Simonetta Cerrini, Rewolucja templariuszy. Nieznana karta dwunastowiecznej historii

Rewolucja templariuszy |Recenzja

Simonetta Cerrini, Rewolucja templariuszy. Nieznana karta dwunastowiecznej historii

Zawsze jest początek. Czasem wielki, jak Wielki Wybuch, a czasem nikły, którego nie da się zauważyć. W przypadku zakonu templariuszy mowa jest o tym drugim, bowiem początek niknie w odmętach dziejów. Mówią, że pycha kroczy przed upadkiem, ale w tej kwestii nieco bym się zastanowił. Wszak pierwotnym celem zakonu była skromność, chęć niesienia pomocy innym. Ale czy aby na pewno? Simonetta Cerrini sugeruje, że chodziło również o coś o znaczeniu zgoła rewolucyjnym. Jesteście zainteresowani?

Zakon – wielki mit

Autorka publikacji pisze nie tylko o samych templariuszach. W moim odczuciu to bardziej pozycja omawiająca starcie pomiędzy światem świeckich, a klerem w XI-XII stuleciu. I właśnie, to głównie postacie duchowne grają tutaj pierwsze skrzypce. Papieże, święci, znaczniejsi opaci i duchowni kronikarze. Oni nadają ton polityce, religii, życiu, społecznej organizacji… A gdyby tak wrócić do względnej równowagi?

Głównym zagadnieniem tutaj poruszanym jest rzekoma „rewolucja” templariuszy, którzy chcieli przywrócić swoim zakonem równowagę między sacrum a profanum. Autorka zakłada, że założyciele tego zgromadzenia zakonnego, pragnęli uzyskać dostęp osób świeckich do wiary, do świętości, dostępu do samego Boga, który w przeciągu mijającego stulecia udało się zagarnąć (tylko dla siebie) katolickiemu duchowieństwu. Czy się im to udało? No cóż, nie bardzo. Zresztą sam termin jest chyba użyty nieco na wyrost. Ale oddajmy głos źródłu:

„Dla ludzi średniowiecza Zakon Rycerzy Świątyni stanowił zupełne novum, ponieważ jawił się jako model świętości łączący w sobie dwa z trzech stanów funkcjonujących w średniowiecznej wyobraźni: oratores i bellatores – duchowieństwo i rycerstwo. Grunt przygotowały mu tak zwana reforma gregoriańska, zbiory zasad znane jako „pokój Boży” (pax Dei) i „rozejm Boży” (treuga Dei), a także de facto same wyprawy krzyżowe. Templariusze wstrząsnęli posadami średniowiecznego społeczeństwa, co nie przeszło bez echa. Piotr Czcigodny widział w Zakonie Rycerzy Świątyni „blask nowej gwiazdy”, a św. Bernard skierował do Hugona list-traktat zatytułowany Pochwała nowego rycerstwa, w którym nie omieszkał zaznaczyć, że rzeczone novum ma swoje źródła w tradycji. Ponadto bezspornie nowatorski charakter zakonu mógł budzić negatywne skojarzenia; tak było w wypadku cystersa Izaaka ze Stella, który uważał zakony rycerskie za „nowego potwora” (s. 20).

Mnie to nie przekonało, a w tekście znajdziemy więcej tego typu wypowiedzi. Jak templariusze mieli dokonać rewolucji, skierowanej niejako przeciwko klerowi, skoro i tak tylko kler miał „do niej dostęp”. Zresztą odniosłem wrażenie, iż założyciele templariuszy miotali się między swymi zamierzeniami, a tym, co uczynić im było wolno. Ich rola, nawet jeśli w późniejszym czasie wzrosła, była niewielka. Nie mieli ani siły przebicia, ani na tyle samozaparcia, aby móc pełnić tę rolę, jaką pełnić mieli u zarania swych dziejów. Stąd też szybko zakon przekształcił się za kolejny mechanizm działalności panów feudalnych. Tak wiem, uprzedzam fakty. Ale w książce nie znalazłem nic, co mogłoby umocować tezę wysuwaną przez Simonettę Cerrini. Nie wiem czy wynika to z problemów z tłumaczeniem (których nie da się nie zauważyć), czy po prostu Autorka pozwoliła, aby zebrany materiał ją przerósł.

Nie wszystkie zagadnienia były dla mnie proste i momentami gubiłem się w tym, o co chodziło Autorce. Pewne tłumaczenia, w moim odczuciu, były chaotycznie poukładane. Miałem wrażenie, że Autorka przeskakuje pomiędzy kolejnymi zagadnieniami, nie do końca wyjaśniając poprzednie. Być może wynikło to z chęci zaprezentowania czytelnikom większego zasobu wiedzy, niż byłby w stanie przyjąć.

Uwagi

Mam też kilka uwag. Po pierwsze – brakuje wielu przypisów. Znaczna część łacińskich wyrażeń nie posiada tłumaczenia. Sam wprawdzie jestem w stanie przetłumaczyć sobie, przynajmniej z grubsza, o co chodzi. Ale ktoś kto nie liznął filologii klasycznej będzie miał problem. Zwyczajnie nie zrozumie o czym jest mowa.

W tekście zastosowano również sporą ilość słów, które nie są używane w języku potocznym. Ja na przykład nie wiedziałem czym jest język wernakularny. W ogóle nie miałem pojęcia, że istniał język langue d’oïl – długo sądziłem, że może chodzić o langwedocki, ale się myliłem.

W książce brakuje również jakichkolwiek zdjęć – dokumentów, na które powołuje się Autorka, czy wizerunków poszczególnych postaci, które występują na kartach tej publikacji. Przez to książka stała się jakby uboższa, mniej czytelna.

Nie jestem znawcą tematu. Nie mam żadnego tytułu naukowego, i być może się nie znam, ale ja inaczej bym poukładał tekst, inaczej dobrał terminologię i pozwolił sobie bardziej „popłynąć”. Tłumaczenie innym wcale nie jest takie złe. A tak, wbrew temu, co znaleźć można we wprowadzeniu, ta publikacja nie jest dla laików. Albo inaczej – jest dla nich, ale pisana z perspektywy znawcy, który operuje innym zasobem słownictwa, inną terminologią i skojarzeniami, które zwykły śmiertelnik nie jest w stanie zrozumieć. To nie tak, że książka mi się nie podoba. Jest wręcz przeciwnie. Temat tutaj poruszany jest świetny, intrygujący, ale powinien być bardziej dopracowany, bardziej uporządkowany. A wtedy będzie to szlachetną ucztą dla ducha i umysłu

Podsumowanie

Publikacja mieści się na 352 stronach tekstu, podzielonych na dziewięć większych rozdziałów. To pozycja trudna, zwłaszcza dla tych, co nie mają większego pojęcia o zagadnieniach średniowiecznej duchowości chrześcijańskiej. Jest tutaj sporo teologii, odniesień do zawiłości politycznych i faktów, które dla większości czytelników, w tym mnie, zaistniała po raz pierwszy. I właśnie dlatego polecam Wam tę książkę.


Wydawnictwo Astra
Ocena 5/6
Ryszard Hałas


Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Astra. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Comments are closed.