Tomasz Awłasewicz, Łowczynie szpiegów

Łowczynie szpiegów |Recenzja

Tomasz Awłasewicz, Łowczynie szpiegów

Chyba nie ma człowieka, który nie zastanawiałby się, jak wygląda praca szpiega. A co dopiero kobiety szpieg? No właśnie, niby to samo zajęcie, ale rola kobiety zdaje się być bardziej nieuświadomiona i tajemnicza. A jak wyglądała praca kobiet-szpiegów w czasach późnego PRL-u? Ten aspekt naszych dziejów postanowił ukazać Tomasz Awłasewicz w swej nowej publikacji pod tytułem „Łowczynie szpiegów”.

Szpiegowanie od spódnicy

Autor opisuje nam realia pracy polskich agentek. Trochę szkoda, że zabrakło wprowadzenia, które czytelnikowi przybliżyłyby historię działalności polskich służb wywiadowczych, a w tym przypadku Biura B Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w których przyszło pracować bohaterkom tej publikacji. Wprawdzie nie poznamy na jakich zasadach ów jednostka funkcjonowała, ale za to dowiemy się, w jakich warunkach agenci i agentki kontrwywiadu musieli zmagać się z problemami codzienności. Jest dosyć sporo o problemach kadrowych (czyli głównie brakach w personelu), przerzucaniu się obowiązkami pomiędzy poszczególnymi wydziałami różnego typu polskich służb czy o trudnych warunkach pracy w terenie. I chyba tego ostatniego jest najwięcej.

Nieco raziły mnie terminy, którymi operowały bohaterki i Autor książki. Rozumiem, że taki zabieg ma na celu „wdrożenie” czytelnika do funkcjonującego w tamtym środowisku slangu, formy działań czy toku narracji, ale w dłuższej perspektywie, czytelnika nieco to męczy. Zresztą, przy natłoku informacji, nie zawsze da się wszystko zapamiętać, wychwycić i czasem ciężko jest skupić się na reszcie, bo zastanawiasz się, o co chodziło… Ale poza tym, to w publikacji znajdziemy mnóstwo fajnych, choć nie koniecznie sensacyjnych informacji.

Bardzo podobały mi się wątki, kreślone przez nasze agentki, o jakości swej pracy, warunkach w jakich przyszło im działać oraz o tym, że praca szpiega bardzo często polega nie tylko na improwizacji, ale i wytrwałości, by nie dać się rozpracować, by nie dać uciec obserwowanej jednostce czy nie dać się rozproszyć przez postronnych widzów/obywateli. Zresztą Panie tutaj spowiadające się Autorowi, bardzo rzeczowo kreślą problemy z jakimi musiały się borykać w swej pracy. A tych bywało nie mało – trudy szkolenia, bardzo często „na sucho” czyli ze skryptami w dłoniach, przebywanie w lokalach wątpliwej jakości (meliny, pustostany, itd.), bieganie, stanie na mrozie czy unikanie znajomych. Ale dla przykładu posłużę się jednym wypisem ze środka:

„Poprawne sporządzenie rysopisu to była podstawa, a w tamtych czasach nie było to tak łatwe jak dziś. Ludzie nie byli tacy „kolorowi” jak teraz, gdy każdy ma inną bluzeczkę, inną sukienkę, inną kurtkę. Wówczas wszystko wyglądało bardziej szaro i jednolicie, dlatego musieliśmy szukać charakterystycznych szczegółów – a to jakiegoś ciekawego paska od spodni, a to wyjątkowego paska od zegarka – nawet takie drobnostki się liczyły. […] Jedno jest pewne – łatwiej było nam zapamiętać kobietę aniżeli mężczyznę, bo panie miewały jakiś charakterystyczny gadżet, torebkę albo nietypowy kolor włosów czy uczesanie. Chociaż bywało to zdradliwe w dłuższej perspektywie czasu” (s. 62).

Życie szpiega nie jest kolorowe jak w filmach

Muszę przyznać, że wiele z tutaj poruszanych kwestii mocno mnie zaskoczyła. Jakoś tak podświadomie, zapewne pod wpływem filmów o Jamesie Bondzie, uważałem, że wywiad, szpiedzy i wszystko z tym tematem związane, jest bardzo dynamiczne, ekscytujące i w ogóle niesamowite. Okazuje się jednak, że to zdecydowanie ogromna bujda.

Praca szpiega i osób, które go rozpracowują, to przede wszystkim gra pozorów, podchody i jak mawiał średniowieczny bizantyjski historyk – tak zwane „dupogodziny”. Praca ówczesnych szpiegów i wywiadu opierała się bardziej na obserwacji i czekaniu. W książce nie znajdziemy jakiś spektakularnych wpadek, pułapek czy czegoś w tym stylu. To raczej gra w kotka i myszkę, pełna kurtuazji, udawania, że czegoś się nie widzi lub nie robi. I wbrew pozorom to zabawne czytać o tym, jak szpiedzy udawali, że nie widzą „ogona” i robili wszystko, aby ta gra pozorów była jak najbardziej spokojna. Naprawdę – obie strony dbały o swój względny spokój i etos pracy!

Początkowo męczyłem się lekturą, bo oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Te wszystkie opisy, nieco przy suchawe, zdawały mi się nudne, bezbarwne… Ale przecież im dłużej czytałem, im więcej anegdot serwowały nam bohaterki publikacji oraz ich „ofiary”, tym bardziej zabawna i kolorowa wydawała mi się ich praca. Wyobraźcie sobie, że nasze Panie-szpieg rozpracowując kogoś muszą uciekać przed atakiem zazdrosnych o swój rewir prostytutek. Albo, że polscy agenci załatwiają serwis auta obserwowanemu agentowi obcego wywiadu… Przecież to śmieszne, praktyczne i takie jakieś dostojne, na swój sposób niesamowite.

Tak więc, wbrew pozorom dajcie tej książce szansę. Nie znajdziecie tam wprawdzie jakiejś większej sensacji, ale i się nie zanudzicie – wystarczy dać się ponieść, tak jak ja w końcu, gdy przebolałem, że nie znalazłem tam czegoś odpowiadającego amerykańskiemu kinu akcji.

Z drugiej strony zastanawiam się ile w tym wszystkim jest prawdy. Bo nie można zapominać, że bohaterki książki pracowały dla służb bezpieczeństwa PRL-u, państwa na wskroś komunistycznego i opresyjnego. Autor wprawdzie stara się nie moralizować, ani nie oceniać tych kobiet, jednak chyba nie każdy czytelnik będzie w stanie to zrozumieć, zwłaszcza ci, którzy mieli się z komunistycznymi służbami na bakier. Niemniej myślę, że to ciekawa pozycja, rzucająca nieco światła na świat służb wywiadowczych Polski Ludowej, Stanów Zjednoczonych czy ZSRR.

Podsumowanie

Książka zawiera się na 300 stronach. W środku znajdziecie kilkanaście zdjęć z akt czy miejsc akcji, choć wszystkie są w odcieniach szarości. Publikacja jest ciekawa, jeśli skupicie się na detalach, a nie na szukaniu wielkiej sensacji. Bardzo podobało mi się takie pewne odkłamanie pracy szpiega, które, mniej lub bardziej rzutuje na nasze postrzeganie tego fachu. Autor systematycznie ukazuje, jakim obciążeniem fizycznym i psychicznym jest tego typu praca, obarczona dziesiątkami godzin wyczekiwania, nim cokolwiek się wydarzy. A czasem nie zdarzało się nic…

Moim zdaniem nadaje się do każdej grupy czytelniczej powyżej 16 roku życia. Jest odrobina historii, sensacji i obyczajów. Tak więc, polecam.


Wydawnictwo Znak

Ryszard Hałas

Comments are closed.