Anna Zawadzka, Gorycz
Anna Zawadzka w książce Gorycz opisuje nam Niemcy od tej drugiej strony. W powszechnym mniemaniu „Rajch” to kraina mlekiem i miodem płynąca. Jednak nie dla każdego, a na pewno nie dla emigrantów zarobkowych. Ci, w pogoni za lepszym życiem, niejednokrotnie wpadają na minę w postaci uprzedzeń ze strony Niemców, którzy traktują innych nieco z góry, tak paternalistycznie, jakby byli wyższą cywilizacją samą w sobie.
Ale nie tylko o tym się dowiecie. Autorka, na własnej skórze, boryka się i styka z problemami zwykłych Niemców, którzy pomimo tej ogromnej ilości dobrobytu, nie potrafią się zintegrować społecznie, zwłaszcza z migrantami, których traktują z góry. Można odnieść wrażenie, że są oni zwykłymi ksenofobami, którzy widzą tylko własny punkt widzenia.
No cóż, to nie do końca prawda, choć nie da się ukryć, że w kontaktach z Niemcami ma się wrażenie zetknięcia się z pewnego rodzaju murem. To najjaskrawsza część wspomnień Anny Zawadzkiej. Ale nie myślcie, że cenzurka wystawiona naszym zachodnim sąsiadom jest jedynym aspektem tej książki. Byłoby to aż nazbyt wielkie uproszczenie. Ale o tym musicie przekonać się sami.
Niemcy – trudy życia na emigracji
W publikacji można znaleźć ciekawą diagnozę stylu życia ówczesnych Niemców. Z jednej strony, są oni przedstawicielami jednej z najsprawniejszych gospodarek świata. Beneficjentami dobrobytu, o jakim większość ludzi na Ziemi, może tylko pomarzyć. Wszędzie widać dostęp do rozbudowanej infrastruktury, szeroki dostęp do najróżniejszych usług oraz niezwykłą dbałość o środowisko. Ale to tylko jedna stron medalu, ta bardziej widzialna. Ta druga – skrzętnie skrywana, budzi, przynajmniej we mnie, poczucie wstydu, złość i ledwo skrywaną niechęć do tych, którzy nadal czują się lepsi…
Z drugiej strony, ogromny dobrobyt, niezwykła różnorodność kulturowa, generują ogromne koszty życia, z którymi przeciętni Niemcy mają coraz większe kłopoty. Niemieckie społeczeństwo mocno się skurczyło, a wielu pracowników zaczęło przechodzić na emerytury, dodatkowo obciążając budżet federalny.
W związku z tym, istnieje niezwykła potrzeba pozyskiwania pracowników z zewnątrz. Jednak w wyniku mniejszego lub większego uprzedzenia Niemców wobec pracowników ze Wschodu czy z Bliskiego Wschodu, w tym z Polski, są z tym coraz większe kłopoty. Trzeba ściągać pracowników z coraz dalszych krajów, z coraz mniejszym, wspólnym dorobkiem kulturowym. Co generuje kolejne kłopoty.
Z opisów Autorki wynika niezbicie, że głównym problemem dla obcych, którzy zdecydowali się pracować w Niemczech, jest wymóg znajomości języka niemieckiego. Wprawdzie większość Niemców zna obce języki, i świetnie się nimi posługuje, ale w pracy oraz w interakcjach społecznych, kładzie się ogromny nacisk na używanie właśnie tego języka. Jeśli nie znasz niemieckiego, jesteś wykluczony społecznie, kulturalnie. Tak bardziej obrazowo – czujesz się w Niemczech jak swobodny atom, który odbija się od muru milczenia. Przyznam, że to dosyć nieprzyjemna perspektywa.
Pragmatyczni Niemcy jednak znaleźli i na to sposób. Oferują, niejednokrotnie za darmo, różnego rodzaju kursy, szkolenia dla obcokrajowców, którzy wiążą swe losy z Niemcami. Ponadto silnie akcentują chęć integracji społecznej, co przejawia się w działalności licznych klubów i stowarzyszeń, mających na celu zdobycie akceptacji w niemieckim społeczeństwie, oraz brania w życiu społeczności aktywnego uczestnictwa.
Autorka jednak kreśli mankamenty takiej integracji. Z jednej strony Niemcy są wyraźnie paternalistyczni. Epatują swoją misją „ucywilizowania” obcych, czasem popadając w przesadę. Pod przykrywką życzliwości, posuwają się do jawnej ksenofobii, szydzenia i deprecjonowania znaczenia migrantów, którzy ośmielili się spojrzeć na niemiecki dobrobyt.
Ponadto wszystko jest ogromnie zbiurokratyzowane. I odnoszę wrażenie, że cały system jest tak skomponowany, aby uprzykrzyć pracownikom z innych krajów, ich pobyt w Niemczech. A może jest to test, którego celem jest selekcja najwytrwalszych, najsprytniejszych i najinteligentniejszych migrantów zarobkowych?
Polka na saksach
We „wspomnieniach” Autorki najbardziej spodobał mi się opis pewnego szoku kulturowego, jaki był jej udziałem. Stres wywoływała nie tylko wszędobylska, niezwykle skrupulatna i wścibska biurokracja, ale i bariery wynikające z odmiennego systemu wartości i nieznajomość języka niemieckiego. Zresztą czuć na każdym niemal kroku źle ukrywaną ogładę.
W twarz (zazwyczaj) nie usłyszycie żadnych obelg – to jest bowiem rzadkością. Niemcy powszechnie boją się być posądzeni o rasizm, i wiąże się to dla nich z ostracyzmem społecznym i problemami administracyjnymi. Jednak „w powietrzu” czuć irytację „błędami” obcych. Wszystko to dzieje się jakby szeptem, przez co wielu migrantów zarobkowych czuje się, jakby niemiecka uprzejmość była wymuszona, pragmatyczna i sztuczna.
Oczywiście w książce Anny Zawadzkiej znajdziecie nie tylko „złych Niemców”, bo na swej drodze spotkała również wielu naprawdę fajnych ludzi. Jednak to właśnie ci uprzedzeni, zaślepieni swoja „wyjątkowością” Niemcy, odcisnęli w niej ogromne piętno, które wpłynęło na postrzeganie Niemiec jako kraju, używając cytatu z przemowy pewnego polskiego polityka z innym kontekstem, (ale na potrzeby tej recenzji jakże użytecznym) – „dzikich ludzi”.
Polskie uczelnie od kulis
Drugim aspektem książki jest zapis tego, co w naszej rodzimej Polsce piszczy. Tym razem pod lupę wzięte zostały polskie elity intelektualne. I wiecie co – Zawadzka nie wystawia im wcale lepszej oceny, niż ta, którą przypisała Niemcom. Autorka pisze o niesamowitym zakłamaniu, istnej walce kulturowej, której jedynym celem jest uzyskanie pewnego statusu i w nim pozostanie. Nie ważny jest koszt społeczny, i ilu ludzi stratuje się po drodze na szczyt. Liczy się kasa i władza. Czasem urozmaicone seksem.
Praca na uczelni? To ciężki kawałek chleba, zwłaszcza jeśli nie ma się znajomości. Cięte uwagi, dwuznaczne wypowiedzi, ledwo skrywany seksizm, poczucie wyższości względem gorzej sytuowanych. Wprawdzie są jakieś tam prawa, obowiązki wobec „braci uczelnianej”, ale to tylko gra pozorów, która niejednokrotnie skrywa pewną dozę dramatów. Mniej lub lepiej tuszowanych. Kto studiował, ten wie. Tak po prostu.
Nie od dziś wiadomo, że w Polsce tym, co najbardziej się liczy w robieniu kariery, są znajomości. Co tam inteligencja? Co tam zaangażowanie kulturowe, naukowe czy społeczne. Jeśli nie masz pleców, nic nie znaczysz! Środowisko elit III RP jest niezwykle hermetyczne. I chyba mało kogo dziwi to, że pewne nazwiska powtarzają się w naszej historii od co najmniej XVIII wieku. Przypadek? A może celowe stawianie barier tym, którzy mogliby się wybić?
Czytając te nieco uszczypliwe, ale jakże prawdziwe uwagi, miałem wrażenie, że cofnąłem się do czasu własnych studiów, podczas których ważniejsze były „plecy” niż moje, koleżanek lub kolegów, zaangażowanie. Lepsze argumenty mieli ci, którzy należeli do rodziny grona profesorskiego, niż ci, którzy jak ja, byli ambitni, pyskaci i zaangażowani w to, co robią. I to był jeden z głównych powodów, dla których odszedłem z uczelni…
Gorycz – podsumowanie
Przyznam, że początkowo traktowałem tę publikację jako zapis kobiety, która nie porodziła sobie z życiem w Polsce, ale także i zagranicą. Dlatego część jej wypowiedzi miało dla mnie aspekt wylewania żalów na „złych” Niemców. Bo co do naszego podwórka nie mam żadnych zarzutów – to zapis stanu faktycznego. Kto studiował, ten wie…
Jednak im dalej, tym bardziej zacząłem dostrzegać problemy, o których Zawadzka pisze. Zacząłem dostrzegać ogromną empatię samej Autorki, która zetknęła się z systemem, do którego nie tylko nie była przygotowana, ale i systemem, który został tak skonstruowany, aby eliminować elementy słabe. Zarówno w ojczyźnie, jak i w Niemczech. Dziwny to paradoks, że dwa narody, niejednokrotnie sobie wrogie, łączy tak wiele.
Książka liczy 216 stron. To obraz współczesnych Niemiec, które same borykają się z wieloma problemami, i nie koniecznie potrafią je rozwiązać. Książka pisana jest oczami kobiety, która osobiście wpadła na górę lodową, która ją pochłonęła, i mimo szczerych, i dobrych chęci, zaszczepiła w niej tytułową gorycz.
Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.