Grzegorz Głuszak, Nie przyznam się, nie ja zabiłam
W grudniu 1997 roku na warszawskim Nowym Świecie doszło do zbrodni, a właściwie do egzekucji. W jednym z ekskluzywnych butików doszło do ataku na rodzinę właścicieli sklepu. Mężczyzna został zamordowany, a jego żona ledwo uciekła z objęć kostuchy. Gdy tylko odzyskała świadomość, o sprawstwo tej zbrodni posądziła swoją byłą pracownicę Beatę Pasik. Problem w tym, że kobieta miała mocne alibi i nie przyznawała się do winy…
Po latach procesów pani Beata została skazana na karę 25 lat więzienia. Czy była winna, a może padła ofiarą pracodawczyni z którą miała na pieńku? Na te pytania stara się znaleźć odpowiedź Grzegorz Głuszak w swej nowej książce pod tytułem „Nie przyznam się Nie ja zabiłam”.
Wątpliwości
Na wstępie przyznam, że nie słyszałem o tej sprawie. Wprawdzie sama nazwa „Ultimo” coś mi mówi, ale jeszcze miesiąc temu nie potrafiłem nic więcej na ten temat powiedzieć. Książka Głuszaka była pierwszą pozycją o tym temacie, więc początkowo wydawała mi się bardzo interesująca. Ale gdy wkrótce w moje ręce wpadła inna publikacja o tej samej sprawie, i moje podejście do sprawy diametralnie się zmieniło.
Po pierwsze – odniosłem wrażenie, że Autor stara się rozwikłać tę sprawę na siłę. Nie zawsze podąża za reporterskim warsztatem, dając ponieść się, nie wiem czy bardziej fantazji, czy może chęci rozwikłania sprawy po myśli kobiety, którą wybrał na damę w opresji. Wiele z wysnuwanych tutaj tez, czy metod działania, pozostawia sporo do życzenia. Niektóre tezy są naciągane albo powtarzane aż do znudzenia. Nie rozumiem takiego zabiegu. Przecież potencjalny czytelnik nie jest aż takim ignorantem, żeby zapominać co przed chwilą przeczytał. A może bardziej chodziło o taką delikatną manipulację, żeby zakodować w głowie czytającego myśl – „O kurcze, coś jednak jest na rzeczy”?
Po drugie – niektóre wywody i wypowiedzi są za długie. A to źle, bo nie dość, że niczego nie wnoszą do całej sprawy, ale i sprawiają, że czytelnik mocno się nudzi, męczy i zwyczajnie ma poczucie, że został oszukany. Takie przeciąganie budziło we mnie nie tylko rozczarowanie, ale i złość, bo podświadomie czułem, że ktoś próbuje mnie wpuścić w maliny.
Po trzecie – nawet jeśli Autor odkrywa coś nowego, coś co mogłoby sprawę ruszyć do przodu, jego dalsza argumentacja i przeciąganie, doszukiwanie się nowych – w moim odczuciu wydumanych dowodów – niweczy to, co już osiągnął. Ma się wręcz wrażenie, że to bardziej książka życzeniowa niż reportaż. Głuszak ewidentnie szuka dowodów na siłę. Przepraszam, ale tak podpowiada mi serce, umysł i przyzwoitość.
Po czwarte – reporter zamiast prowadzić nas na trop „spisku”, zajęty jest autorytarnym relacjonowaniem, które dowody są ważne, a które nie. Deprecjonuje wyniki śledztwa policji, a niektóre dowody wręcz wyklucza. Mam poczucie, że Autor dobiera sobie dowody według własnego widzi mi się. Co gorsza, co chwilę rzuca mocno paternalistyczne, wręcz egocentryczne wywody typu „pies zamerdał ogonem i Beata została skazana”. Nie wiem czy jako wzięty reporter zdaje sobie sprawę, że zwierzęta mają bardziej rozwinięte zmysły, i w przeciwieństwie do człowieka, rzadko kiedy oszukują. Jeśli uważa, że pies był niekompetentny, powinien to udowodnić.
Po piąte – książka napisana jest w taki sposób, że wyczuwa się nadmiar, natłok i chaos. Jestem przyzwyczajony do jasnych, rzetelnych i konsekwentnych informacji, dobrze udokumentowanych. A tutaj tego zabrakło. Bardziej kojarzy mi się to ze ściganiem przysłowiowych czarownic, niż dobrze przemyślaną praktyką.
Wreszcie po szóste – tym, co najbardziej wkurza mnie jako czytelnika, to wszechogarniające odczucie wielkiego ego pana Grzegorza. Nie wiem na jakiej podstawie przypisuje sobie nieomylność. Nie rozumiem, dlaczego pomija to, co wydaje się pewne, a rozwija to, co jest mgliste i czyni z tego prawdę objawioną. W książce znajdziecie cały ogrom cierpkich uwag, deprecjonujących to, co nie odpowiada wysnuwanej przez niego tezie. Zaś to, co sam mówi czy myśli, ukazane jest jak Dziesięć przykazań…
A szkoda, po potencjał był. Życzę Panu Głuszakowi trochę więcej pokory, mniej emocji i zastanowienia nad sensem własnych dociekań. Może gdyby książka była zredagowana inaczej moja ocena byłaby inna. Tym bardziej, że po lekturze innej pozycji o tej samej sprawie, mam wiele wątpliwości. Ale jest jak jest…
Podsumowanie
Publikacja zawiera się na 520 stronach tekstu i z niewielką ilością zdjęć. Nie bardzo wiem jak zabrać się do oceny tej pozycji. Mam wątpliwości co do wywodów Autora, metod jakimi operuje, oraz stopnia jego zaangażowania w tę sprawę. Odniosłem wrażenie, że stara się udowodnić coś na siłę. Nawet jeśli w czymś ma rację, jego zabiegi, często dwuznaczne, chybiają celu. Przepraszam, ale zdecydowanie bardziej podoba mi się książka Olgi i Łukasza Herringa. Czytajcie na własną odpowiedzialność.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.