W Gułagu karano nie tylko skazanego. Karano też żonę, dziecko, rodzinę, nazwisko i samo pokrewieństwo. Kobiety trafiały do obozów jako więźniarki, „żony zdrajców ojczyzny” i matki dzieci, które zamiast domu znały barak, zonę i sierociniec NKWD.
Zazwyczaj o Gułagu mówi się z perspektywy mężczyzn: mężczyźni trafiali do łagrów, mężczyźni pracowali, mężczyźni umierali. Mężczyźni wydawali wyroki i mężczyźni pilnowali innych mężczyzn. Również w tej książce jest niewypowiedzianym założeniem, że gdy mówimy o łagrach i pracy przymusowej, zazwyczaj skupiamy się na mężczyznach. Kobiety co najwyżej cierpiały w domach, wysyłały więźniom paczki i listy. W dużej mierze sprawy rzeczywiście tak się miały, ale w olbrzymiej masie ludzi, która przewinęła się przez system łagrów, znalazły się również kobiety i dzieci. Ich historia stanowi istotną część wielkiej gułagowej narracji.
Znaczną część więźniarek – podobnie jak mężczyzn – osadzono w obozach za nic. Wśród skazanych były oczywiście też dziesiątki tysięcy „zwyczajnych” kryminalistek, ale nie wszystkie z nich skończyły w Gułagu, niektóre trafiły do więzień.
Kobiety, a nawet dzieci wysyłano do obozów za ich własne „przestępstwa”, ale też z powodu ich mężów i ojców. W prawie radzieckim funkcjonował paragraf, który umożliwiał aresztowanie i skazywanie małżonków i małżonek więźniów politycznych. W praktyce niemal zawsze dotyczyło to żon skazanych mężczyzn. Anne Applebaum zauważa, że zasada prawie nigdy nie obejmowała mężów politycznych więźniarek. Dla żon przeznaczono oddzielne obozy specjalne, w których nie osadzano żadnych innych więźniów. Takimi łagrami dla „żon zdrajców ojczyzny” były na przykład Tiemnikowski w Mordowii i AŁŻIR w Kazachstanie.
Całkowita liczba kobiet w Gułagu wynosiła od dziesięciu do dwudziestu procent wszystkich osadzonych, zależnie od roku i obozu. Podczas wojny znajdowało się ich więcej niż w latach pięćdziesiątych. Uwięzionych dzieci było mniej, ale nadal dużo. Czasami wysyłano je do łagrów razem z matkami, a nierzadko umieszczano w sierocińcach. Eduard Koczergin we wspomnieniach Ochrzczeni krzyżami opowiada o swoim dzieciństwie w zarządzanym przez NKWD sierocińcu dla dzieci wrogów ludu, z którego ostatecznie uciekł.
Tekst jest fragmentem książki Droga kości, która czeka na Ciebie tutaj:
Do kolonii pracy NKWD wysłano na przykład w latach trzydziestych ponad sto tysięcy bezdomnych dzieci zatrzymanych podczas miejskich czystek. Wiele z nich było potomkami kułaków i zostały same po uwięzieniu albo przesiedleniu ich ojców lub obojga rodziców. Nie wydaje się, żeby w kwestii traktowania dzieci skazańców istniał w Związku Radzieckim jeden ustalony sposób postępowania.
Kobiety pracowały w łagrach właściwie w tych samych obszarach co mężczyźni i prawie nigdy nie kierowano ich do „prac kobiecych” – tak daleko szowinizm Gułagu nie sięgał. Na przykład do obozowych kuchni przydzielano więźniów obojga płci. Według różnych relacji kobiety jednak potrafiły o siebie zadbać lepiej niż mężczyźni, wykazując się przy tym dużą pomysłowością.
Kobiety częściej się myły, a kiedy nie miały dostępu do wody, używały na przykład śniegu. Cerowały też ubrania igłami zrobionymi z ości i nićmi splecionymi z włosów, zupełnie jak w czasach prehistorycznych – w ten sposób zachowywały człowieczeństwo. To oczywiście nie oznacza, że mężczyźni nigdy czegoś podobnego nie robili. Nieuchronnie korzystamy tu z uogólnień, ale opierają się one na solidnych podstawach. Jewgienija Ginzburg pisze: „widok tych mężczyzn […] wywołuje w nas macierzyńską litość. Są o wiele bardziej bezbronni niż my”.
Kobiety zazwyczaj nie popadały również w ten przerażający stan, który dosięgał w Gułagu wielu mężczyzn. Ludzi nim ogarniętych nazywano dochodiagami („dogorywającymi” lub „straconymi przypadkami”). Chodziło o wywołany przez wycieńczenie stan otępienia, w którym człowiek zupełnie przestawał o siebie dbać. Postrzegano to jako zapowiedź rychłej śmierci. Applebaum zauważa jednak, że kiedy to kobiety się poddawały i porzucały troskę o siebie, ich upadek następował bardzo szybko.
Dzieci nie dysponowały podobnymi środkami przetrwania i nie miały takiej wytrzymałości, więc aby pozostać przy życiu, potrzebowały pomocy rodziców lub innych dorosłych. Bez wsparcia wielu małoletnich zginęło, niektórzy umierali też z powodu braku leków i jedzenia. Małe dzieci pracowały rzadko, najwyżej sprzątały własne baraki, ale już starszą młodzież powszechnie wysyłano na roboty przymusowe razem z dorosłymi. Prawo uchwalone przed wojną umożliwiało zasądzenie pełnego wymiaru kary osobom powyżej dwunastego roku życia, więc z dzisiejszej perspektywy część osadzonych na takich samych warunkach jak dorośli stanowiły właśnie dzieci. Niektóre z nich przetrwały dzięki przyłączeniu się do obozowego światka przestępczego i pozostały w podobnych kręgach również po wyjściu na wolność.
Liczba gułagowych dzieci wzrastała, gdyż w kobiecych łagrach wciąż rodziły się nowe – ich matki albo były ciężarne w chwili aresztowania, albo zaszły w ciążę już w obozie. To drugie zdarzało się bardzo często, bo więźniarki regularnie gwałcono. Niektóre kobiety miały wśród strażników kochanków-obrońców, którzy za cenę usług seksualnych chronili je przed innymi mężczyznami. W obozowym slangu znano również pojęcie „gwałtu chóralnego”, odnoszącego się do przypadków, w których grupa więźniów kryminalnych przekupywała strażników i szturmowała zonę kobiecą.
Część kobiet celowo próbowała zajść w ciążę, gdyż oznaczało to czasem lżejszą pracę i nieco lepsze wyżywienie, a w każdym razie sporo więźniarek w to wierzyło. Po urodzeniu dziecka łagodniejsze traktowanie jednak się kończyło, a matkę wysyłano do pracy prosto z obozowego szpitala. W wielu żeńskich łagrach funkcjonowały oddziały opiekuńcze, ale matki mogły je odwiedzać jedynie parę razy w ciągu dnia, dopóki karmiły piersią, a potem jeszcze rzadziej. Obozowymi dziećmi zazwyczaj prawie się nie opiekowano ani nie zapewniano im edukacji, a niektóre żyły niemal jak zwierzęta. Nie znały innej rzeczywistości niż łagier.
Jewgienija Ginzburg, która przez jakiś czas pracowała jako opiekunka dzieci w żeńskim obozie, przytacza wiele mówiącą historię. Próbowała uczyć swoich podopiecznych podstawowych rzeczy. Niewiele dzieci potrafiło pisać, część nie umiała nawet mówić. Ginzburg narysowała dom i pokazała go małemu chłopcu, pytając, co jest na ilustracji. Chłopiec odpowiedział: „Barak”. Potem opiekunka dorysowała jeszcze wiejski płotek i znów spytała, co to takiego. Jedna z dziewczynek zawołała radośnie: „Zona!”.
Cierpienia kobiet i dzieci nie ograniczały się jedynie do archipelagu łagrów. Prawie we wszystkich wsiach i miastach mieszkały rodziny pozbawione głównego żywiciela. Chociaż Związek Radziecki kreował się na pioniera równouprawnienia i radzieckie kobiety pracowały zawodowo, zazwyczaj to pensja mężczyzny utrzymywała rodzinę, a kobieta po pracy musiała zająć się domem. Dlatego zniknięcie męża i ojca było dla bliskich źródłem poważnych trudności. Wiele kobiet samych traciło pracę, dochód i sieci wsparcia, bo władze prześladowały żony, a nawet matki skazańców, a znajomi i krewni ich unikali. Najgorsza była niepewność: nigdy nie było wiadomo, kiedy mężczyzna wróci, a nawet – czy jeszcze żyje.
Te kobiety, które nie były ofiarami, ale same współpracowały z systemem terroru, na ogół nie stanowiły żadnych sadystycznych wyjątków, były raczej przerażające w swej zwyczajności. Kobiety odgrywały rolę strażniczek w żeńskich łagrach, a w męskich obozach pracowały w administracji. Za to w epoce Gułagu wśród władz Związku Radzieckiego oraz na najwyższych stanowiskach NKWD i jego następców kobiet prawie nie było. Tak więc zarządzanie systemem i wydawanie wyroków okazywały się wówczas jedynymi aspektami funkcjonowania łagrów, za które odpowiadali wyłącznie mężczyźni.
Tekst jest fragmentem książki Ville Roponen, Ville-Juhani Sutinen, Droga kości, tłum. Karolina Wojciechowska, Wydawnictwo Art Rage.
Fot. Opaska z radzieckiego obozu jenieckiego z numerem identyfikacyjnym, Muzeum Okupacji Łotwy, Ryga
