Wojenny pamiętnik

Wojenny pamiętnik |Recenzja

Zofia Rogowska, Wojenny pamiętnik. Zapiski z powstania warszawskiego i niemieckich obozów koncentracyjnych

Gdy codzienność zamienia się w walkę o oddech, a heroizm przegrywa z bezwzględnością losu, nawet cisza staje się marzeniem. Właśnie z tej perspektywy — pozbawionej patosu i iluzji — rodzi się Wojenny pamiętnik, w którym zwyczajna kobieta opisuje świat zawieszony między ruinami Warszawy a mrokiem obozowych baraków. To nie opowieść o wielkich czynach, lecz zapis straty, lęku i próby ocalenia resztek człowieczeństwa w czasach, gdy zło stało się codziennością.

Napisano już wiele książek o tym, jak wyglądało powstanie warszawskie. Jednak zdecydowana większość tych wydawnictw opowiada historie aktywnych uczestników zrywu – żołnierzy, harcerzy, pielęgniarek. Jest tam często mnóstwo górnolotnych myśli, upiększeń czy przeinaczeń, których celem było ukazanie polskiemu społeczeństwu „bezwzględnej konieczności” wywołania powstania i prowadzenia walk.

„Wojenny pamiętnik…” spisany przez Zofię Rogowską jest świadectwem tamtych strasznych chwil, ale z perspektywy ludzi, którzy zostali – często wbrew własnej woli – wciągnięci w wir walki. Nie ma tam jakiegoś wielkiego heroizmu, raczej walka o przetrwanie kolejnego, coraz straszniejszego dnia. Choć wiele osób, które zostały tutaj wymienione, nie brało bezpośredniego udziału w walkach, to i tak płaciło najwyższą cenę – cenę własnego życia. Bo trup ścielił się gęsto.

W publikacji znaleźć można wiele fragmentów, opowiadających o niechętnym braniu udziału mieszkańców Żoliborza w przedsięwzięciach powstańców. O niepotrzebnym ryzykowaniu życia cudzego dla iluzorycznych korzyści, a często i zwykłego marzycielstwa… Bohaterowie wspomnień Rogowskiej w wyniku tej działalności tracą nie tylko majątki czy życie, ale i wszystko, co stanowiło osnowę ich bytności – nadzieję, zdrowie, czasem i rozum.

„Trudno było zliczyć. Zewsząd szły same smutne wieści. Nasze skołatane głowy pełne były smutnych, beznadziejnych myśli i huku. Żeby już wreszcie nastała upragniona cisza. Tyle tygodni już, dzień i noc, dzień i noc, bez przerwy huki i strzały. Nerwy dochodziły do kresu wyczerpania. Dopiero teraz zaczęliśmy doceniać cisze i spokój, i tęsknić do tej błogosławionej chwili, kiedy zamilkną działa. Ta cisza potrzebna nam była jak powietrze i woda” (s. 59)

Zofia Rogowska

Wcześniej nie miałem możności zapoznania się ze wspomnieniami tej pani. Szczerze, to kwestia powstania warszawskiego nigdy jakoś nie budziła mojego zainteresowania. Być może wynika to z faktu, iż w moim domu rodzinnym, dziadkowie ciągle powtarzali, iż był to zryw niepotrzebny, bezsensowny i kosztowny. Nie tylko dla Warszawiaków, którzy ponieśli cenę życia i krwi, ale i tych, którym przyszło później wspomagać odbudowę stolicy.

Zresztą, wbrew naszej tradycji, nigdy nie widziałem sensu w heroizowaniu naszych zrywów powstańczych, które organizowane były bez przygotowania, bez pomyślunku i bez brania pod uwagę, jaki koszt przyniosą one cywilom.

Dla mnie bardzo poruszający był widok zrujnowanej stolicy, który Rogowska nam opisuje. Pozwolę sobie przytoczyć fragment:

„Szliśmy przez wymarłe miasto. W szkieletach domów panowało milczenie i pustka, ale mnie się zdawało, że te mury krzyczą i są nabrzmiałe od potoku słów, skarg, jęków i przekleństw, mają w sobie powierzone tragedie ginących istnień tysięcy mieszkańców. Że to ich pozorne milczenie, bo to niemożliwe, aby każdy obojętnie przechodził obok nich, i żeby nie targały boleśnie za ludzką strunę duszy każdego, kto choć trochę tu był, brał udział w tej epopei. Rozglądałam się dookoła, kiedy tylko zmieniał się kierunek ulicy i ze skrzyżowania widać było dalszą przestrzeń. Jak okiem sięgnąć, czerwieniły się w zachodzącym słońcu zwaliska murów. Warszawa jakby zmalała, przykurczyła się, już nie wystrzelała ku niebu gotyckimi wieżami kościołów. Została jakby obcięta, przystrzyżona. Nie było widać wysokich drapaczy z ulicy Świętokrzyskiej i Zielnej. Miasto ruin i zgliszczy, wymarłe cmentarzysko. Czy to możliwe, aby ukochane miasto było na zawsze pogrzebane?” (s. 104)

Jednak w „Wojennym pamiętniku” znalazłem coś, co nieco odmieniło moje zapatrywania. Po raz pierwszy miałem możliwość poznania opinii kogoś, kto był „niemym” świadkiem takich wydarzeń. Co więcej, Zofia Rogowska drogo zapłaciła za to, że znalazła się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Ze zniszczonej Warszawy została przeniesiona do obozu w Pruszkowie, później do KL Ravensbrück, Bergen-Belsen, Sachsenhausen i Clasuthal-Zellerfeld (tego ostatniego miejsca nie znałem).

Obraz niemieckich obozów zagłady, widzianych oczami zwyczajnej kobiety, przeraża. Niemniej obraz funkcjonowania tamtejszych miejsc jest bardzo cennym źródłem historycznym. Rogowska przerażająco bezpośrednio opisuje tutaj wygląd obozów, zasady ich działalności, panujący tutaj głód, brud, i męki, jakich doznawały osadzone, nie tylko ze strony nazistowskich strażników, ale i współwięźniarek.

Co cenne – opisuje nie tylko te ciemne strony świata obozowego. Z jej wypowiedzi przebija odrobina nadziei i miłości, bowiem, wbrew intencjom nazistów, w obozach trafiały się jednostki, które, choć same w ciężkim położeniu, starały się zachować odrobinę człowieczeństwa i pomagały innym. Były jak upadłe anioły, które w świecie niesamowitego terroru, dawały siłę, aby przetrwać. To coś naprawdę budującego, choć ciężko jest to oddać w tych kilku zdaniach.

Prawda, i tylko prawda

Książka bardzo mi się spodobała. Zwłaszcza przypadł mi do gustu bezpośredni tok wypowiedzi. Nie ma tutaj jakichś upiększeń, poprawek czy wygładzania tego, co bohaterka książki widziała, przeżywała i odczuwała. A przecież to, czego doświadczyła, było istnym koszmarem na Ziemi. W tej niezwykłej prostocie, wysławia się dosadnie, piętnując ludzkie wady. Nie ukrywa własnych rozterek, zniechęcenia, rezygnacji czy strachu. Czasem narzeka na stan innych Polek, ale zawsze rozumie, z czego to wynika. W każdej napotkanej osobie stara się dostrzec człowieka. I to pomimo świadomości, jak niemiecki „przemysł zagłady” wypacza w ludziach dobro, moralność…

Obraz wyłaniający się z tych wspomnień przeraża, powala i wsysa się w duszę. Tak, to pozycja która boli, tym bardziej, że napisana jest prostym językiem, bez górnolotnych analiz, bez wszystkich tych umoralniających pouczeń. Prawda, i tylko prawda rzucona nam w twarz niczym wyrzut. To przestroga i świadectwo krzywd, jakie człowiek może wyrządzić człowiekowi.

Polecam, tak po prostu i bez uzasadniania. Tę pozycję trzeba przeczytać.


Wydawnictwo Replika
Ocena recenzenta: 5/6
Ryszard Hałas


Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Replika. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.

Czytaj również:

Comments are closed.