John Darnielle, Wilk w białej furgonetce
Główny bohater powieści „Wilk w białej furgonetce”, niejaki Sean Philips, jest postacią wyrwaną ze świata. I to pod każdym względem – jego twarz jest układanką puzzli z części ciała – to pozostałość po ranie postrzałowej. W związku ze swym stanem – nie ma przyjaciół, nie ma rodziny, a jego jedynym sensem istnienia jest gra fabularna, którą stworzył podczas swego pobytu w szpitalach, a którą doskonalił na przestrzeni lat. Nikogo nie kocha, nikogo nie lubi – po prostu istnieje. Bo jeszcze nie znalazł innej, ciekawszej rzeczy do zrobienia.
Życie z perspektywy człowieka pokiereszowanego
„Nikt mnie nigdy nie pyta, czy mógłbym się przyjrzeć mojej twarzy. Oczywiście poza personelem medycznym. To nie znaczy, że ludzie na nią nie patrzą, bo patrzą, i to często, ale zazwyczaj dopiero, jak są pewni, że nie zauważę. Starają się nie zatrzymywać na mnie wzroku, gdy patrzą w moim kierunku, że niby wodzą spojrzeniem po jakimś szerszym kadrze. Do pewnego stopnia rozumiem ten społeczny wymóg, żeby nie gapić się na zdeformowane osoby: nie chcemy ranić ich uczuć ani sprawiać, że poczują się brzydkie” (s. 84).
Żyje, rozbudowując swoją grę RPG, którą prowadzi poprzez wysyłanie i odpisywanie listów do kolejnych „NERD-ów”, którzy w ten sposób poruszają się w świecie fabularnej rzeczywistości wymyślonej przez naszego bohatera. Wszystko byłoby ok, gdyby nie pewien incydent, który Sean’owi odebrał tę ostatnią, bezpieczną przystań jego żywota. Dwoje nastolatków, w końcu myli świat wymyślony ze światem rzeczywistym. W konsekwencji tego, dziewczyna ponosi śmierć, a chłopak jest do końca życia okaleczony. Rodzice nastolatków pragną Sean’a pociągnąć do odpowiedzialności. Co z tego wyniknie?
Książka składa się z całej masy rozmyślań, nie zawsze mądrych, ale jakże znanych tym, których świat, choć na krótki czas, zawęził się do niewielkich rozmiarów jednego pokoju. Każdy chory, który spędził jakiś czas w szpitalu ma te same przemyślenia i zajęcia, które Autor powieści w świetny sposób uwypuklił.
I nie pozostaje wówczas nic jak z „(…) jednym ze sposobów, żeby sobie jakoś radzić z taką sytuacją, jest lampienie się w sufit. A sufit szpitalnej Sali, biały jak jajko w kartoniku, który stał przez kilka tygodni w lodówce z dala od światła, jest nijaki, doskonale jednolity, i żeby zauważyć w nim cokolwiek szczególnego, trzeba wpatrywać się bardzo długo w jeden punkt, a następnie bardzo powoli przesunąć wzrokiem dalej. Jeśli się wystarczająco skupisz, to możliwe, że zauważysz jakąś banieczkę powietrza albo grudkę w miejsce (…) Można też snuć wizje, w których farba się łuszczy, pęka po trochu, i zobaczyć – oczyma wyobraźni (…) – jak gips, pod spodem uczy się iść za pęknięciami, pleśń na osadzie po płynach do czyszczenia zaczyna się rozmnażać i kolonie mikroskopijnych form życia, wrogie pustej materii, tworzą bezlitosną, bezmyślną strategię: zjadać, reprodukować się, przetrwać” (s. 27).
Samotność z wyboru
Z drugiej strony, nasz bohater ukazuje nam koleje swego introwertycznego świata. Choć niekoniecznie w kolejności. Mnie bardzo spodobało się ukazanie pewnego zamknięcia, wyobcowania, które jest nieodłącznym elementem życia człowieka uwięzionego w swej rachitycznej ułomności. Może bardziej z wyboru, niż z musu. Bo przecież mógłby przejść kolejne operacje, aby odzyskać choć część sprawności. Ale ta zbroja, w której zamknął się jeszcze szczelniej po wypadku, mu odpowiada. Już nic nie musi – ani być czynnym członkiem rodziny, może swobodnie dysponować swoim życiem, bo jest sam. Tak było mu łatwiej. Mimo prób bliskich…
Autor powieści tym sposobem chciał ukazać, że życie, jakim by nie było, może być ciekawe. Może nie z naszej perspektywy, ale z perspektywy człowieka, który na własne życzenie, odpuścił cały świat. Bo jego rzeczywistością jest fantazja, którą sam wymyślił. Tam może wcielać się w tylko sobie odpowiednie role społeczne. Tam, on jest Bogiem. On wyznacza innym losy, i tak pewnie byłoby, gdyby nie wypadek Lance’a i Carrie.
Powieść jak dla mnie jest pogmatwana, nieuczesana, nonszalancko prawdziwa. Nie ma tutaj żadnych upiększeń, żadnych konkretnych tłumaczeń. Po prostu wchodzimy w umysł głównego bohatera, poznając jego motywacje – ale tylko na tyle, na ile sam nam pozwoli. A przecież bardzo opiera się, by ukazać czytelnikowi całą prawdę. A może tworzy tylko imaginację? Nie do końca jestem pewien.
Jednak coś nie zagrało…
Zresztą minusem dla mnie jest fakt, iż czyny i przemyślenia głównego bohatera nigdzie nie prowadzą. Żyje, bo nie widzi innej możliwości. Czuje, ale tylko powierzchownie – jego emocje umarły wszak za życia. Niby jest mu żal za śmierć Carrie, ale tak jakoś byle jak. Chyba bardziej zabolała go wizja utraty własnego świata RPG.
Wiele z fabuły pozostaje niewyjaśnione, albo tak mało skonkretyzowane, że ciężko połapać się w zawiłościach tej niezwykle prostej potraumatycznej egzystencji. Jeśli ktoś lubi hardcorowe rzeczywistości, będzie czuł się świetnie. Ja czuję się nieco przytłoczony. W głowie mam mętlik i to z kilku powodów. Nie do końca zrozumiałem fabułę. W głowie tli mi się setki pytań, które pozostaną bez odpowiedzi. Nie wiem również, czy polubić, a może potępić Sean’a? Czuję się niejako rozczarowany, usatysfakcjonowany (wszak dotarłem do nowej, nieosiągalnej dla mnie rzeczywistości) i rozgoryczony, bo nie wiem, czy będzie ciąg dalszy.
Podsumowanie
Książka liczy sobie 240 stron. To zaproszenie do świata NERD-a, który poprzez własne wybory uciekł ze świata tak skutecznie, że tylko gra fabularna trzyma go przy życiu. Tekst jest nieco przyciężkawy i wymaga od czytelnika sporo uwagi, cierpliwości i empatii. Nie każdy podoła, ale chyba było warto.
Wydawnictwo ArtRage
Ocena 4/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa ArtRage. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.