Gniew świetnie sprzedaje proste odpowiedzi, zwłaszcza gdy rzeczywistość robi się zbyt skomplikowana. Mechanizmy dezinformacji często działają przez wskazanie winnego: migranta, uchodźcy, mniejszości, grupy „obcych”, którym można przypisać cudze lęki i społeczne frustracje. Fragment książki FAKE OFF. Wyłącz dezinformację ze swojego życia pokazuje, jak stary motyw kozła ofiarnego wraca w języku polityki, mediów społecznościowych i codziennych rozmów o kryzysach.
Historia pełna jest opowieści o wspólnotach, które w momentach napięcia szukały winnych poza sobą. Zmieniały się epoki, religie, granice, ustroje i technologie, ale sam mechanizm okazywał się wyjątkowo trwały: nazwać zagrożenie, wskazać grupę, obciążyć ją odpowiedzialnością, a później powtarzać tę narrację tak długo, aż zacznie brzmieć jak zdrowy rozsądek.
Autor wychodzi od obrazu kozła ofiarnego z Księgi Kapłańskiej, a następnie pokazuje jego współczesne życie w dezinformacji, propagandzie i opowieściach o migracji. Historyczny kontekst pomaga zobaczyć, że fake newsy nie biorą siły wyłącznie z internetu. Korzystają z bardzo starych społecznych odruchów.
Kozioł ofiarny – „to oni są wszystkiemu winni”
Izraelici mieli problem – obciążało ich zbyt wiele grzechów, by pojednać się z Bogiem. Rozwiązaniem mogłaby być po kuta i naprawienie wyrządzonych przez siebie krzywd. Zamiast tego dostali od Najwyższego inne rozwiązanie. Aby przebłagać go za grzechy, powinni znaleźć kozła, przenieść na niego przewiny całego ludu, a następnie wygonić go na pustynię. W ten sposób wszyscy zostaną oczyszczeni ze swych złych czynów. A co z kozłem? Nieważne, niedobrze o to pytać.
Tekst jest fragmentem książki FAKE OFF. Wyłącz dezinformację ze swojego życia, która czeka na Ciebie tutaj:
Historia z Księgi Kapłańskiej o wykorzystaniu niewinnej ofiary jako źródła wszelkiego zła jest inspiracją dla jednej z najbardziej rozpoznawalnych technik dezinformacyjnych, czyli właśnie kozła ofiarnego. Problematyczne zjawiska nie mają zazwyczaj jednej przyczyny, a jednak wspomniany mechanizm oferuje proste odpowiedzi. Kozioł ofiarny nie każe nam bowiem szukać rozwiązań systemowych, lecz skupia na sobie negatywne emocje i daje złudne wrażenie, że pozbycie się go, czyli metaforyczne wygnanie na pustynię, załatwi wszystkie problemy.
Doktor Alexander Douglas, filozof z Uniwersytetu w St Andrews, wskazał w swoim artykule, że rolę kozła ofiarnego najczęściej przyjmują mniejszości, na które przekierowywany jest gniew sfrustrowanego społeczeństwa. W ten sposób antagonizował wyborców chociażby Donald Trump, który w 2016 roku mówił amerykańskiej klasie pracującej, że jej sytuacji ekonomicznej wcale nie są winni po dobni mu bogacze dbający o wspólny interes klasowy, lecz imigranci z Meksyku.
Podobnie było w przypadku kampanii promującej brexit, czyli opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię, w której głównym wrogiem również stali się przybysze szukający pracy na Wyspach. Kiedy jednak granice zamknięto, a mieszkańcy Londynu czy Manche steru wreszcie pozbyli się natrętów z Polski bądź Pakistanu, nagle okazało się, że problemy wcale nie zniknęły, ale wręcz zaczęły narastać. Kozioł już jednak zniknął na pustyni i nie znalazł się do tej pory pasterz, który zagoniłby z powrotem tę zaginioną trzodę.
W naszym kraju kozłów ofiarnych w ostatnich latach było co niemiara. Za inflację odpowiedzialni mieli być rodzice otrzymujący dodatek 500+. Za problemy z edukacją i ochroną zdrowia odpowiadali nauczyciele i lekarze rezydenci, oberwało się także pieszym, którzy zapatrzeni w telefony podczas przechodzenia przez ulicę praktycznie chcieli dać się potrącić przez samochód. Nie było jednak większego kozła ofiarnego niż imigranci.
„Kto z państwa jest ostatni w kolejce?”
Od początku lutego 2022 roku do naszego kraju uciekło ponad milion Ukraińców i Ukrainek. Nasi sąsiedzi skierowali się do Polski nie w poszukiwaniu pracy, ale by uciec od bomb spadających im na głowy z powodu chorej ambicji pewnego potwora z Kremla, który postanowił przywrócić do życia Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.
W tym celu pod przykrywką „specjalnej operacji wojskowej” rozpoczął trwający do dzisiaj konflikt, którego efektem była śmierć dziesiątek tysięcy niewinnych osób oraz ucieczka wspomnianych milionów. Uchodźcy z Ukrainy, chcąc uniknąć śmierci z rąk ludzi bombardujących szpitale dziecięce, trafili przede wszystkim do największych miast wojewódzkich.
Początkowa euforia, powodowana solidarnością z zaatakowanym narodem, szybko zgasła i zaczęły się pojawiać pierwsze problemy związane z nagłym przybyciem dużej liczby osób. Bardzo szybko w sieci można było natknąć się na głosy, że uchodźcy z Ukrainy są traktowani priorytetowo w kolejkach do lekarzy. W skrajnych przypadkach pojawiały się nawet wpisy, które mówiły o wyrzucaniu polskich dzieci ze szpitali onkologicznych, by zrobić miejsce dla ma łych Ukraińców.
Tym, co dało początek wspomnianym napięciom, była ustawa z marca 2022 roku, włączająca uciekających Ukraińców do polskiego systemu opieki zdrowotnej. Warto od razu podkreślić, że żaden z przepisów nie nakazywał, aby przybysze zza wschodniej granicy byli traktowani priorytetowo.
Sam jednak fakt, że w kolejce do lekarza można było natknąć się na kogoś, kto mówi po ukraińsku, mógł stać się gruntem, na którym zaczęła kiełkować dezinformacja. Zwłaszcza że długi czas oczekiwania na terminy do specjalistów praktycznie od zawsze był w Polsce problemem. Łatwo zatem było przekonać zainteresowanych, że to, iż po raz kolejny przełożono twojej cioci termin operacji kolana, nie jest efektem braków kadrowych, tylko tego, że jakiś Wasyl zajął jej miejsce.
Podobna sytuacja dotyczyła także sytuacji mieszkaniowej. Swego czasu w polskiej infosferze rozniosła się wiadomość, że Polski Fundusz Rozwoju daje Ukraińcom mieszkania za darmo. Taka informacja mogła z łatwością podziałać jak płachta na byka na każdego, kto szukał swojego lokum po pandemii COVID-19.
Jak się jednak okazało, cztery kąty przekazane Ukraińcom nie były im dane na własność. PFR w ramach programu „Mieszkania dla uchodźców” udostępniał lokale dla potrzebujących tylko na określony czas. Pod koniec września 2022 roku wynajmujący je Ukraińcy mu sieli szukać nowego miejsca zamieszkania.
Mimo to wiadomość taką można było z łatwością wykorzystać do wskazania Ukraińców jako winnych trudnościom na rynku mieszkaniowym. I choć faktycznie przybycie tak dużej liczby uchodźców miało wpływ na dostępność lokali, to innymi czynnikami powodującymi wzrost cen były dodatkowo: zmiany stóp procentowych, inflacja czy zaburzenia łańcucha dostaw w związku z pandemią.
„Czy się stoi, czy się leży”
Nic jednak nie bulwersuje tak jak darmowe pieniądze. Któż nie chciałby mieć przychodu z powietrza? Dlatego tak bardzo frustrowała część społeczeństwa myśl o „madkach” czerpiących korzyści z 500+. Twórcy dezinformacji dobrze o tym wiedzieli i wykorzystali te uprzedzenia, wskazując na imigrantów jako grupę uprzywilejowaną właśnie dzięki temu, że otrzymuje wsparcie socjalne. Tu, obok Ukraińców, wyróżniłbym jeszcze jedną grupę imigrantów, czyli ofiary wojny hybrydowej na granicy polsko-białoruskiej.
Rząd, chcąc poradzić sobie z kryzysem na naszej wschodniej granicy i z przybyłymi do Polski ludźmi, przygotował różne formy wsparcia dla osób ubiegających się o status uchodźcy w specjalnych ośrodkach. Przysługiwały im nie tylko nocleg i wyżywienie, ale także pewna kwota kieszonkowego.
W mediach społecznościowych można było się natknąć na informacje o niebagatelnej wysokości takiego wsparcia, mającego sięgać nawet 5 tysięcy złotych miesięcznie. W rzeczywistości kwoty te były dużo niższe, nie przeszkodziło to jednak w budowaniu narracji, że Polacy muszą pracować, podczas gdy „nielegalni imigranci” dostają złotówki za nic.
Nasz kraj nie jest tu wyjątkowy i podobne opowieści krążą po całej Europie. Jeden z powracających przykładów to rzekoma historia pewnego Syryjczyka, który dzięki temu, że miał cztery żony i jeszcze więcej dzieci, otrzymywał w ramach pomocy socjalnej dziesiątki tysięcy euro.
Jak podał niemiecki portal fact-checkingowy Correctiv, opowieść ta krąży w sieci co najmniej od 2017 roku. Jej inny wariant po jawił się także we Włoszech, gdzie zamiast Syryjczyka był Marokańczyk, za to liczba żon wzrosła do siedmiu.
Mechanizm jednak pozostawał ten sam – pieniądze przychodziły znikąd. Historia ta nie jest jednak prawdziwa. W Niemczech organy odpowiedzialne za pomoc socjalną zwróciły uwagę, że wspomniane kwoty są znacznie zawyżone. Z kolei we Włoszech poligamia jest zakazana, w związku z czym tylko jedna z kobiet mogłaby się ubiegać o zasiłek.
Emocjonalny język – „oni są gorsi od nas”
„Nie jesteśmy myślącymi maszynami. Jesteśmy czującymi maszynami, którym zdarza się myśleć”. Ten cytat z książki profesora Antónia Damásia prawdopodobnie wisi oprawiony w złotą ramkę w każdej fabryce trolli na świecie, zaraz obok słynnej sentencji o prawdzie wkładającej buty.
Nic tak bardzo nie ułatwia pracy dezinformatorom jak to, że nie zawsze istotne są dla nas twarde dowody, tylko sposób, w jaki wiadomość zostanie przekazana. Potwierdził to pewien eksperyment z 2020 roku.
Dwójka badaczy z Hiszpanii chciała sprawdzić, czy czytając fake newsy w obcym języku, będziemy w stanie ocenić je jako mniej wiarygodne, niż gdy zaznajamiamy się z nimi w naszej ojczystej mowie. Wyszli z założenia, że czytelnik bardziej skupi się na wiadomości, jeśli będzie zmuszony do przetłumaczenia w głowie jej treści.
Okazało się, że niezależnie od tego, czy uczestnicy eksperymentu czytali wiadomość po hiszpańsku, czy po angielsku, oceniali jej wiarygodność w ten sam sposób. Co więcej, autorom badania udało się zauważyć korelacje pomiędzy negatywnym ładunkiem emocjonalnym a tym, czy wiadomość była postrzegana jako prawdziwa. Innymi słowy – im bardziej news wywoływał w czytających poczucie gniewu, lęku czy frustracji, tym bardziej uznawany był za prawdziwy. Oznacza to, że aby dodatkowo rozkręcić naszą „czującą ma szynę”, trzeba jej dostarczyć takiego paliwa, żeby silne emocje nie pozwoliły dojść do głosu „myślącej” części.
Pomocą służą tu odpowiednie określenia. Truizmem jest stwierdzenie, że język ma moc kształtowania rzeczywistości. Dzięki precyzyjnie dobranym nazwom na zjawiska społeczne czy grupy osób można wpływać na ich postrzega nie przez opinię publiczną. I podobnie jak miało to miejsce w przypadku kozła ofiarnego – w ostatnich latach łatwym celem do takich językowych przeróbek stali się przybysze zza naszej wschodniej granicy.
Zobaczmy, jak szybko przyjęły się takie określenia jak „fala”, „zalew” czy nawet „tsunami” w kontekście kryzysu na granicy polsko-białoruskiej. W ten sposób bardzo łatwo można było zdehumanizować osoby, z których część była przerzucana siłą do naszego kraju przez białoruski reżim w ramach wojny hybrydowej.
Odbierając im w ten sposób tożsamość, stwarzamy pole, w którym świetnie radzi sobie opisywana w pierwszym rozdziale malinformacja. Dużo łatwiej jest przypisać całej grupie społecznej wybryki pojedynczych jednostek, kiedy postrzegamy je jako jedną spójną „falę”.
O krok dalej idą podobne zbitki wyrazowe, takie jak „inwazja uchodźców”, nie tylko sugerujące, że mamy do czynienia z jakąś dużą, jednorodną grupą, ale przede wszystkim przestrzegające przed potencjalnym zagrożeniem. Teraz osoby docierające do naszej granicy nie dość, że nie mają tożsamości, to na dodatek chcą nam zrobić krzywdę.
Projektując komunikaty w ten sposób, można zaszkodzić mniejszości, którą się tak określa, a także obniżyć zaufanie do lokalnych władz czy ogólnie wprowadzić niepokój do społeczeństwa. A to wszystko sprzyja pojawianiu się kolejnych fake newsów.
Taka sytuacja miała miejsce po 24 lutego 2022 roku. Wówczas to dużą grupę ukraińskich uchodźców z jednej strony zaczęto nazywać „nachodźcami” (znowu retoryka inwazji), a z drugiej „przesiedleńcami”. To ostatnie jest bardzo konkretnym wyrażeniem używanym w prawie międzynarodowym do określenia grupy celowo przeniesionej z jednego terytorium na drugie.
W kontekście wydarzeń w Ukrainie pojawianie się takich wyrazów miało wzbudzać w odbiorcach poczucie, że to, co dzieje się za naszą wschodnią gra nicą, to jeden wielki spisek. Miałby on polegać na tym, że ktoś specjalnie wywołał wojnę, aby do Polski dotarła duża grupa Ukraińców, którzy następnie zostaną wykorzystani do jakichś niecnych celów, na przykład pomogą wygrać wy bory parlamentarne w 2023 roku.
Choć podobna argumentacja nie trzymała się kupy, bo w głosowaniu udział wziąć mogą tylko obywatele, a otrzymanie takiego statusu trwa dłużej niż kampania wyborcza, to przykłady tego typu dezinformacji potrafiły przyciągnąć dużą uwagę użytkowników mediów społecznościowych.
Tekst jest fragmentem książki FAKE OFF. Wyłącz dezinformację ze swojego życia, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak.
