanda. Zapomniałam wspomnieć, że mimochodem, poza pracą charakterystyczną dla służb specjalnych, byliśmy też jednostką szybko reagującą na nieco bardziej przyziemne problemy hotelu.
Ola: Gdy zwykli pracownicy widzieli w hotelu kradzież, mogli sobie dzwonić i dzwonić na milicję, a i tak się nie doczekali, bo milicja miała ich wiadomo gdzie. A jak Elwira zadzwoniła, to byli w dwie sekundy.
Elwira: Tak, reagowaliśmy na przypadki mniejszych i większych kradzieży, na kieszonkowców, na awantury, a nawet na sporadycznie zdarzające się bójki. Ale najważniejsze były sprawy nasze, niekryminalne.
W tamtych czasach hotel był miejscem szalenie interesującym. Dziś pokój w krakowskim hotelu może wykupić sobie każdy, nawet człowiek mieszkający dwie ulice dalej, który nie chce wracać do domu po dyskotece. A kiedyś takie miejsce było zarezerwowane wyłącznie dla ludzi spoza miasta – w dużej mierze dla obcokrajowców, w tym naturalnie dyplomatów.
Miejscowy nie mógł wejść i wziąć sobie pokoju – mogli to zrobić tylko przyjezdni, przy czym obowiązywały różne ceny. Polak miał stawkę jakąś tam, nieco wyższą miały demoludy, a jeszcze inna obowiązywała „KK”‹ Kraje kapitalistyczne.›. Dla Polaków pobyt w takim hotelu był problemem finansowym. To nie tak, że nikogo nie było stać – ale naprawdę mało kogo.
Ola: Bardziej budżetowe były tak zwane kwaterki. Na dworcach stali ludzie i krzyczeli „kwaterkę, na dwa dni kwaterkę”. Pobyt w hotelu to był luksus.
Elwira: Dla kontrwywiadu hotel stanowił doskonałe miejsce działań, bo kręciło się po nim międzynarodowe środowisko. Pracowałam w słynnym Hotelu Francuskim, potem zostałam szefową wydziału analitycznego, byłam trochę w Hotelu Cracovia, z „doskoku” w Hotelu Monopol, a następnie w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, już na etapie budowy, byłam odpowiedzialna z ramienia naszego wydziału za krakowski Hotel Forum, wówczas szczyt luksusu. Po jego oficjalnym otwarciu objęłam stanowisko szefowej komórki w Forum, w której poza mną pracowało czterech mężczyzn.
Kto wiedział, że jesteśmy ze służb? Goście oczywiście nie. Niejednokrotnie zdarzało się, że gdy stałam gdzieś w korytarzu lub przy recepcji, goście podchodzili do mnie z pytaniami, bo byli pewni, że jestem pracownicą hotelu. Natomiast autentyczni pracownicy oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, kim jesteśmy. Któregoś razu zostałam wysłana na trzydniową robotę do Hotelu Kasprowy w Zakopanem i tam funkcjonariuszowi „betki” pracownicy się wręcz kłaniali.
W Krakowie aż tak nie było. Niemniej niemal wszyscy wiedzieli, kim jesteśmy. Niektórzy dlatego, że sami się przyznaliśmy, a inni dlatego, że niestety słyszeli coś od współpracujących z nami kolegów i koleżanek. Reszta, nawet jeśli nie wiedziała na sto procent, to w większości się domyślała. Widzieli, że codziennie z jakiegoś powodu się tam kręcimy. Gdy pojawiał się ktoś nowy od nas, nieraz mijało trochę czasu, nim się zorientowali, kim jest, ale zazwyczaj w końcu się domyślali.
Pewnego razu przyszła do mnie koleżanka, która niedługo wcześniej zaczęła pracować w hotelówce, i powiedziała, że potrzebuje porady. Zapytałam, co się stało, a ona na to, że stała na terenie hotelu, szedł kelner i „klap” ją w pośladek. Wiedział, że jest ze służby? Nie wiedział? To było bez znaczenia. Powiedziałam jej, że ma się zachować nie jak funkcjonariuszka, tylko jak kobieta, którą ktoś bezczelnie klepnął w pośladek.
Ta biedna dziewczyna miała przejścia w hotelówce, bo koledzy robili jej psikusy. Niby niewinne, ale szkoda mi jej było. Któregoś razu przyszłam, a ona mówi, że pisze raport do szefa o zgodę na spalenie zwykłych śmieci. Domyśliłam się, że to chłopaki jej nagadali, że takie raporty się pisze, i jej to powiedziałam, ale ona była już tak wkręcona przez kolegów, że nie chciała mi uwierzyć. Pismo poszło do szefa, który potem wezwał mnie i pytał, co to za cyrk.
Biorąc pod uwagę fakt, że w hotelu mieliśmy własny pokój, do którego nikt nie miał wstępu, dla większości osób zatrudnionych w Forum było jasne, że jesteśmy ze służb. Nasza kanciapka znajdowała się zaraz przy recepcji – malutka, z ekranami, na których widzieliśmy obraz z tego, co dziś się nazywa monitoringiem, czyli po prostu z kamer hotelowych, które w Forum były – w odróżnieniu od starszych hoteli w Krakowie.
W hotelu zazwyczaj siedzieliśmy w godzinach od siódmej do dwudziestej drugiej, na dwie zmiany. Pierwsza od siódmej do czternastej i druga już do końca. Za czasów Forum mój dzień wyglądał tak, że za zgodą przełożonego pracowałam w nieco innych porach niż koledzy – wynegocjowałam sobie godziny od ósmej do szesnastej.
Koledzy przyjeżdżali na pierwszą zmianę na siódmą, bezpośrednio do hotelu. Około godziny czternastej jechało się na pogawędkę z kierownikiem hotelówki i kolegami z drugiej zmiany. W latach siedemdziesiątych, na długo przed powstaniem Hotelu Forum, odprawy naszej sekcji odbywały się w budynku przy Józefitów, natomiast z początkiem lat osiemdziesiątych przenieśli nas już na komendę na Mogilską. Po odprawie druga zmiana jechała do hotelu, a pierwsza do domu. Po godzinie dwudziestej drugiej zazwyczaj interes był zamknięty.
Ania: Życie nocne w tamtych czasach wyglądało zupełnie inaczej. Owszem, mógł sobie ktoś pójść do hotelowego baru, ale wychodzenie na miasto było dużo większą rzadkością. Restauracje pozamykane, dyskotek nie tak dużo.
Tekst jest fragmentem książki Łowczynie szpiegów i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak. Opracowanie, wstęp: Agnieszka Cybulska.
