Tratwa z pomarańczami. Rodzinne imiona, Zagłada i pamięć ukryta w jednej literze

Tratwa z pomarańczami. Rodzinne imiona, Zagłada i pamięć ukryta w jednej literze

Imię Marian miało upamiętniać człowieka zamordowanego podczas wojny. Tratwa z pomarańczami Macieja Hena (nominowana w tym roku do Nagrody Nike) prowadzi przez rodzinne imiona, urwane biografie i ślady po bliskich, których losy autor poznaje z opowieści, dokumentów, zdjęć oraz pojedynczych zdań. W tej historii pamięć nie układa się w pełną genealogiczną mapę, lecz w bolesny zapis strat po obu stronach rodziny.

Maciej Hen wychodzi od własnego imienia, ale szybko przechodzi do ludzi, których miało ono przypominać. Marian Torończyk, mąż Mirki, zginął razem z nią w masowej egzekucji pod Sarnami. Ryszard, drugie imię autora, miało odsyłać do Rubina, dziadka ze strony ojca, więźnia Buchenwaldu, przewiezionego później do Mittelbau-Dora. Litery M i S prowadzą dalej: do Mojżesza, Sary Bejli, Racheli, Lejbusia, Szmila i pozostałych członków rodziny, których losy zachowały się tylko częściowo.

Tekst mówi o pamięci przechowywanej w sposób niepełny i ostrożny. Są zdjęcia sprzed wojny, listy z Wołynia, wspomnienia o ucieczce na wschód, informacja z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, powracający ból matki po zamordowanej rodzinie i późne ustalenia dotyczące obozów. Z tych elementów powstaje opowieść o rodzinie rozbitej przez Zagładę, okupację niemiecką, okupację radziecką i wojenne ucieczki.

Marian – tak miałem w papierach. Tata nadał mi to imię, chcąc w ten sposób uczcić pamięć swojego szwagra Mariana Torończyka, męża cioci Mirki, ulubionej taty siostry. Na jednym z kilku zachowanych zdjęć, tuż sprzed wojny, Mirka siedzi na motocyklu, udając, że jedzie – ładna, modnie ostrzy żona brunetka w dobrze skrojonej letniej sukience w pasy, odsłaniająca w promiennym uśmiechu równe, białe zęby, o których moja babcia Ewa ponoć mówiła z rozczuleniem „moje najdroższe perełki”.

Tekst jest fragmentem książki nominowanej do Nagrody Nike Tratwa z pomarańczami, która czeka na Ciebie tutaj:

Zza Mirki wychyla się z filuternym wyrazem twarzy przycupnięty na tylnym siedzeniu nastolatek – mój tata. Kilka scen w jego książkach i dwa czy trzy cudem zachowane zdjęcia, takie jak to z motocyklem – to wszystko, co mam, żeby wyrobić sobie pojęcie o tej cioci, która, zdaje się, była dziewczyną charakterną, o żywej inteligencji, ale też dużej wrażliwości.

Musiała być do tego solidna i odpowiedzialna, skoro to właśnie jej mój dziadek powierzył prowadzenie księgowości swojej firmy instalacyjnej. O mężu Mirki, Marianie, wiem jeszcze mniej. Tyle tylko, że ten młody inżynier, z wyglądu raczej niezbyt efektowny, potrafił przekonać do siebie przyszłego teścia tym, że świetnie opowiadał kawały, a już kiedy wcielał się w jąkałę, rozśmieszał mojego statecznego dziadka do łez.

Po klęsce wrześniowej Mariana i Mirkę zagnało aż do Dąbrowicy na Wołyniu, pod okupację radziecką, gdzie ściągnęli też mojego tatę. W listach z tego okresu Mirka pisała do Stelli, która trafiła na zesłanie do Jakucji, że ich ojciec miał rację, bo z Marianem jest jej naprawdę dobrze.

Kiedy potem Wehrmacht uderzył na ZSRR, tata zaklinał siostrę i szwagra, żeby razem z nim uciekali na wschód, jak najdalej od Niemców, ale oni byli przekonani, że gdzie jak gdzie, ale w Dąbrowicy, w której ich wszyscy znają i lubią, włos im z głowy nie spad nie.

No i oczywiście strasznie się mylili. Zginęli w masowej egzekucji na polanie pod Sarnami, rozebrani do naga, leżąc twarzą do ziemi w świeżo wykopanym dole, w oczekiwaniu na serię z broni maszynowej. Mirka miała wtedy dwadzieścia pięć lat, Marian koło trzydziestki.

Mama, która znała ich oboje tylko z taty opowieści, zgodziła się, żebym nosił imię jego szwagra, ale pod warunkiem, że i tak będzie mogła na mnie mówić Maciuś. Może wyobrażała sobie, że jej synek będzie taki jak Korczakowski król Maciuś Pierwszy, a może po prostu podobało jej się to imię, nie wiem. Zresztą w końcu wyszło tak, że dopóki byłem malutki – a poza domem nawet kiedy trochę podrosłem – nikt nie mówił o mnie ani Marian, ani Maciuś, tylko – Ciciuś.

To przez Madzię, bo kiedy mnie rodzice przywieźli w beciku z oddziału położniczego szpitala przy placu Starynkiewicza, siostra na mój widok wykrzyknęła radośnie: „O! Jaki ciciuś!”. Chciała pewnie powiedzieć „dzidziuś”, ale jak to pięciolatka, niektóre słowa wymawiała po swojemu. I tak, na ładnych kilka lat zostałem Ciciusiem. Tylko mama, ona jedna, zawsze nazywała mnie Maciusiem, nawet kiedy już sam stałem się ojcem, i to trzykrotnym.

Możliwe, że mama tak samo jak tata chciała, żeby imiona jej dzieci upamiętniały członków jej najbliższej rodziny. Bo to chyba nie przypadek, że drugie imię mojej siostry zaczyna się na literę S, tak samo jak imię naszej babci z mamy strony, niby to Sabiny, jak podawała mama w oficjalnych dokumentach, ale naprawdę, zdaje się, Sary Bejli – Sary Bejli Lebewohl. A moje własne imię, mniejsza o to czy Marian, czy Maciej, zaczyna się na M, jak Mojżesz – a tak miał na imię mój dziadek ze strony mamy, podobnie zresztą jak brat taty, ten znany jako Hipek, podczas wojny zaginiony bez śladu gdzieś w Związku Radzieckim.

W kulturze kamuflażu, którą przesiąkli moi rodzice, taka jedna literka M czy S wystarczała dla zaspokojenia potrzeby za chowania pamięci. Po swoim pierwszym ślubie postanowiłem urzędowo potwierdzić to, że wszyscy znają mnie jako Maćka, ale chcąc jednak zachować sobie tego Mariana jako drugie imię, bez zastanowienia pozbyłem się dotychczasowego drugiego – Ryszard – które wydawało mi się zupełnie nieistotnym dodatkiem. I okazało się, że sprawiłem tym przykrość tacie, który, dowiedziawszy się o zmianie już po fakcie, zdradził mi, że ten Ryszard miał upamiętniać jego ojca, Rubina.

Pożałowałem wtedy, że nie wniosłem o pozostawienie w d kumentach trzech imion, bo przecież i mnie zależało na zachowaniu pamięci o moim dziadku, nie tylko dlatego, że zginął zagazowany w Buchenwaldzie w ostatnich tygodniach wojny. Och, o tym Buchenwaldzie tata dowiedział się dopiero czterdzieści lat po wojnie, z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Przedtem na moje powtarzające się, dziecinnie nietaktowne pytania: „Ale skąd wiesz, że twój tata nie żyje? A może się uratował?”, reagował zniecierpliwieniem, czasem nawet wybuchał gniewem. Potem, kiedy już było wiadomo, obiecywaliśmy sobie, że pojedziemy kiedyś razem do Buchenwaldu, tylko my dwaj, ale mijał rok za rokiem i jakoś wciąż nie udało nam się tam wybrać. Szkoda.

Ostatnio udało mi się ustalić dokładniej, że w styczniu 1945 roku dziadka przewieziono z Buchenwaldu do obozu pracy Mittelbau-Dora, gdzie w podziemnych sztolniach więźniowie pracowali nad częściami do jakiejś najnowszej Wunderwaffe, ale także i tam nie ma go w ewidencji zmarłych, co prawdopodobnie oznacza, że zginął anonimowo w czasie pośpiesznej ewakuacji obozu pod koniec kwietnia 1945 roku.

Mamie zdarzało się dość często, że w trakcie jakichś prostych czynności, na przykład przy gotowaniu, ni stąd, ni zowąd wydawała z siebie rozpaczliwy jęk, prawdę mówiąc skowyt, zwykle nieartykułowany, ale nieraz układający się w słowa takie jak „o, mamusiu moja…”. Chwilę zawsze trwało, zanim doszła do siebie.

– Co się stało, mamuś? – pytaliśmy.

– Nic – odpowiadała. – Coś mi się przypomniało. – I wracała do przerwanego zajęcia. Nie drążyliśmy sprawy, bo było dla nas jasne, że znowu naszła ją niespodzianie myśl o jej wymordowanej rodzinie.

Było ich ośmioro, tych, którzy zginęli – matka, ojciec, pięcioro dzieci i babka. Ocalały tylko moja mama i jej młodsza o cztery lata siostra, ciocia Rita, a to dzięki temu, że mama w porę uciekła przed niemieckim natarciem na wschód i za brała Ritę ze sobą.

Chciała wszystkich namówić, żeby się ratowali, ale zdaje się dziadek Mojżesz był temu przeciwny, więc wsiadły do pociągu ewakuacyjnego tylko we dwie, dziewiętnastolatka i piętnastolatka. Mama niechętnie o tym mówiła, nigdy nie wymieniała nawet imion swoich rodziców i rodzeństwa – oprócz Rity, która zresztą, jak się kiedyś mamie wyrwało, właściwie miała na imię Rachela – przez co nie wiem nawet, ilu miały braci, a ile sióstr.

Dopiero kiedy na krótko przed śmiercią zaczęły jej się plątać rzeczywistości, naskoczyła raz na tatę, że nie pozwolił swoim synom wyjechać do Związku Radzieckiego, przez co wszyscy zginęli. „Reniątko”, próbował jej tłumaczyć, „przecież ja mam tylko jednego syna, Maćka, twojego syna. Żadnych innych synów nie mam”. A mama na to: „Jak to nie masz? A Lejbuś? A Szmil?”.

Stąd znam imiona dwóch spośród moich wujków zagazowanych w Bełżcu w listopadzie 1942 roku, razem z wszystkimi innymi Żydami z podlwowskiej Nawarii, ale czy to byli jedyni chłopcy w tej rodzinie, czy też było ich więcej, i ile było dziewczyn – nie udało mi się dowiedzieć. Wiem tylko tyle, że łącznie rodzeństwa było siedmioro, z czego mama i ciocia Rita przeżyły.

Ta właśnie ciocia opowiadała, że kiedy we wrześniu 1939 roku w okolicach Lwowa pojawił się Wehrmacht, zanim się na mocy tajnego paktu wycofał, żeby wpuścić Armię Czerwoną, widziały z mamą, jak Żyd w tradycyjnym stroju pod szedł do niemieckiego żołnierza, który przypalał sobie akurat papierosa, i poprosił go o ogień.

Niemiec natychmiast schował ręce za siebie. Widząc to, moja niespełna siedemnastoletnia wówczas mama ofuknęła go głośno po niemiecku: „Tak pana matka wychowała?”. Cała mama, widzę ją w tym! A ten Niemiec podobno – tak twierdziła ciocia Rita – się zawstydził! Może nawet podał w końcu tamtemu Żydowi ogień, choć tego już ciocia nie była do końca pewna. W kilka dni później Niemcy zniknęli i weszli Rosjanie. Mówi się, że w wielu miejscach Żydzi witali ich kwiatami. Czy wśród tych witających była też moja mama – trudno powiedzieć – ale to całkiem możliwe. Wiem na pewno, że wkrótce potem wstąpiła do Komsomołu.


Tekst jest fragmentem książki nominowanej do Nagrody Nike Tratwa z pomarańczami, i powstał we współpracy z Wydawnictwem Filtry.

Fot. Pomnik Bełżca (Wikimedia Commons, Dreamcatcher25)

Comments are closed.