Agnieszka Lewandowska-Kąkol, Krzywdy przeszłości
„Krzywdy przeszłości” Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol to powieść o miłości, która potrafi wznieść się ponad trudy dramatycznej przeszłości. Jednak przede wszystkim to książka o szukaniu własnego miejsca w świecie, swoich korzeni, które mogą przynieść odpowiedź na pytanie, kim jestem i dlaczego taki jestem? A wierzcie mi, nie zawsze prawda bywa wyzwalająca. Ale do rzeczy.
Traumy dzieciństwa
Głównym bohaterem powieści jest niejaki Jan, człowiek o niesamowitej ilości przeżyć, zazwyczaj tych złych, którego dzieje zaczynają się podczas II wojny światowej. I to od razu z grubej rury. Wyobraźcie sobie, że twoimi rodzicami są wysokiej rangi nazistowski dostojnik i polska arystokratka, a waszym ojcem chrzestnym jest niejaki Heinrich Himmler, szef SS, gestapo i autor programu Lebensborn, do którego został włączony nasz bohater.
Ale to nie wszystko, gdyż do grona jego przybranych rodziców należeli ludzie o najczarniejszej duszy. „Akurat w telewizji nadawano rozmowę z jednym z byłych więźniów. Kiedy mówił o potwornych wyczynach dowódcy wartowników [czyli przybranym ojcu Janka – przypis mój], poczułem się, jakby to mnie oskarżał chciałem uciekać przed tymi słowami, le równocześnie nie mogłem ruszyć się z miejsca.
Oddany innym na wychowanie, odtrącany przez kolejne rodziny – nieraz z błahych powodów, innym razem cudem uratowany z rąk pedofila – staje się ofiarą kolejnych traum, które rzutują na jego późniejsze życie. Jakby tego było mało: „Nawet teraz, gdy jestem w miejscu wcześniej mi nieznanym, najpierw muszę zorientować się, w jaki sposób mógłbym stamtąd w razie czego uciec. Tak samo zachowuję się w kinie czy teatrze, przede wszystkim wybieram miejsca z brzegu, nigdy w środku widowni. Żona już się przyzwyczaiła i to zaakceptowała ale poprzednia, bo Jola to moja druga żona, nie zdołała się z tym pogodzić” (s. 39)
A powodem do strachu może być wszystko – nawet obuwie. „Kiedyś, bojąc się, że trafią mnie w oko, wlazłem pod biurko, przy którym siedział ich ojciec. A on, śmiejąc się razem z nimi, zaczął tak energicznie mnie kopać, a na nogach miał błyszczce oficerki, że musiałem szybko stamtąd wyjść, by uchronić się przed poważnymi obrażeniami. Dodam, że od tego czasu wysokie czarne buty, także damskie, wywołuj we mnie lęk, nawet jeśli zobaczę je na wystawie sklepowej” (s. 42) Jego życie to jeden nieustanny stan lękowy, który wraz z wiekiem tylko się potęguje. Wszystko do czasu, gdy małżonka Jana, Jola, przekonuje go do wizyty u terapeuty. I wtedy się zaczyna…
Przeboleć przeszłość
Trzeba przyznać, że pewne historie dosłownie budzą odruchy, może nie tyle obrzydzenia, ile dojmującego tragizmu, życiowej traumy, która powoli wdziera się również w duszę czytelnika. Historie małego Janka są tak jaskrawe i tak przejmujące, jakby połączył w sobie życie co najmniej kilku osób. Nad niektórymi wątkami z jego życia, nie da się przejść pozostając obojętnym.
Zwyczajnie – książka burzy nasz dobrobyt, nasze poczucie estetyki, piękna i względnego dziejowego spokoju. A przecież ta fikcja z pewnością ma coś wspólnego z tragediami setek, może nawet tysięcy bezimiennych ofiar II wojny światowej, którym nie dane było pozostawić po sobie świadectwa. Więc w jakimś stopniu „Krzywdy przeszłości” są ich wyrzutem sumienia.
Powieść Agnieszki Lewandowskiej-Kąkol to książka o odrzuceniu, wykluczeniu ze społeczności, będących następstwem kolejnych ciosów od świata, na które dana osoba nie ma żadnego wpływu, gdyż jest tylko trybikiem w machinie społecznej kolejnych totalitaryzmów.
Pod tym względem powieść jest ożywcza, miejscami niezwykle dosadna, choć Autorka starała się zachować bezstronność. Zrobiła to w tak świetnym stylu, że tylko my sami nadajemy kolejnym „odzyskanym” wspomnieniom Janka ładunek emocjonalny i znaczeniowy. Wraz z nim ewoluujemy, z człowieka zamkniętego i sterroryzowanego, w człowieka w zasadzie wolnego, pogodzonego z tym wszystkim, co go spotkało. Słowem – przeżywamy terapię wraz z nim, być może lecząc to, co spotkało i nas. A może nie… któż to wie.
Bardzo podoba mi się również wątek żony Janka, która jest tak jakby bohaterką skrytą, trzymającą rękę na pulsie, ale nie grającą pierwszych skrzypiec. Ileż to razy właśnie kobieta staje się ramą na której my, mężczyźni, wspieramy swoje nieuczesane życie. Nie zawsze potrafimy to dostrzec, jak wielką wartość ma kobieta. W tym jednak konkretnym przypadku jest inaczej. Jej wyrozumiałość, radość z życia, hart ducha i chęć wsparcia, a może i zrozumienia męża, czyni cuda.
Jedyny zarzut jaki podnoszę to nieco nienaturalne dialogi pomiędzy głównym bohaterem a terapeutą. W moim odczuciu są one skostniałe, zachowawcze, jakby Janek znajdował się poza swym ciałem, jakby opisywał dopiero co oglądany spektakl, który niekoniecznie przypadł mu do gustu. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że człowiek z tak ogromnym, negatywnym bagażem doświadczeń, potrafiłby kreślić swe dzieje bez cienia emocji. Zupełnie jakby nie żył, nie czuł. Dosłownie – jak robot.
Oczywiście w środku znajdziemy wiele różnych ciekawych tematów, le nie o wszystkim wypada mi pisać. Ciężko jest Was nie ograbić z tego wszystkiego. Niemniej trzeba być twardym i nie spoilerować.
Podsumowanie
Książka zawiera się na 314 stronach tekstu. To powieść trudna, nie zawsze uczesana, ale jakże potrzebna, by zrozumieć wojenne losy tych najmłodszych, którzy często nie dostali możliwości wypowiedzenia się o swoich dramatycznych losach. To nie pozycja na jedną noc, wymaga bowiem większego skupienia, aby odkryć głębszy sens historii Jana.
Wydawnictwo Replika
Ocena 4/6
Ryszard Hałas
Egzemplarz recenzencki otrzymany od Wydawnictwa Replika. Tekst jest subiektywną oceną autora, redakcja nie identyfikuje się z opiniami w nim zawartymi.