A jak jest w Polsce? Czy nasza wiedza o historii jest dobra?
No tak… tutaj można odpowiedzieć w taki sposób, że historia jest dla nas ważna. Sukces serialu Czas honoru, sukcesy nowych muzeów historycznych, fakt, że większość pism ma dodatek historyczny, świadczą o tym że jest zapotrzebowanie na historię. Zaryzykowałbym tezę, że jest ona żywsza w Polsce niż w wielu innych krajach. Szczególnie ważną rolę odgrywa w krajach o trudnej historii, jak Polska, jak Izrael, także Niemcy – chociaż ze względu na odpowiedzialność za zbrodnie nazistowskie jest to dla nich bardziej złożona sprawa. Tak jest, ponieważ historia jest narzędziem rozumienia współczesności.
Równocześnie mam wrażenie, że dla części polskich elit historia stała się czymś, co przeszkadza nam w byciu „nowoczesnymi”, jest odczuwana raczej zagrożenie ich „europejskości” niż źródło wartości. Tak jakby można było być nowoczesnym i europejskim bez własnej tożsamości narodowej. Wydaje mi się, że gdzieś tu należy szukać źródeł marginalizacji historii w procesie szkolnego nauczania. Problem ten dotyczy w ogóle humanistyki. Następuje zmiana sposobu myślenia o edukacji. Zamiast kanonu wiedzy historycznej, wiedzy humanistycznej, stawia się raczej na umiejętność rozwiązywania testów, problemów czy wyszukiwania informacji. Przyjmuje się, że wiedza jest powszechnie odstępna za pośrednictwem Internetu i innych mediów, zatem największym problemem człowieka jest nie tyle posiadanie, co wyszukanie odpowiedniej informacji. Uważam to założenie za dyskusyjne, ponieważ człowiek, który nie posiada pewnego zasobu wiedzy, ma problemy z ocenianiem znalezionych informacji. Nastąpiło zachwianie równowagi także w tym sensie, że historia staje się coraz zbiorem ciekawostek, a coraz mniej przykłada się wagi do hierarchizowania i porządkowania wiedzy. To dotyczy nie tylko historii, ale szerzej humanistyki, czego przykładem może być usuwanie klasyki z lektur szkolnych, jako książek mało atrakcyjnych dla młodego człowieka. To jest błędne koło: obniżamy wymagania, ponieważ młodzi nie rozumieją, a potem okazuje się, że w kolejnych rocznikach jeszcze mniej rozumieją, bo zmniejszamy wymagania.
Wspomniał Pan o Niemczech, zatem chyba czas zadać pytanie o politykę historyczną. Ma ona bardzo złe konotacje, mówi się że jest to orwellowski pomysł: panując nad historią, panuję nad rzeczywistością. Chciałbym zapytać czy Polika historyczna, to jest coś co powinniśmy przeciwstawić badaniom historycznym? Czy jest tak, że badanie dąży do prawdy, a polityka kreuje rzeczywistość?
To są dwie różne rzeczy. Badania historyczne w Polsce, tak jak we wszystkich demokratycznych krajach, powinny być niezależne. I takie są. Zaś polityka historyczna to jest stosunek państwa i społeczności narodowej do przeszłości. Państwo określa, jakie wydarzenia, jacy bohaterowie stanowią dla nas punkt odniesienia, jakie wchodzą do naszego dorobku, naszej tradycji, a które są dla społeczności źródłem bólu, niepokoju, wstydu. Myślę, że bardziej precyzyjnym pojęciem niż „polityka historyczna” jest „polityka pamięci”. Pamięć kształtujemy, w tym sensie, że o czymś chcemy pamiętać, choćby umieszczając na biurku czy na facebooku jakieś fotografie, a o czymś innym chcemy zapomnieć i mamy do tego prawo. A badanie historii to działanie zmierzające do poszukiwania prawdy o przeszłości, niezależne od tego, czy naukowe odkrycia są dla nas źródłem inspiracji, troski czy zażenowania.
My decydujemy, że chcemy pamiętać o Solidarności, o Powstaniu Warszawskim, o Katyniu… ale nie chcemy pamiętać o rzezi galicyjskiej. Czasem zachowujemy pamięć o wstydliwym wydarzeniu, na przykład uważamy, że Jedwabne powinno być znane jak symbol znieprawienia w czasach wojny. Ale też spieramy się, czy koło Muzeum Historii Żydów Polskich powinien zostać wybudowany pomnik Sprawiedliwych. I tu wkracza państwo – rząd i samorząd, na przykład poprzez budowanie muzeów, tworzenie programów szkolnych, nadawanie nazw ulicom, poprzez stawianie bądź usuwanie pomników,.
W większości państw na świecie – nawet w Stanach Zjednoczonych – instytucje publiczne odgrywają ważną rolę w takich działaniach. Przy waszyngtońskim Mallu mam wspaniałe muzea, pomnik Waszyngtona, Lincolna, poległych w wojnie wietnamskiej. Co roku świętuje się dzień niepodległości, ale jest też dzień weterana i dzień Martina Luthera Kinga. We Francji pomniki i święta narodowe nawiązują do tradycji republikańskiej. Mamy też Panteon, gdzie pochowani są wybitni Francuzi, u Inwalidów mamy ekspozycję poświęconą de Gaullowi.
Z kolei są takie kraje jak Niemcy, które mają poważny problem ze swoją historią. Tam widzimy ogromny wysiłek aby przepracować pamięć historyczną. I to idzie rozmaitych kierunkach. Z jednej strony buduje się Pomnik Holokaustu czy Muzeum Żydowskie w Berlinie, które są pewną formą ekspiacji. Są też ciekawe próby budowania nowej narracji historycznej, na przykład w oparciu o sukcesy Republiki Federalnej Niemiec, to przykład Domu Historii Republiki Federalnej w Bonn, liczne ekspozycje poświęcone podziałowi Niemiec w okresie Zimnej Wojny w Berlinie. Ale z drugiej strony są takie działania, które odczytujemy jako pewnego rodzaju relatywizacją odpowiedzialności za II wojnę światową. Z tym mamy do czynienia zwłaszcza w ostatnich latach. Tego przejawem jest tworzona ekspozycja Fundacji Ucieczka –Wypędzenie-Pojednanie. Tam Niemcy będą zaprezentują się jako ofiara wypędzenia. Niemcy angażują również spore pieniądze w produkcję filmów, które oswajają przeszłość pokazując się jako ofiary historii lub dzieląc odpowiedzialnością za zbrodnie. Tego rodzaju zarzuty stawiamy głośnemu serialowi „Nasze matki, nasi ojcowie”.
Fatalny wywiad. Historyconu nie stać na korektora tekstów?