Simone Pieranni, 2100. Jak Azja tworzy naszą przyszłość
W Azji istnieją i nieustannie rozwijają się ciekawe twory państwowe i społeczne. To zupełnie inna rzeczywistość, taka, w której wszystkie sprzeczności, często wbrew zachodniej logice, potrafią istnieć obok siebie, łączyć się, a czasem nawet współdziałać. Azja to jak inny kosmos, gdzie wszystko jest możliwe. Łączy się tutaj spuścizna tego, co dawne, z tym co ultranowoczesne.
Azja – nie taki dziki ląd…
W naszej świadomości kraje azjatyckie to świat za późnień (no może poza Koreą Południową, Japonią i ostatnio Chinami i Tajwanem). Mylnie sądzimy, że wszędzie panuje swoisty terror, opresja, brak ogłady i w zasadzie – upadek cywilizacji. A przecież to nieprawda. Wiele z azjatyckich społeczności trwa nieprzerwanie od tysięcy lat, i jeśli wierzyć we wszystko, co znalazłem w tej pozycji – jeszcze długo będzie trwać.
Książka jest niezwykle ciekawa, gdyż opisuje różne aspekty problemów, z którymi borykają się liczne azjatyckie społeczności. Jest więc o demokracji, różnych odmianach władzy autorytarnej, o inwigilacji, nowych technologiach… Jest o chęci wyrwania się z konfucjańskiej/buddyjskiej/chrześcijańskiej tradycji, która – w pewnych aspektach, a czasem w całości – nie potrafi przystosować się do zmian, jakie zaszły w tym regionie świata w przeciągu ostatniego półwiecza. Jeśli sądziliście, że to my, na Zachodzie, stanowimy awangardę przyszłości, jesteście w ogromnym błędzie. To, co u nas się dzieje, jest tylko cieniem zmian, które już od dawna istnieją na Dalekim Wschodzie.
Nie ma co ukrywać. Głównymi bohaterami książki są głównie tak zwane azjatyckie tygrysy, czyli państwa, które w bardzo szybkim tempie się bogacą, przekształcają, stając się widownią wielkiego bogactwa i niesamowitych zmian.
Oczywiście, nie zawsze przemiany nadążają za technologią, o czym można przekonać się na przykładzie choćby Filipin, w których brak tak podstawowego prawa jak możliwość wzięcia rozwodu. Mąż-partner ma nieograniczoną władzę nad kobietą – może ją bić, gwałcić, a kobieta – wedle prawa – nie może wnosić o rozwód. Na przeszkodzie tego, stoi bowiem konserwatyzm polityków i niezwykle silna pozycja tamtejszego kościoła katolickiego. A samo społeczeństwo chciałoby wprowadzenia szybkich rozwodów…
Zupełnie diametralna sytuacja ma miejsce w Południowej Korei, gdzie kobiety nie tylko nie chcą rodzić dzieci, ale i nie są skore do zawierania małżeństw. Dla nich lepszym wyborem jest zapłodnienie in vitro, niż borykanie się z mężczyznami. Zresztą kraj ten jest dosyć symptomatyczny z wielu względów. Nie wiedziałem na przykład, że Korea Południowa to istna Mekka dla specjalistów od operacji plastycznych. Podobno, pół świata zjeżdża tutaj, aby poprawić mankamenty swojej urody. Ciekawie czyta się również o południowokoreańskiej demokracji, żywotnej jak chyba nigdzie indziej poza Tajwanem.
Choć moim zdaniem tytuł jest nieco na wyrost, bo Autor opisuje raczej perspektywę najbliższej dekady, może dwóch. Rok 2100 z pewnością jest tak nierealny, jak podróż z Krakowa na Wenus i z powrotem. Azjatyckie państwa są zbyt energiczne, zbyt intensywnie się rozwijają, aby można było uchwycić aż tak daleko procesy, które staną się ich przyszłością.
Ich teraźniejszość, nasza przyszłość?
Nie da się jednak ukryć, że pod wieloma względami, kraje azjatyckie już są przed nami. Tam już wiele problemów stanowi żywotny problem. Kwestie klimatyczne są na porządku dziennym. I to wcale nie Unia Europejska przoduje w rozwiązywaniu tych problemów. Z pewnością daleko w tyle zostawiły nas Chiny, Korea Południowa.
Dla przykładu, taki niewielki Singapur stanowi centrum rewolucji żywnościowej. Tutaj bowiem tworzy się pokarmy wytwarzane w laboratoriach. Podczas gdy my zastanawiamy się nad wprowadzeniem zakazu uboju rytualnego czy zabijania zwierząt dla futer, w Singapurze coraz większe znaczenie zdobywa sobie mięso hodowane w probówkach. Biznes jest na tyle dochodowy, że zaczynają się nim interesować wielkie koncerny azjatyckie.
Ciekawie czytało się również o państwach, które w naszej świadomości raczej nie goszczą. Już nieco napisałem o Filipinach, a są jeszcze przecież takie kraje jak Nepal, Tajlandia, Kazachstan czy Indonezja. W Nepalu i Tajlandii od jakiegoś czasu funkcjonuje możliwość zawierania małżeństw jednopłciowych, a w tym pierwszym istnieje nawet adopcja dzieci przez takie pary. W Kazachstanie powstają centra dowodzenia życiem miast. Obserwatorzy wiedzą dosłownie wszystko i mogą reagować na bardzo wiele zagrożeń. Co ciekawe – na razie taka permanentna inwigilacja nikomu nie przeszkadza (a przynajmniej nikt o tym nie mówi otwarcie).
Indonezja zaś właśnie buduje najnowocześniejsze miasto świata. W założeniach, nowa stolica – Nusantara – ma być miastem przystosowanym dla potrzeb ludzi. Wszystko ma być blisko, i ma być łatwo dostępne. Ma być przestronnie, pięknie i zielono. A stara Dżakarta zwyczajnie – w nieco dłuższej perspektywie – zapadnie się pod wodę. Kto by nad tym się rozwodził? Życie musi trwać.
Kolorowo, ale z problemami
Autor w swojej książce pisze nie tylko o zmianach, jakie zachodzą pod względem technologicznym. Znajdziemy tutaj również nieco historii, opis charakterystycznych rys społecznych czy tradycyjnych ról, które obecnie przeżywają kryzys. A może po prostu ulegają przemianom. Tak czy siak, Azja tętni życiem.
To nie tylko świat autorytarnych dyktatur, ale i niecodziennych zmian w światopoglądzie, tradycjach, czy życiu społecznym. Dla przykładu – jeśli na Zachodzie panuje względna obawa wobec nowinek technologicznych, to w Azji jest zupełnie inaczej. Na Zachodzie boimy się ziszczenia się którejś z wizji apokalipsy, z urzeczywistnieniem tego, co mogliśmy obejrzeć na przykład w filmach o Terminatorze. Zaś w Azji wierzy się, że każdy przedmiot ma duszę. Tamtejsi ludzie postrzegają roboty, które coraz częściej znajdują zastosowanie w życiu codziennym człowieka, jak istoty uduchowione. Stają się one członkami ich rodzin, ich społeczności. Tam, gdzie my widzimy obawy, Azjaci dostrzegają zalety, możliwości, okazje.
Zmiany technologiczne przynoszą jednak również problemy, które w jakimś stopniu przywodzą nam na myśl książki Orwella. Przykładem są znowu Filipiny, w których rządzą tak naprawdę trzy dynastie, wymieniające się na najwyższych stanowiskach. Przedstawiciele tych rodów nie tylko, że potrafią wykorzystywać media społecznościowe do zdobycia „stołka”, ale i przy ich użyciu, czyszczą swe dzieje. Potrafią zmanipulować historię, tak aby ich poprzednicy zdawali się być wizjonerami, mężami stanu, dla których najważniejsze było dobro obywateli. Pal licho, że defraudowali miliardy, że terroryzowali, mordowali. Dziś są niemalże czyści, a jutro – pewno staną się bohaterami narodowymi. Co gorsza, w podobnym kierunku, zdają się iść inne azjatyckie państwa, w których jeszcze do niedawna panowali dyktatorzy czy pierwsi sekretarze…
Simone Pieranni stara się nie komentować obserwowanych zmian. Próbuje zachować stoicki obiektywizm, ale nie zawsze mu to wychodzi. Miejscami przytacza wnioski europejskich badaczy, którzy wieszczą różne problemy, które wynikają z tej transformacji krajów azjatyckich. Nie z wszystkimi się zgadzam. Niektóre zdają się kuriozalne, inne jednak są przerażające. Jednak z wydawaniem oceny nieco bym poczekał. Z przepowiedniami często bywa tak, że nic z nich nie wychodzi. Zwłaszcza, jeśli wieszczący jest uprzedzony.
I nie da się ukryć, pomimo naszej fascynacji, gdzieś w środku drzemie w nas pewna nonszalancja, czasem poparta pogardą, wobec tego, co w naszym ujęciu – jest inne, azjatyckie. Tak jakoś podskórnie odczuwamy, że te wszystkie zmiany nie są dobre, tym bardziej, że świadczą o tym, że Zachód wcale nie jest taki postępowy. Że będąc zadufanymi w siebie, w swoje możliwości, pozwoliliśmy, aby reszta świata nam uciekła.
Podsumowanie
Książka liczy 256 stron tekstu a całość podzielona jest na dziesięć większych tematycznych rozdziałów. Pozycja jest niezwykle interesująca, wciągająca i to pomimo faktu, że o wielu poruszanych tutaj kwestiach już wcześniej czytałem. Gorąco polecam.
Wydawnictwo Znak
Ryszard Hałas