Wierzchowska Weronika, Miasto łotrów
Każde miasto skrywa zaułki, w które lepiej się nie zapuszczać – ani za dnia, a tym bardziej po zmroku. Nigdy nie wiadomo, czym może skończyć się wizyta na takim grząskim gruncie. Możliwości jest wiele – od zastraszenia, przez kradzież i pobicie, aż po nóż wbity pod żebra. Miasto łotrów przenosi nas do Warszawy lat 80. XIX wieku. W jednej z największych metropolii zaboru rosyjskiego roi się od szpicli, konfidentów i ludzi o wątpliwej reputacji. Carska tajna policja, nie przebierając w środkach, robi wszystko, by utrzymać miasto w atmosferze terroru. Gdy ginie radca stanu, puszka Pandory zostaje otwarta – a dalszy bieg wydarzeń jest już nie do zatrzymania.
Okres między zdławieniem powstania styczniowego a wybuchem pierwszej wojny światowej był dla Polaków niezwykle trudny. Stracili energię, zgubili z oczu cel, pogrążyli się w rozpamiętywaniu przeszłości. Potrzebowali nowego impulsu, lecz ten nie nadchodził. Przeciwnie – to Rosjanie mieli przewagę. Czuli się panami sytuacji, a terror i strach stały się codziennością.
Osławiony X Pawilon Cytadeli potrafił złamać nawet najtwardszego przeciwnika. Swoje robiła także Ochrana, która nie przebierała w środkach – zastraszała, mordowała, porywała, fabrykowała dowody i dopuszczała się wielu innych nadużyć.
Nic więc dziwnego, że społeczeństwo pogrążyło się w marazmie. Z niecierpliwością oczekiwano upadku feudalnych rządów caratu, lecz ten wciąż trwał, choć powoli zaczynały się na nim pojawiać pierwsze rysy. Do głosu dochodziło kolejne pokolenie – urodzone już w niewoli, pragnące zmian. Chciało przełamać skostniały układ, który nie dopuszczał żadnego powiewu świeżości, bo “jest, jak jest – i nie ma co zmieniać”.
„Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”
Przedstawicielem tej właśnie grupy jest główny bohater powieści – kapitan Władysław Abramowicz. Przed rozpoczęciem akcji książki został zdegradowany i przeniesiony do Warszawy. Stało się to wyłącznie dzięki koneksjom jego wuja – tak, tego samego, który wkrótce straci życie. Władek, widząc, co dzieje się w służbie, czuje coraz większe zniechęcenie.
Nie dostrzega sensu swojej pracy, dostaje się w sieć fałszu i obłudy przełożonych, dla których najważniejsze są pozycja, szacunek oraz ochrona wpływowych protektorów i popleczników. Służby porządkowe to pajęczyna zależności, powiązań i układów, oparta na łapownictwie lub zastraszaniu. Prawdziwe bezpieczeństwo i porządek publiczny nie miały w tym systemie większego znaczenia.
Mimo wszystko wiedział, że tylko pozostając w tym „ulu”, może coś zmienić – a jeśli nie, to przynajmniej odejść z honorem. Jednym słowem – biorąc pod uwagę jego rodzinne koneksje – sytuacja była nie do pozazdroszczenia. Surowe, ojcowskie wychowanie wpoiło mu jednak dyscyplinę i poczucie obowiązku. Na szczęście potrafił to wykorzystać, świadomie czyniąc wiele dobra.
Zbrodnia to niesłychana…
Niespodziewana śmierć radcy stanu Aleksieja Dobronokiego, zasłużonego urzędnika aparatu władzy, od samego początku rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Krąg podejrzanych raz się poszerza, raz zawęża. Pierwszym podejrzanym, rzecz jasna, staje się Władek – znalazł się w gabinecie wuja w najgorszym możliwym momencie.
Ma wyjątkowego pecha, bo ze względu na pozycję ofiary władze potrzebują przykładnie ukarać sprawcę. Nie ma znaczenia, czy będzie nim prawdziwy winowajca, czy jedynie ktoś, kto pasuje do tej roli. Liczą się statystyki. Sprawę dodatkowo komplikuje rodzina nieboszczyka – młoda, atrakcyjna żona oraz dorastająca córka.
To one przede wszystkim mają motyw – w grę wchodzą przecież tysiące rubli. Po serii pierwszych niepowodzeń kapitan otrzymuje ultimatum: albo znajdzie mordercę, albo sam zostanie uznany za winnego. Na szczęście, z pomocą dwóch niezwykle interesujących tajniaków, z którymi się zaprzyjaźnia, podejmuje grę.
Problem w tym, że warszawskie salony, kręgi władzy i półświatek skrywają mnóstwo tajemnic. Jedni nie chcą mówić zbyt wiele, inni są gotowi na wszystko, by ukryć swój udział w tym, co zaszło. Jest jeszcze jedna istotna kwestia – nieboszczyk miał wielu wrogów i równie wielu ludzi od siebie uzależnił. Nikogo nie można wykluczyć.
Sprawa z każdym dniem staje się coraz bardziej skomplikowana. Nie jest to zwykłe śledztwo – dotyczy przecież rodziny Władysława i sięga najwyższych struktur władzy. Sytuacja kapitana komplikuje się na wszystkich frontach: służbowym, rodzinnym, osobistym, a nawet uczuciowym. Jakby tego było mało, trupów wciąż przybywa… Czas ucieka, a oficer robi wszystko, by rozwikłać zagadkę. Jednak prawda, którą odkryje, nie przyniesie mu ukojenia. Jeden rewolwerowy strzał zmieni jego życie o 180 stopni.
Warszawa da się lubić
W kontekście tego, co napisałem, Miasto łotrów to doskonały tytuł – w końcu nie brakuje tu całej galerii szubrawców. Każdy skrywa swoje tajemnice. Autorka, obok wątku kryminalnego i romansowego, świetnie oddała klimat półświatka dawnej Warszawy. Zrobiła to z dystansem, humorem, ale i ze świadomością, że mimo upływu lat ludzkie charaktery niewiele się zmieniły.
Czytając kolejne strony, niejednokrotnie się uśmiechałem. Znakomite połączenie elementów kryminalno-sensacyjnych z prostym, nienachalnym opisem ludzkich zachowań – bez zbędnego koloryzowania – sprawia, że lektura jest lekka i przyjemna. A jednak na pierwszym planie zawsze pozostaje denat, który niczym spoiwo łączy poszczególne elementy tej układanki.
Weronika Wierzchowska umiejętnie oddała panoramę społeczeństwa ówczesnej Warszawy. To miasto barwne, wieloetniczne, pełne kontrastów i charakteru – pałace urzędników i arystokratów nijak nie współgrają z czynszowymi kamienicami robotników i biedoty. Przemierzając ulice opisywane w powieści, niejednokrotnie czułem się jak Wokulski wędrujący na Powiśle, pogrążony we własnych myślach.
Mimo surowych realiów epoki, Warszawa tamtych lat ma w sobie coś niezwykle ujmującego, co budzi nostalgię. Kobiety przechadzają się po chodnikach w obcisłych sukniach i eleganckich kapeluszach, mężczyźni noszą surduty, meloniki i mundury, po ulicach toczą się dorożki, a nowinki techniczne dopiero zaczynają zdobywać zaufanie elit. Choć czasy są trudne, jest w nich coś, co niezmiennie przyciąga i fascynuje.
Dzień bez czytania, to dzień stracony
Tak mawiała moja pierwsza wychowawczyni. Nie przywołuję tej sentencji bez powodu – Miasto łotrów rzeczywiście czyta się wyjątkowo sprawnie. Przyczynia się do tego zarówno podręczny format, jak i krótkie rozdziały, które pozwalają skupić się na rozwoju wydarzeń bez niepotrzebnych rozpraszaczy. Zwięzłość narracji sprawia, że fabuła nie nuży przeciągającymi się scenami, a tempo akcji pozostaje dynamiczne.
Co więcej, sprawnie poprowadzona intryga oraz naturalne wynikanie jednych wydarzeń z drugich wprowadzają do kryminału ład i porządek. Przemieszanie wątków pełni tu jednak inną funkcję – czytelnik nie ogranicza się jedynie do pytania: “kto zabił?”, lecz jednocześnie stara się zrozumieć skomplikowane relacje kapitana Adamowicza z rodziną i ukochaną, a także rozszyfrować wzajemne zależności wśród śledczych, gdzie wcale nie chodzi o prawo, sprawiedliwość i porządek, lecz o wpływy i układy.
Nie byłbym sobą, gdybym nie docenił doskonałej znajomości realiów epoki, w której autorka osadziła świat przedstawiony. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom serii, a oczami wyobraźni już widzę scenariusz filmowy oparty na jego kanwie. Relaks i świetne wrażenia – gwarantowane.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Ocena recenzenta: 6/6
Dominik Majczak
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.