Jan Maciejewski, Nic to! Dlaczego historia Polski musi się powtarzać?
Polska literatura to niezwykle bogaty zbiór utworów – tak różnorodny, że niemal każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Nieustannie toczą się dyskusje o tym, która epoka literacka zasługuje na miano najcenniejszej: jedni wskazują romantyzm, inni wolą pozytywizm albo oświecenie. Każdy z nas ma też zapewne swojego ulubionego bohatera literackiego i książkę, do której wielokrotnie wraca. I tę drugą – której szczerze nie znosi. Właśnie ta różnorodność sprawia, że rozmowy o literaturze są tak żywe, inspirujące i… właściwie niewyczerpane. A czy historia Polski miała wpływ na literaturę? Z całą pewnością. Opowiada o tym Jan Maciejewski w książce Nic to! Dlaczego historia Polski musi się powtarzać? – barwnie, oryginalnie i z zupełnie nowej perspektywy.
Szkiełko czy oko?
Przywykliśmy mówić o przeszłości z należną jej powagą – niemal z nabożnością. Najlepiej według dobrze znanego schematu: epoka, data, wydarzenie, utwór. Każde odejście od tej formy bywa traktowane niemal jak herezja. Bo „tak po prostu było” – i po co to zmieniać? Cóż, można i tak. Ale mam wrażenie, że polska literatura to zbyt bogata skarbnica, aby ograniczać się wyłącznie do suchej faktografii.
Jako absolwent klasy o rozszerzonym profilu humanistycznym, z dziesięcioma godzinami języka polskiego tygodniowo, dobrze pamiętam lekcje, na których nie tylko analizowaliśmy teksty, ale i spieraliśmy się o nie z pasją. Szukaliśmy w lekturach mocnych i słabych stron, jednych bohaterów odsądzaliśmy od czci i wiary, innych braliśmy w obronę. Nie raz domagaliśmy się anegdot, kontekstów, literackich „smaczków”. Oczywiście, nie zawsze było barwnie. Trzeba było też zakuwać. Taki już los ucznia – raz fascynująco, raz boleśnie przeciętnie. Ot, cała niesprawiedliwość.
Nadszedł już czas!
Tymczasem Jan Maciejewski w swojej książce łamie wielowiekowe tabu. Nie tyle tworzy nowe ramy dla historii polskiej literatury, co wydaje jej nowe dyspozycje. Pokazuje, że sposób patrzenia na to, czym jest nasza historia – zarówno ta narodowa, jak i literacka – może być całkowicie indywidualny. Wskazuje na utarte klucze interpretacyjne, które dawno się zdezaktualizowały.
Spogląda na literaturę świeżym okiem – bez kompleksów, bez potrzeby nieustannego odwoływania się do dawnych autorytetów. Nie uznaje żadnych świętości ani tradycji. Nikogo nie oszczędza – ale też nie robi tego na siłę. Po prostu mówi, jak jest. Przyznam, że na początku byłem zaskoczony. Może nawet zszokowany.
Ale kilka stron dalej uznałem, że to… świetny pomysł. Dość oglądania się wstecz. Dlaczego? Bo – jak wynika z całej książki – w świecie literackim wciąż kręcimy się w kółko, próbując łączyć wciąż te same kropki. I jeszcze jedna, bardzo ważna refleksja: nie da się mówić o literaturze, pomijając historię. Te dwa światy są ze sobą nierozerwalnie związane. Od zawsze. Czasem silniej, czasem subtelniej – ale zawsze.
Dziennikarze potrzebni od zaraz
Sam wynik to nie wszystko – warto przyjrzeć się także stylowi. Jan Maciejewski prowadzi swoją książkę w formie rozbudowanego felietonu. Jeśli potraktować każdy rozdział jako osobną opowieść, uzbiera się ich kilkanaście – każda z własnym rytmem i punktem ciężkości.
Autor nie unika wyrażania własnych opinii. Nie boi się, że zostanie źle zrozumiany. Pisze prosto, naturalnie – bez sztuczności czy zadęcia. Język jest klarowny, a zarazem nacechowany wyrazistością – tu i ówdzie pojawiają się środki ekspresji, które stają się znakiem rozpoznawczym konkretnych wątków. Maciejewski celowo unika tonu naukowca, choć wiedzę ma niemałą. Woli rolę dziennikarza, komentatora, może nawet sprawozdawcy z literackiego frontu.
Zachęca, by nie poprzestawać na suchej wiedzy, ale wciąż drążyć, dociekać, szukać. Bo prawda – jak to zwykle bywa – leży gdzieś pośrodku. A nawet w każdej plotce tkwi ziarnko prawdy. Autor korzysta z tego, co już wiemy o epokach, utworach, twórcach i ich bohaterach – bo nie sposób inaczej. Ale stara się nadać tej wiedzy nowe horyzonty: odkurzyć ją, ożywić, wydobyć z akademickiego lamusa.
Krótko mówiąc, ujmuje temat w świeże ramy – takie, które pasują do współczesnego świata. Bez cierpiętnictwa, bez smutku i gorzkiej zadumy, których w polskich książkach aż nadto. Pisze z lekkością, z przekorą, z zawadiackim uśmiechem. I bardzo dobrze, że właśnie tak. Nie ma co bać się zmian – zwłaszcza tych na lepsze.
Sprawca i ofiara
Na początku autor stawia odważną tezę: polska literatura opiera się na schemacie ofiary – oraz tych, którzy są zobowiązani ją złożyć. Nietrudno się domyślić, kto w tym układzie ma odegrać główną rolę. Polska i Polacy – złożeni na ołtarzu historii, z obowiązkiem cierpienia i trwania. Uprzedzam jednak: to nie tak, że autor dobiera argumenty na siłę, żeby potwierdzić swoją teorię. Przeciwnie – to ujęcie wynika z całości przeanalizowanego materiału.
Autor krok po kroku, metodycznie i konsekwentnie, buduje obraz literatury osadzonej w micie ofiary. Mnie ta koncepcja przekonała. Choć uważam, że warto byłoby ją jeszcze rozwinąć – ująć szerzej, z perspektywy innych dyscyplin, spojrzeć bardziej holistycznie. Zgadzam się z większością postawionych tez, niektóre chciałbym zobaczyć pogłębione, może poszerzone o dodatkowy kontekst. Ale trzeba przyznać: nie ma tu miejsca na pustosłowie.
Każde twierdzenie znajduje co najmniej dwa oparcia – najczęściej w literaturze, choć nie tylko. Pozostaje zatem kluczowe pytanie: od kiedy ten topos zaczął dominować? Zdaniem Jana Maciejewskiego – na krótko przed rozbiorami, mniej więcej w połowie panowania króla Stanisława Augusta. A potem, jak wszyscy wiemy, było już tylko „z górki”: powstania, zrywy, rewolucje, krew, zsyłki, aresztowania, egzekucje, nieudane reformy, wewnętrzne spory i wieczna narodowa awantura.
Na wszystko była jedna odpowiedź. Tytułowe: „Nic to!”. Jedziemy dalej. Nie umiemy uznać własnej słabości, nie chcemy się przyznać do porażki. Wolimy schować się za narrację, którą dobrze znamy. Bo cierpienie – to już przecież oswojone.
Recepta
Postawić diagnozę to jedno. Znaleźć lekarstwo – to już zupełnie inna sprawa. Co więc, zdaniem autora – człowieka, przed którym nasza literatura nie ma już chyba żadnych tajemnic – należałoby zrobić, by nie popaść po raz kolejny w ten sam schemat? Przede wszystkim: porzucić romantyczne szaleństwo. Odsunąć na bok Mickiewiczowską wiarę, że „ja z synowcem na czele – i jakoś to będzie”.
Zamiast tego: nauczyć się dostrzegać odcienie, nie obrażać się na zmiany, doceniać różnorodność i indywidualność, a tam, gdzie trzeba – szukać wspólnoty. Innymi słowy: pogodzić się z tym, że nie jesteśmy nieomylni. Ani jako naród, ani jako kultura. Jeśli dobrze odczytuję zamysł autora, to największe spustoszenie wyrządzili nam ci pisarze, którzy tworzyli patetycznie – z myślą „ku pokrzepieniu serc”.
Nie bez przyczyny statystyczny Polak najchętniej cytuje Trylogię, Pana Tadeusza i Wesele. Problem w tym, że najczęściej nie rozumie sensu tych cytatów – albo używa ich w kompletnie oderwanym kontekście. W tym punkcie szczególnie mocno wybrzmiewa wypowiedź Jacka Kaczmarskiego. Gdy mówił o Murach, zauważył, że wszyscy pamiętają refren – ale mało kto słucha ostatniej zwrotki. I trudno się z tym nie zgodzić. Prędzej czy później, każdego czytającego Polaka czeka pewna forma terapii. I chyba dobrze, że tak.
Moc słowa
„Nic to” ma w sobie ogromną siłę i potencjał – przede wszystkim dlatego, że budzi kontrowersje niemal od pierwszych stron. Nie jest to jednak, co podkreślam z całą mocą, kontrowersyjność dla samej kontrowersji. Jan Maciejewski w żadnym momencie nie neguje dorobku wielkich twórców, nie podważa znaczenia ich dzieł ani – tym bardziej – ich roli w przeszłości, w kształtowaniu świadomości poprzednich pokoleń.
Bo czy ktokolwiek wyobraża sobie lekcje języka polskiego bez Lalki, Kordiana, Moralności pani Dulskiej, Przedwiośnia czy Nad Niemnem? Raczej nie. To trwały kanon – może nieśmiało poddawany modyfikacjom, ale wciąż nienaruszalny. Problem leży gdzie indziej: w sposobie odczytywania tych tekstów. W wiecznie powracającym pytaniu „co autor miał na myśli?”, które samo w sobie brzmi dziś jak anachroniczne zaklęcie.
Maciejewski pokazuje, że można myśleć inaczej. Można mieć odmienne poglądy, nie zgadzać się z dotychczasowymi interpretacjami – pod warunkiem, że ma się odwagę i coś do powiedzenia. Nie każdy jednak mieści się w z góry uszytym fasonie. A zbyt ciasny garnitur potrafi naprawdę doskwierać. Tu potrzebna jest pomoc dobrego krawca – kogoś, kto przerobi stary krój na miarę dzisiejszej wrażliwości. Bo jeśli się nie porozumiemy, jeśli nie zaczniemy słuchać siebie nawzajem – dopiero wtedy grozi nam prawdziwa tragedia.
Wydawnictwo Literackie
Ocena recenzenta: 5/6
Dominik Majczak
Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Literackim. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.