Ostatnie wydarzenia z kalendarium historycznego

Stan włościański. Czyli jaki był los chłopów w dawnej Polsce

Stan włościański. Czyli jaki był los chłopów w dawnej Polsce

Jednym z najbardziej przekoloryzowanych (a właściwie to malowanym w ciemnych barwach) obrazów w popularnej historii jest obraz wielowiekowej niewoli chłopskiej – w naszym kraju bardzo żywy. Jest on tak wbity w głowy Polaków, że do okresu funkcjonowania tu gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej bardzo często używamy wielu odniesień nawet w naszych codziennych rozmowach (pracujesz jak chłop pańszczyźniany, ktoś robi sobie z pracy prywatny folwark, szlachta nie pracuje itp.) Skąd w ogóle się ten obraz wziął, ile ma wspólnego z prawdą i dlaczego mamy do czynienia z jego eksplozją właśnie w Polsce?

Tendencje historiograficzne

Generalnie mit ciemiężonego chłopa jest wytworem propagandy oświeceniowych twórców (wzorujących się na niektórych twórcach renesansowych), podlanym pozytywistycznym pogardliwym stosunkiem do tegoż, a to wszystko wymieszane machiną historiografii marksistowskiej szukającej sobie grupy poszkodowanej przez historię próbując naginać fakty historyczne pod teorię walki klas. Potem, już w XX wieku, nałożyła się na to teoria ekonomiczna o podziale Europy w XVI wieku na dwie strefy, które oddzielać miała rzeka Łaba. Na zachodzie w rolnictwie panować miały stosunki wczesno-kapitalistyczne a na wschodzie zaistnieć miało wtórne poddaństwo wykorzystujące przymusową pracę chłopa. Odpowiadając sobie na pytanie jaki reżim panował w naszym kraju od 1945 roku i jaka tendencja historiograficzna święciła tu największe triumfy, odpowiadamy sobie na nasze główne pytanie. Jednak lata realnego socjalizmu minęły, historiografia z mroków marksizmu podnosiła się już w latach 80, a mamy przecież rok 2017, więc naturalnym jest, że pojawia się coraz więcej badań, niespaczonych tą metodologią, mimo, że koncept walki klas ciągle gdzieś tam siedzi historykom z tyłu głowy. W tym tekście postaram się przedstawić trochę bardziej pasujący do realiów obraz funkcjonowania stanu włościańskiego w nowożytnej Rzeczypospolitej opierając się na najnowszych opracowaniach i syntezach badań nad zagadnieniem.

Poddaństwo – etymologia, konotacje i praktyka

Skarga poddanych na panów - chłopi w czasie wędrówki po sprawiedliwość. Rysunek z XVI wieku.

Skarga poddanych na panów – chłopi w czasie wędrówki po sprawiedliwość. Rysunek z XVI wieku.

Na początku zajmijmy się terminologią. Czym jest owo poddaństwo? W różnych kulturach konotacje językowe wywołują różne skojarzenia. W nowszej historiografii angielskiej zastępuje się słowo „serfdom” słowem „subjection” a tego pierwszego używa się tylko w skrajnych przypadkach odnoszących się do wąskich połaci terenu i wąskich ram czasowych. „Subjection” natomiast sugeruje nam pewien rodzaj zależności. Zależności wasalnej. W średniowieczu, rozpoczynając już od czasów karolińskich, włościanie dzierżyli ziemię z nadań jej właścicieli na różnych prawach. Czasem te nadania nazywane były wprost beneficjami chłopskimi. Ich status prawny oczywiście różnił się od beneficjów nadawanych urzędnikom, możnym i wojownikom, tym niemniej podkreślało to pewien rodzaj zależności i obowiązków wynikających z jego dzierżenia. W XII wieku, gdy do Francji zaczęły przenikać z Italii koncepty prawa lennego, ziemie włościan często określanie były lennem. Znowuż, dzierżone było ono na innych zasadach niż lenno rycerskie, ale tutaj nie dość że wynikały z niego obowiązki wobec seniora, senior miał też pewne obowiązki wobec swojego poddanego. Dodatkowo zanikała wtedy większość obciążeń na rzecz władzy centralnej. W języku polskim słowo „poddany” posiada raczej negatywne konotacje. Szczególnie w sytuacji gdy słyszymy zbitkę pojęciową „poddany chłop”. Wyobrażamy sobie wtedy człowieka pozbawionego praw, zdanego na łaskę swojego pana. Tymczasem gdy już użyjemy słowa „poddany” w kontekście szlachty – poddanych króla, nie brzmi to tak negatywnie. Polityczna decentralizacja i prawo ziemskie w XVI-wiecznie Koronie przenosiło po prostu ciężar jurysdykcji z króla i jego urzędników na właściciela ziemskiego. Włościanie więc (nie licząc królewszczyzn i tzw. wolnych kmieci) byli poddanymi nie króla, lecz pana dominialnego w rejonie jego włości. Mamy więc, specyficzną oczywiście dla polskich realiów, zależność kmiecia od właściciela ziemskiego z tytułu dzierżenia od niego ziemi.

Czym się owo poddaństwo charakteryzowało? Omówię tutaj trzy główne cechy tego statusu: zależność sądową od pana dominialnego, ograniczenie prawa wyjścia ze wsi oraz obowiązek pańszczyźniany. Rzucę też światło na to jak to wszystko funkcjonowało w praktyce, bo jak wiadomo prawo prawem a ludność, szczególnie przy słabości aparatu państwowego, będzie pewne zasady skutecznie obchodzić.

Zależność sądowa od pana dominialnego wynikała z nadanego szlachcie w średniowieczu immunitetu i prawa rycerskiego. Immunitet ten utrzymał się w mocy w nowożytnej Rzeczypospolitej po wejściu w życie prawa ziemskiego oraz przekształceniu majątków zależnych w majątki alodialne. Co on oznaczał? Tak jak pisałem wyżej dawał on prawo wyłącznej jurysdykcji właścicielowi ziemskiemu na terenie jego włości. Nie ograniczało się to jednak tylko do ludności wiejskiej. Koncentrujący w swoich rękach duże połacie ziem możnowładcy, a potem magnaci, korzystali z tego prawa będąc zwierzchnikami przedstawicieli każdego stanu społecznego. Trzeba też pamiętać o tym, że pan dominialny nie rozpatrywał wszystkich spraw sądowych swoich poddanych. W Rzeczypospolitej, aż do końca jej istnienia utrzymały się bardzo silne organy samorządowe – komuny miejskie, gromady wiejskie i samorządowe organy szlachty. Pan dominialny był więc w teorii jedną z instancji odwoławczych. Chłopa sądziły natomiast sądy wiejskie ze specjalnie powołanym do tym organem – ławą przysięgłych, zrzeszająca najbardziej zasłużonych i zaufanych członków lokalnej społeczności, na czele której stał wójt. Bardzo często bywało tak, że ławnicy nie oglądali się na zalecenia pana i wydawali wyroki autonomicznie a ten musiał je, chcąc nie chcąc, zaakceptować. Była to realizacja koncepcji średniowiecznej zasady, która mówiła, że człowiek powinien być sądzony przez ludzi równych stanem. Sądy dominialne, szczególnie w ogromnych posiadłościach magnackich, posiadały oczywiście swoja rozbudowaną strukturę odwoławczą: od sądów dworskich sądzących sprawy dotyczące jednej wsi, przez sądy kluczowe, które obejmowały swoim zasięgiem kilka folwarków po sądy centralne obejmujące wszystkie klucze dóbr, złożone z przedstawicieli niższych sądów dominialnych pod przewodnictwem zarządu generalnego. Trzeba także zaznaczyć tutaj, że pan, wbrew ukutym mitom, nie mógł skazywać swoich poddanych na śmierć. Wyrok śmierci wykonywać mógł tylko kat, a ten żeby to zrobić musiał mieć upoważnienie wydane przez sąd państwowy. Od wyroków sądów dominialnych istniała też możliwość odwołania się do sądów publicznych – grodzkich i ziemskich w wypadku dóbr szlacheckich, kościelnych w wypadku dóbr duchownych i referendarskich w odniesieniu do dóbr królewskich. Występowało to szczególnie często w przypadkach procesów międzystanowych. Osławione w literaturze historycznej oddalenie przez Zygmunta Starego sprawy chłopskiej z sądu królewskiego nie miało w praktyce żadnego znaczenia. Świadczą o tym liczne akta spraw składanych przez chłopów do sądów publicznych już po 1518 roku. Musimy jeszcze wziąć pod uwagę fakt, że pan dominialny nie był oderwanym od swoich włości duchem, pojawiającym się tam raz na 10 lat. Ziemianie żyli na co dzień wśród społeczności wiejskiej, znali jej problemy, lokalne obyczaje i musieli liczyć się z jej opinią, rozwiązując spory na zasadzie konsensusu i przede wszystkim być sprawiedliwymi sędziami by uniknąć buntu poddanych. Problemy spotykamy najczęściej w tych kluczach dóbr, gdzie pan, z różnych powodów, nie zarządzał swoimi majątkami sam, a wyznaczał do tego innych ludzi (zwykle spoza wspólnoty). Działo się tak przede wszystkim na terenach ukrainnych, gdzie panowie dominialni bardzo często wyznaczali na stanowiska administracyjne Żydów, do których ludność wiejska podchodziła z nieukrywaną niechęcią, co tworzyło wewnętrzne konflikty i zaostrzało działania administratorów.

Prawo do opuszczenia wsi było ograniczane już od średniowiecza. Pierwsza kodyfikacja tych zwyczajów (bo pamiętajmy, że w tamtych czasach prawo pisane powstawało na bazie prawa zwyczajowego) wydana została za czasów Kazimierza Wielkiego. Były to jak na owe czasy bardzo racjonalne zasady regulujące stosunki na wsi. Kmieć chcąc odejść musiał najpierw poinformować o tym z wyprzedzeniem pana dominialnego, poczekać do końca czasu trwania umowy feudalnej (tradycyjnie był to dzień Świętego Marcina), pozostawić gospodarstwo w nienaruszonym stanie a w niektórych regionach też znaleźć na swoje miejsce następcę. Wykształciło się wtedy pojęcie zbiega – chłopa, który opuścił wieś bez wypełnienia zobowiązań wynikających z kontraktu. W kontekście tych ograniczeń zawsze przywołuje się Przywilej Piotrkowski z 1496 roku ograniczający prawo wychodu ze wsi do jednego gospodarza oraz jednego syna chłopskiego na rok (ruch włościan nieposiadających ziemi nie był regulowany). Jego powszechna interpretacja jest jednak bardzo często chybiona. Po pierwsze, przy ówczesnej strukturze zaludnienia (od kilku do kilkunastu kmieci we wsi) prawo to nie było w praktyce w ogóle uciążliwe. Po drugie, przywilej ten działał także w drugą stronę. Pan dominialny nie miał prawa wyrugować więcej niż jednego chłopa z ziemi bez obopólnej zgody. Kmieć dostawał więc w praktyce wieczystą dzierżawę ziemi. Po trzecie wreszcie i ta zasada była zasadą martwą, gdyż ruch i zbiegostwo chłopów było zjawiskiem powszechnym o czym świadczą zapisy ksiąg miejskich rejestrujące imigrację warstw wiejskich do miast oraz konstytucję wydawane po 1496 roku mające na celu ukrócić ten proceder. Trzeba też wspomnieć o tym, że konstytucje te nie przewidywały karania zbiegłego kmiecia a szlachcica, który go przyjął (można tu przywołać chociażby Statuty Nieszawskie). Sytuacja synów chłopskich przedstawiała się podobnie. Mnóstwo młodych, nieodpowiedzialnych, opuszczało gospodarstwo swoich rodziców (mimo że groziło to odebraniem mu prawa dziedziczenia) a i tak po latach wracali i dostawali swoją ziemię z powrotem.

  • Anna Mieszczanek

    Och, jak miło przeczytać przytomny głos, spokojnie rozprawiajacy sie z dotychczasowa propagandą:))

Partnerzy



Przewiń do góry