Zasłaniał się zaświadczeniem lekarskim, by nie… nosić polskiego stroju

Ostatni król polski słynął z zamiłowania do cudzoziemszczyzny, umiłowania nauki i sztuki oraz pogardy dla sarmatyzmu. Stanisław August Poniatowski słynący z „zachodniego” stylu ubierania po elekcji w 1764 roku ponoć zasłaniał się orzeczeniem medyków by nie nosić polskiego stroju.

Zapraszamy do wysłuchania rozdziału specjalnego podcastu „Historii jakiej nie znacie” zrealizowanego we współpracy z portalem Historykon.pl na okoliczność 230. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Stanisław August Poniatowski to w historii Polski postać wysoce kontrowersyjna. Król, który dał nam Konstytucję 3 maja, rozwój sztuki i nauki, niebywały wzrost znaczenia Warszawy. Ale i tego z którym kojarzymy hańbę targowicy, upadek państwa i koszmar rozbiorów. I choć wspomniane miejsce elekcji znajduje się tuż obok Cmentarza Powązkowskiego, to ostatniego z naszych władców nie pochowaliśmy w żadnym honorowym miejscu, nie mówiąc nawet o Wawelu. Mało tego, nie wiemy nawet gdzie spoczywają jego szczątki przekazane II Rzeczpospolitej tuż przed wojną przez Sowietów. W 1938 roku zostały złożone w Wołczynie na dzisiejszej Białorusi. W kościele, który po wojnie został zamieniony na skład nawozów.

Ostatnio częściowo bywa rehabilitowany za rozpoczęcie szeregu działań związanych z edukacją i kulturą, w czasach panowania nie cieszył się uznaniem magnatów i szlachty. Powodów było kilka. Był to jedyny polski władca – poza Henrykiem Walezym – który nie miał małżonki (co musiało być podejrzanie), na biesiadach nie upijał się i nie obżerał, jak to było przyjęte w ówczesnej sarmackiej kulturze i wreszcie z uporem nie chciał założyć staropolskiego kontusza i ostrzyc włosów uciekając się do orzeczeń medyków. Sytuacja była absurdalna biorąc pod uwagę to, że jego poprzednik August III Wettyn po elekcji przez trzy lata obnosił się w staropolskim kontuszu, pozwalając na malowanie obrazów w staropolskim stroju.

Stanisław August nieco bardziej dbał o wizerunek swojej elekcji uwieczniony przez Bernardo Bellotto. I nie przeszkadzało, iż Wenecjanin przybył do Warszawy kilka lat po elekcji. Otrzymał od władcy zadanie zaskakujące – namalować miał jego elekcję z 1764 roku. Cantaletto wywiązał się ze swojego zadanie znakomicie. Olbrzymi obraz tonął w bogactwie barw i zdarzeń. Cóż z tego jeśli pierwsza wersja obrazu została przez króla odrzucona. Z jakich powodów? Tego możemy się dowiedzieć oglądając kolejną z 1778 roku. Na pierwszy rzut oka niczym się nie różnią i dopiero spojrzenie na detale pozwala odkryć tę tajemnicę. Czas jaki

utrwalony został na pierwszej wzbudzić może naszą konsternację. O ile na pierwszym

planie widzimy radosną szlachtę (tak jakby na zakończenie elekcji), o tyle w tle procedury

elekcyjne trwają w najlepsze. Zdenerwowanie wzbudzić mógł także sam Canaletto, który

w pierwotnej wersji namalował się jako nieco zmanierowany obserwator z…szablą u boku.

Tą samą która była szlacheckim atrybutem, a który Włochowi się nie należał.

W kolejnej wersji Bellotto jest już skromniejszy, ale przecież to nie jego skromność

ostatecznie przekonała władcę. Na to mogło wpłynąć ujednolicenie czasu. Nie mamy

wątpliwości, że utrwalona scena dzieje się już po elekcji. Radość z wyboru władcy miesza

się z powagą i dostojnością Rzeczpospolitej. W zgiełku tryumfu dostrzegalna narodowa

zgoda, w której szlachcic, magnat i mrowie duchownych jakie pojawia się na płótnie,

jednomyślnie obierają monarchę.

Tylko, że sama elekcja nie przebiegała w pokojowej atmosferze, jak chciał wykreować to Stanisław August Poniatowski. Oto jak pisał do francuskiej powierniczki Marii Teresy Rodet Geoffrin.

„W całej naszej historii, nie było przykładu elekcyi tak spokojnie odbytej, i tak jednomyślnej jak moja. Ani jeden Moskal nie pokazał się na niej; a dwóch głównych przedstawicieli domu Potockich […] głosowało za mną. Widzę, nienadarmo jestem synem mego ojca i matki Jagiellonki […]. Spokój i łagodność tego ogromnego zgromadzenia była tem osobliwszą, że wszystkie najznaczniejsze panie królestwa znalazły się na polu elekcyjnem i to śród tłumu konnej szlachty, bez obawy jakiego przypadku”

Prawda niestety była inna, gdyż wybór ostatniego króla Polski przebiegał pod eskortą kilkudziesięciu bagnetów rosyjskich żołnierzy, co musiał później zemścić się w postaci prób coraz większego uniezależniania Rzeczpospolitej przez wschodnie mocarstwo.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*