Jacob Kushner, Biały terror. Neonaziści w Niemczech

Biały terror |Recenzja

Jacob Kushner, Biały terror. Neonaziści w Niemczech

Jak to w ogóle możliwe, że przez tyle lat nikt nie połączył faktów? Kolejne zabójstwa, podobny schemat, a mimo tego śledztwa idą w zupełnie inną stronę. Im dalej w lekturę książki Biały terror, tym bardziej to pytanie wraca i zaczyna ciążyć.

Najmocniejsze wrażenie po lekturze bierze się z jednego prostego i bardzo nieprzyjemnego wniosku: największym sprzymierzeńcem przemocy wcale nie bywa fanatyzm samych sprawców, tylko cudza niezdolność do rozpoznania jej na czas. Właśnie wokół tego pracuje cała opowieść Kushnera. Nie wokół sensacji, nie wokół łatwego oburzenia, nie wokół prostego rozdziału na winnych i niewinnych. Chodzi o coś znacznie bardziej niewygodnego. O społeczeństwo, które lubi wierzyć, że najgorsze ma już za sobą, a potem patrzy na kolejne zbrodnie i długo nie potrafi nazwać ich po imieniu.

Punkt wyjścia jest znakomity, bo od razu ustawia napięcie. Zwickau, listopad 2011 roku, płonące mieszkanie, kobieta ratująca dwa koty, potem biały kamper, martwi mężczyźni, broń, łuski, chaos i pytanie, kim właściwie byli ludzie, których przez lata traktowano jak zwykłych bandytów od napadów na banki. Kushner bardzo szybko odsłania, że napady były tylko narzędziem. Prawdziwym celem pozostawało mordowanie imigrantów i sianie rasistowskiego terroru. Już w prologu pojawia się zresztą sedno całej historii: sprawcy nie wyrośli w próżni, nie zradykalizowali się samotnie, nie działali w społecznej pustce. Za nimi stało środowisko, ideologia, sieć powiązań, informatorzy, zaniedbania i fatalne decyzje państwa.

Bardzo dobrze działa sam układ całości. Trzy części i dwadzieścia jeden rozdziałów pozwalają autorowi rozłożyć materiał na etapy: od Jeny, Winzerclubu, młodości sprawców i krajobrazu po zjednoczeniu Niemiec, przez kampanię przemocy i śledcze ślepe uliczki, aż po proces, pytania o odpowiedzialność służb i późniejsze niemieckie rozliczenia. Taki porządek robi różnicę.

Dzięki niemu historia NSU nie zamienia się w reportaż o „dziwnej sprawie kryminalnej”, lecz układa się w opowieść o państwie, pamięci, przemocy i społecznych złudzeniach. Sam spis treści pokazuje, jak świadomie Kushner rozpisuje tę drogę: „Odrodzenie narodu”, „Nowi naziści”, „Zamieszki w Rostocku”, „Informatorzy i agenci”, później „Turecka mafia znów atakuje”, „Operacja Konfetti”, „Sala rozpraw numer 101”, „Terrorystka zabiera głos” i wreszcie „Niemieckie rozliczenia”. Już z samych tytułów widać, że chodzi o coś szerszego niż rekonstrukcja jednej grupy zabójców.

Pierwsza część daje sporo materiału do myślenia, bo Kushner wraca do momentu, w którym wszystko jeszcze wygląda zwyczajnie. Jena z początku lat dziewięćdziesiątych, młodzi ludzie bez szczególnego planu na siebie, klub młodzieżowy, osiedla, nuda, włóczenie się, poczucie bycia zostawionym samemu sobie. W tej części nie ma taniej psychologii. Nie dostajemy prostego równania: bieda plus chaos równa się neonazizm.

Autor robi rzecz znacznie uczciwszą.

Pokazuje środowisko, w którym frustracja, rozpad dawnych punktów odniesienia i pustka po transformacji tworzą przestrzeń, gdzie skrajna prawica może wejść bez wielkiego oporu. W dawnym NRD kapitalizm nie przyszedł jako obietnica nowego życia dla wszystkich. Przyszedł razem z likwidacją zakładów, bezrobociem, upokorzeniem i poczuciem, że ktoś inny rozdaje karty. W takim świecie bardzo łatwo sprzedać młodym ludziom narrację o odebranej godności, zdradzie i konieczności wskazania winnego.

Kushner wyraźnie to pokazuje na tle przemian po 1989 roku, prywatyzacji, rozpadu dawnej stabilności i rosnących dysproporcji między wschodem a zachodem Niemiec.

Szczególnie mocno wypada wątek Winzerclubu. Miejsce, które w założeniu miało przyciągać trudną młodzież i dawać jej wsparcie, staje się jednym z punktów styku dla radykalizujących się nastolatków. Pomysł politycznie wyglądał rozsądnie: wyciągnąć młodych ludzi z ulicy, wprowadzić ich w nowe realia, dać kontakt z pracownikami społecznymi, zaproponować jakieś ramy. W praktyce część takich miejsc, zwłaszcza na wschodzie kraju, zaczęła gromadzić ludzi kipiących gniewem i gotowych zamienić frustrację w ideologię.

To bardzo ważny fragment całej książki, bo pokazuje rzecz banalną i jednocześnie trudną do przyjęcia: dobre intencje instytucji nie wystarczają, kiedy rzeczywistość społeczna pęka głębiej, niż państwo chce przyznać. Klub nie „wyprodukował” terrorystów, ale świetnie pokazuje, jak cienka bywa granica między integracją a bezradnością, kiedy narzędzia okazują się za słabe wobec środowiskowej radykalizacji.

Świetnie wypada też portretowanie sprawców. Kushner nie robi z nich nadludzi zła ani demonicznych figur rodem z taniego thrillera. Beate Zschäpe, Uwe Mundlos i Uwe Böhnhardt pojawiają się najpierw jako młodzi ludzie zanurzeni w bardzo konkretnym czasie i miejscu. Szczególnie ciekawie prowadzony jest Mundlos. Inteligentny, dobrze się uczący, z domu, którego nie da się wrzucić w prosty stereotyp patologii, a jednocześnie stopniowo osuwający się w coraz bardziej otwarty neonazizm. Właśnie ten brak wygodnego schematu robi tu robotę.

Fanatyzm nie zostaje przypisany wyłącznie marginesowi, biedzie albo „złym rodzinom”. Przemoc rośnie także tam, gdzie łatwo byłoby wcześniej powiedzieć: porządny chłopak, dobre zaplecze, nic szczególnego. Taki zabieg ma ciężar filozoficzny, bo rozsadza uspokajający obraz zła jako czegoś egzotycznego, oddalonego i łatwego do zidentyfikowania.

Bardzo ważna jest tu teza, którą spokojnie da się obronić materiałem książki: biały terror rośnie najłatwiej tam, gdzie większość nie chce zobaczyć go jako własnego problemu. Kushner nie musi jej formułować wielkimi literami. Wystarczy prześledzić powtarzalność wydarzeń. Kolejne zabójstwa. Kolejne śledztwa. Kolejne podejrzenia kierowane pod zły adres. Kolejne sytuacje, w których rodziny ofiar są okłamywane albo wtłaczane w opowieści o mafijnych porachunkach. Właśnie ta powtarzalność robi największe wrażenie.

Nie chodzi już o „pomyłki”. Chodzi o wzór myślenia. O aparat państwa, który łatwiej podejrzewa imigrantów i ich bliskich, niż dopuszcza możliwość, że sprawcami są biali Niemcy prowadzący kampanię terroru na tle rasistowskim. Prolog mówi to zresztą brutalnie jasno: podczas gdy policja ignorowała tropy prowadzące do białych sprawców, mężczyźni tureckiego i greckiego pochodzenia ginęli jeden po drugim.

Najlepsze fragmenty nie dotyczą zresztą wyłącznie samych zbrodni, ale rodzin ofiar. W tym miejscu reportaż zyskuje ciężar, którego często brakuje książkom o przemocy politycznej. Nazwiska nie są tu wyłącznie punktami w aktach. Gamze Kubaşik, Semiya Simşek i inni bliscy zamordowanych wracają jako ludzie zmuszeni żyć nie tylko z żałobą, ale też z dodatkowym upokorzeniem: państwo, które powinno szukać prawdy, potrafiło przez lata traktować ich jak element problemu. Kushner nie musi podbijać emocji.

Wystarczy sam układ faktów. Jeden człowiek zastrzelony w miejscu pracy. Potem kolejny. I jeszcze jeden. A w tle aparat śledczy, który zamiast postawić uczciwe pytanie o rasistowski motyw, szuka winy po stronie tych, którzy już i tak zostali skrzywdzeni. Z tego bierze się najważniejsza refleksja etyczna całej książki: zbrodnia nie kończy się w chwili pociągnięcia za spust. Czasem trwa dalej w języku raportów, w ślepych procedurach, w instytucjonalnym uporze.

Kushner bardzo uważnie pokazuje też, że terroryzm nie potrzebuje wyłącznie ideologii i broni. Potrzebuje infrastruktury. Potrzebuje ludzi, którzy pomogą, przemilczą, dostarczą kontaktów, mieszkania, pieniędzy, dokumentów. Potrzebuje środowiska, w którym sprawcy nie są samotnymi wilkami, tylko ogniwem większego układu.

Stąd ogromne znaczenie rozdziałów o informatorach, agentach i powiązaniach wokół skrajnej prawicy. Szczególnie mocno brzmi fragment prologu mówiący o przywódcy środowiska współpracującym z władzami, który publiczne pieniądze wykorzystywał do radykalizowania młodych Niemców. Tu historia przestaje być opowieścią o „trzech szaleńcach”, a zaczyna być wiwisekcją systemu, który przez lata współfinansował własny problem albo przynajmniej nie potrafił od niego odciąć rąk.

Kolejna rzecz: przemoc w tej opowieści nie jest wybuchem, lecz procesem oswajania. Najpierw symbole, muzyka, wspólnota, rytuały, hasła, poczucie siły. Później bomby, broń, napady, mordy. Kushner dobrze pokazuje, że radykalizacja rzadko przychodzi w pełnym rynsztunku. Zaczyna się od drobniejszych gestów, od estetyki, od języka, od granic przesuwanych po trochu.

Dlatego tak ważny okazuje się cytat z Toma Metzgera umieszczony na początku: „zaczynajcie od drobnych rzeczy”. W zestawieniu z późniejszą historią brzmi jak instrukcja obsługi dla całego ruchu. Najpierw wiele małych zwycięstw, potem coś znacznie gorszego. Taki układ ma ogromną siłę ostrzegawczą. Przemoc polityczna nie zawsze wygląda od razu jak przemoc polityczna. Bywa banalna, niby lokalna, niby rozproszona. Dopiero po czasie widać, że każdy z tych drobnych etapów budował coś dużo większego.

Druga część książki, skupiona na kampanii terroru, jest z premedytacją gęsta. Kolejne zabójstwa, bomby, broń, rytm śledztw, media, język publiczny. Taka konstrukcja chwilami przytłacza, ale właśnie to przytłoczenie wydaje się uczciwe wobec materiału. Nie ma tu komfortu czytelnika, który dostaje starannie wypolerowaną fabułę. Zamiast tego pojawia się nadmiar faktów, nazwisk i błędów. Z każdą kolejną stroną coraz wyraźniej widać, że nie chodzi o serię osobnych spraw, lecz o jedną długą historię, której państwo nie potrafiło poskładać.

Właśnie w tym sensie narracja Kushnera ma wymiar filozoficzny. Zmusza do pytania o naturę poznania zbiorowego. Co musi się wydarzyć, żeby wspólnota zobaczyła wzór, który wcześniej miała przed oczami? Jak silne muszą być uprzedzenia, skoro potrafią rozproszyć nawet tak oczywiste podobieństwa? Ile razy trzeba źle zinterpretować rzeczywistość, żeby wreszcie przyznać, że problem leży w samym sposobie patrzenia?

Bardzo dobrze wypada też część procesowa. Sala rozpraw nie przynosi oczyszczającego finału. Nie ma tu hollywoodzkiego momentu prawdy, po którym wszyscy wychodzą pogodzeni z historią. Pojawiają się za to świadkowie, dawni skinheadzi, byli punkowcy, pytania o wywiad, niszczone dokumenty, publiczne pieniądze trafiające do środowisk, które miały być monitorowane, a nie wzmacniane. Proces odsłania raczej skalę kompromitacji niż poczucie sprawiedliwego zamknięcia.

W pewnym sensie właśnie tu cała opowieść osiąga największą gęstość moralną. Zbrodnie są już znane. Sprawcy zostali wskazani. A mimo tego zostaje świadomość, że nadal nie wszystko zostało naprawdę rozliczone. Że część odpowiedzialności rozpływa się pomiędzy instytucjami, procedurami i wygodnym zapomnieniem. Prolog bardzo celnie zapowiada ten kierunek, wspominając o „szpiegu w kafejce internetowej”, niszczeniu dokumentów i pięcioletnim procesie, który zmusił Niemcy do zderzenia z własnym obrazem siebie.

Najciekawsze okazuje się jednak coś jeszcze. W całej tej historii nie chodzi wyłącznie o neonazistów. Chodzi o pytanie, czym właściwie jest nowoczesne państwo pamięci. Niemcy od dekad budują wizerunek kraju, który przepracował narodowosocjalistyczną przeszłość, rozwinął język odpowiedzialności i stworzył system polityczny odporny na dawny fanatyzm.

Kushner nie burzy tego obrazu prostym gestem. Robi coś trudniejszego. Pokazuje, że pamięć historyczna bez czujności wobec teraźniejszości potrafi zamienić się w wygodny rytuał. Można mieć pomniki, edukację, rocznice, deklaracje i jednocześnie przez lata nie rozpoznawać współczesnej przemocy rasistowskiej. Właśnie tu leży jeden z najbardziej gorzkich sensów całej książki: przeszłość nie daje gwarancji moralnej. Świadomość historyczna nie chroni automatycznie przed ślepotą. Czasem nawet usypia, bo pozwala uwierzyć, że skoro tamto zostało nazwane i potępione, podobne rzeczy nie mogą już wrócić w nowej formie.

Epilog rozszerza perspektywę poza Niemcy i robi to przekonująco. Pojawiają się Stany Zjednoczone, kolejne zamachy na tle rasistowskim, podwójne standardy w nazywaniu terroryzmu i bardzo konkretna uwaga, że prawne narzędzia istnieją, tylko stosuje się je inaczej wobec „terrorystów międzynarodowych” i inaczej wobec przemocy wewnętrznej skrajnej prawicy. W tym miejscu całość przestaje być opowieścią o jednym kraju z jego lokalną winą.

Zaczyna działać jak lustro przyłożone do szerszego Zachodu. Każde społeczeństwo lubi myśleć, że zagrożenie przychodzi z zewnątrz. Znacznie trudniej przyjąć, że bywa wyhodowane lokalnie, przez sąsiadów, kolegów, współobywateli, ludzi mówiących tym samym językiem i roszczących sobie prawo do bycia „bardziej u siebie” niż inni. Końcowe partie bardzo mocno podkreślają właśnie tę lekcję: biały terror da się ograniczać dopiero wtedy, gdy zostanie rozpoznany i nazwany bez uników.

Od strony pisarskiej Kushner prowadzi to wszystko sprawnie. Styl pozostaje reportażowy, ale nie popada w efekciarstwo. Dużo konkretu, dużo scen, sporo ludzkich detali, które nie służą ozdobie, tylko porządkują ogromny materiał. W nocie o źródłach autor zresztą uczciwie uprzedza, na czym pracował: ogrom dokumentacji, protokoły sądowe, śledztwa władz federalnych i parlamentarnych, rozmowy z uczestnikami zdarzeń, także z rodzinami ofiar i próbami dotarcia do osób oskarżanych o współudział albo zaniedbania. To czuć niemal na każdej stronie. Za opowieścią stoi ciężka robota, a nie wyłącznie reporterski słuch do mocnych scen.

Najkrócej można by ująć sens lektury tak: historia NSU pokazuje, że przemoc rasistowska zaczyna się dużo wcześniej niż pierwszy wystrzał, a kończy dużo później niż wyrok. Zaczyna się w języku, w środowiskach, w społecznej frustracji, w przyzwoleniu na drobne przesunięcia granic. Kończy się dopiero wtedy, gdy wspólnota jest gotowa zobaczyć, że sprawcy nie przyszli znikąd, nie byli anomalią oderwaną od reszty, tylko produktem bardzo realnego świata.

Najbardziej niepokojące nie jest samo istnienie fanatyków. Najbardziej niepokojące okazuje się to, jak długo fanatyzm potrafi uchodzić za coś pobocznego, lokalnego, niezbyt ważnego. Wtedy przemoc ma najlepsze warunki, żeby rosnąć.

Po lekturze zostaje więc nie tyle pytanie o troje sprawców z Jeny, ile pytanie znacznie bardziej kłopotliwe: ile przemocy trzeba jeszcze przeoczyć, zanim społeczeństwo przestanie ufać własnym wygodnym narracjom.


Wydawnictwo Czarne
Ocena recenzenta: 6/6
Agnieszka Cybulska


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Czarne. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.